czwartek, 5 kwietnia 2018

Nazwa Planety 2

(…)
„Obiekt nazwałem Planeta 2. Zgodnie z wytycznymi szefowej. Wszystkie znane nam ciała kosmiczne, nie będące gwiazdami, nazywamy obiektami i numerujemy je. Nazwę Planeta zarezerwowaliśmy dla nas i dla kolejnych obiektów z inteligentnymi formami życia. Do tej pory nie znaleźliśmy żadnej oprócz naszej. Do teraz. To druga obok naszej znana nam planeta ze świadomymi umysłami. Stąd Planeta 2. Ich planeta.
Oni. Nie sądziłem, że mogą być tak podobni do nas. Owszem są między nami różnice,
ale to detale. Nie większe od tych jakimi różnią się poszczególne ich odmiany. Planetarianie też się miedzy sobą różnią, choć nie tak jak mieszkańcy Planety 2. Poza tym nasza budowa biologiczna, właściwości fizyczne, chemiczne, wszystko funkcjonuje na podobnych zasadach. Warunki bytowe na Planecie 2 niemal identyczne jak u nas. Między gatunkami roślin i zwierząt także nie ma sensacyjnych różnic.”
(…)
„Zastanawiałem się jak ich nazywać? Planetarianie drudzy? Brzmi niezgrabnie. O takim szczególe moi mocodawcy nie pomyśleli i nie mogli mi niczego podpowiedzieć. Nazwa ich planety brzmiała różnie w różnych językach, dodatkowo w każdym języku używali nazw zamiennych. Na Planecie pod tym względem jest porządek. Planeta brzmi tak samo w każdym języku i nie ma innych określeń. Tymczasowo na własny użytek nazywałem ich Nowi. Uznałem, że po moim powrocie sprawę nazewnictwa pozostawię tym, którzy mnie wysłali.”
(…)
Jaką nazwę ostatecznie wymyślono dla Planety 2 i jej mieszkańców? Zajrzyjcie do wydawnictwa e-bookowo, szukajcie „Bezkresnego umysłu
#fantastyka #kosmos #space #planet #planeta #planety #star #stars#gwiazda #czas #przestrzen #cywylizacja #alien #aliens


czwartek, 22 lutego 2018

Bezkresny umysł

Pierwsza powieść, którą napisałem w pierwszej osobie, lecz narrator nie jest mną. Nie jest nawet człowiekiem. Jego tożsamość to jednak sprawa bardziej skomplikowana. Podobnie jak w przypadku Gony.

Naran, przeciętny mieszkaniec Planety, zostaje zwerbowany do ściśle tajnego projektu „Bezkresny umysł”. Oznacza to radykalną dla niego zmianę w jego życiu, ale tego właśnie Naran potrzebował, nawet za cenę bardzo ryzykownej misji w nieznane rejony wszechświata. Nie zdawał sobie jednak sprawy, że będzie to także wyprawa w nieznane obszary jego umysłu. I umysłów kilku innych istot. Najnowsza powieść Olafa Tumskiego i pierwsza napisana w pierwszej osobie.

Wydawnictwo e-bookowo 2018 

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Wirtajki ~ bajkowy świat dzieci

Była sobie bajka. Mieszkała w nas, w każdym z osobna. Któregoś dnia, kiedy uznała, że nadszedł odpowiedni czas, poprosiła autorów: – Wypuście mnie do dzieci. Chcę się snuć przed snem, opowiadać o najmniejszych troskach i radościach, pleść się wierszykami i baśniami na pocieszenie, zamyślenie, uśmiech, dobry dzień i dobrą noc. I tak autorzy, którzy przecież nie zostaliby pisarzami, gdyby bajki i baśnie nie kołysały ich w ramionach, postanowili oddać dzieciom, co kiedyś dostali.

Bajkowa kraina

Wirtajki to miejsce magiczne, w którym spotkali się bajkopisarze z różnych stron świata skupieni na Portalu Pisarskim, by opowiadać o pięknych księżniczkach, dzielnych książętach, potężnych królestwach i wcale nie takich groźnych smokach. Wyrusz z nami do krainy fantazji pełnej intryg, przygód, łez wzruszeń i radości, gdzie dobro zawsze zwycięża zło.
Każdy rodzic, opiekun czy wychowawca znajdzie tutaj coś wartościowego dla swoich pociech. Publikacje są starannie sprawdzane przez korektorów i pedagogów, którzy dbają, aby utwory, oprócz walorów czysto literackich, były przede wszystkim wartościowe dla najmłodszych. Nasz księgozbiór dedykujemy najmłodszym – od przedszkolaka po starsze dzieci bez górnej granicy wieku.
Rozgość się, rozsiądź wygodnie, życzymy… zaczytania!

Projekt powstał pod patronatem Portalu Pisarskiego. Na stronie Wirtajki.pl znajdziecie trzy moje teksty. 

niedziela, 27 sierpnia 2017

ebooki w promocji

Moje ebooki w empiku - wszystkie w promocji :) 
KEMEM
Przesileni
Dwunasta warstwa
U Źródła
Wymyślony 
Tomkowe historie
http://bit.ly/2vA19lI


sobota, 3 czerwca 2017

Kornelia i On

Budzik w telefonie rozdarł się o nieludzkiej porze. Sama tego chciała zgłaszając się na współprowadzącą do porannego programu w studenckim radiu Afera. Wyłączyła alarm i przez chwilę leżała wpatrując się w ścianę po swojej prawej stornie. Przeniosła wzrok na lewą ścianę. Żadnych sygnałów. Nie miała czasu zastanawiać się czy już go nie było, czy jeszcze nie.
Do siedziby radia, w akademiku przy ul. Św. Rocha dotarła na ostatnią chwilę. W studio czekała już na nią kawa i Darek, zwany po prostu Darasem, kolega, z którym prowadziła program. Realizator zza szyby dał im znak i ruszyli, aby przez trzy poranne godziny budzić słuchaczy, raczyć ich muzyką, swoimi żartami, informować o sytuacji na drogach i o tym, co w gazetach. Po programie wyszli przed budynek na tradycyjnego papierosa.
- Niewiele brakowało, a dzisiaj sama prowadziłabyś program – powiedział Daras, wypuszczając dym.
- Twoje weekendowe imprezy przypominają runmaggedon – zaśmiała się. Od początku programu zauważyła, że Daras jest bardziej wymęczony niż zwykle.
- Nie żartuję – poklepał się dłonią w okolicach mostka. – Napadło na mnie dwóch łysych karków.
– Nie wyglądasz na poobijanego. Dałeś im radę? – zlustrowała sylwetkę kolegi, który nie należała do mikrych.
- Może i spróbowałbym, ale jeden z nich przystawił mi nóż do gardła.
- O matko! – Przeszła jej ochota na żarty.
- Spokojnie, żyję, ale nadal nie mogę uwierzyć, że to się tak rozegrało.
Opowiedział Kornelii jak szedł sobie ulicą Święty Marcin w samym centrum miasta i nagle z ulicy Garncarskiej wyskoczyło na niego dwóch typków. Grożąc nożem zaciągnęli na Garncarką, wąską i ciemną uliczkę. Wepchnęli do bramy w obskurnej kamienicy, zażądali portfela i telefonu. I wtedy nastąpiło coś bardzo nieoczekiwanego. Napastnicy nagle cofnęli się, a na ich wrednych twarzach pojawiło się przerażenie. Ten, który trzymał nóż upuścił go i chwycił się za głowę. Stęknął, zacharczał i po prostu zaczął uciekać. Drugi zamierzał zrobić to samo, ale potknął się.
- Powiedział, że stoi za mną wielki, ciemny jak cień, jednooki potwór – parsknął Daras.
- Naprawdę tak powiedział?
- Dokładnie. Nie wiem jaki towar wciągał, ale to mnie uratowało, bo on też w końcu wstał i spieprzył. No nie denerwuj się, jak widzisz jestem cały – powiedział widząc, że Kornelia pobladła.
- Tak, tak - próbowała się uśmiechnąć. – A ty nie widziałeś jednookiego potwora? – usiłowała się rozluźnić żartem.
- Wiesz, że nie stronię od alkoholu, czasem zdarzy mi się zapalić zioło, ale dopalaczy i innych gówien nie tykam – zapewnił z całkowitą powagą.
Dopalili papierosy i pożegnali się. Kornelia miała zajęcia na uczelni, ale zmieniła plany. Udała się na Garncarską, w miejsce zdarzenia, które przytrafiło się Darasowi. Odszukała kamienicę i bramę. Jeden rzut oka na ścianę potwierdził jej obawy. Przyłożyła rękę do ściany i wyszeptała.
- Wiem, co tu się wydarzyło. Jadę teraz do domu i nie chcę zastać milczącej ściany.
W ciągu minionych tygodni przystawała przy wielu takich malowidłach. W Poznaniu, innych miastach, za granicą. Fotografowała je i wrzucała na jego fanpage’u. Za każdym razem zastanawiała się czy fotografowany Watcher jest w danej chwili właśnie nim. Czasem się ujawniał przed nią. Nigdy nie nauczyła się go wyczuwać.
Zaraz po wejściu do mieszkania spojrzała na ścianę. Widniał na niej napis: PRZEPRASZAM. Jak zawsze duże, czarne litery.
Odwróciła się do przeciwległej ściany. Spojrzała na rysunek Watchera wielkości człowieka. Czarna sylwetka, cienkie ręce i nogi, tułów zakończony dużym okiem. Pan Peryskop w swojej najbardziej klasycznej postaci stał sobie łypiąc na nią czarno-białym okiem. Stworzył go dla niej, gdy to nastąpiło. Tu najczęściej kontaktowali się ze sobą.
- Co właściwie się stało? Czy to dlatego nie odzywałeś się od niedzieli?
Na ścianie pojawił się napis: WEJDŹ NA MÓJ PROFIL.
Bez wahania zrobiła, o co prosił. Pojawiły się nowe zdjęcia z nowych miejsc. Nie zrobiła ich i nie wrzucała. Spojrzała znowu na ścianę. Nowy napis: TERAZ ZAJRZYJ NA SWÓJ. Miała wiadomość na messengerze. Od niego.
„Kornelio, zaszły we mnie kolejne zmiany. Potrafię zarejestrować obraz i przesłać go, przeniknąć do sfery wirtualnej, kontaktować się w ten sposób”.
Stworzona kiedyś postać Watchera pochłonęła go i uwięziła w świecie dwuwymiarowej grafiki, ścian, murów, skrzynek energetycznych, przęseł mostów, kominów fabrycznych. Pewnego dnia, kiedy wróciła do domu jego nie było, a na ścianie widniał Watcher. Nawet ją to rozbawiło, bo podejrzewała, że kiedyś będzie chciał namalować postać w mieszkaniu. Po chwili na ścianie zaczęły pojawiać się napisy. Sądziła, że ma jakieś halucynacje, ale pojawiające się słowa były jego słowami, jego stylem wypowiadania się. Komunikował się z nią. Zespolił się ze swoim dziełem. Był jednocześnie sobą i Watcherem. Nie pamiętał momentu kiedy to się stało. Nie był też w stanie opisać Kornelii jak się czuje. Stał się innym bytem. Potrafił przenosić się na malowidła już istniejące i tworzyć nowe. Nawet nie musiał ich malować. Po prostu powstawały pod wpływem jego woli, w takiej formie jak sobie wyobraził. Ona dokumentowała jego twórczość, aby nadal prowadzić profil i stwarzać wrażenie, że nic się nie stało. Nie było to trudne. Jako artysta był popularny, ale ukrywał swoją tożsamość, nie udzielał się publicznie. Nikt nie znał jego wizerunku, ani prawdziwego imienia. Odpisała.
„Jak tworzysz zdjęcia? Peryskopem?”.
„Chyba tak. Próbowałem przenieść obraz. Powstał w mojej pamięci, bardzo dokładny. Pomyślałem, że chciałbym go przesłać i udało się. Tak samo z wiadomością. Wszystkim zarządzam. Moje oko jest mózgiem, świadomością, Wi-Fi, modemem…”.
„Co się stało na Garncarskiej?”.
„Poczułem podświadomy impuls, żeby tam się znaleźć. Zobaczyłem, że ktoś jest w zagrożeniu. Powiększyłem swój obraz na ścianie, zmieniałem położenie, patrzyłem przenikliwie na tych oprychów, świdrowałem ich umysły. Miałem nawet nadzieję, że uda mi się wrócić do dawnej postaci, ale nic z tego”.
„To, co zrobiłeś było niebezpieczne. Obiecaj, że więcej się nie powtórzy”.
„Kornelio, ty też mi coś obiecaj. Zacznij żyć własnym życiem. Nie możesz robić za asystentkę i dokumentować mojej twórczości. Super prowadzisz program w radiu. Pomyśl o sobie.”
„Nie usunę ciebie z mojej pamięci”.
„Nigdy już nie wrócę do dawnej postaci. Tak bardzo zidentyfikowałem się z Watcherem, że pochłonął mnie. Jestem już kimś innym. Zaczynam zapominać nasze początki. Jestem niestabilny lokacyjnie. Nie chcę cię na to wszystko narażać. Nie marnuj swojego życia”.
„Namaluj się na moim ciele. Wtedy zawsze będziemy razem.”
„Nie ma mowy. Nie usiedzę w jednym miejscu, nawet na twoim ciele. Boję się przede wszystkim, jakie to miałoby skutki dla ciebie”.
„Nie dam rady żyć jakby nigdy nic. Mam oglądać twoje dzieła i udawać, że cię nie znam, że nie wiem o twoim losie. NIE!!!!!”
Wyłączyła czat. Wiedziała, że życie z artystą może nie być proste, ale na to z pewnością nie była przygotowana. On też. Sięgnęła po butelkę wina. Piła wpatrując się w Watchera i zastanawiając się czy teraz ją obserwuje. Wreszcie usnęła zmorzona winem i stresem.
Oko Watchera rozszerzyło się, zajrzało w pamięć Kornelii. Miała rację. Nie mógł jej tak zostawić.
Kiedy obudziła się nad ranem na ścianie nie było śladu po Watcherze i jego twórcy. W messengerze zniknęła korespondencja z poprzedniego dnia. Jadąc rowerem do radia minęła obraz widniejący na ścianie bloku. Znajdował się tam od dawna. Zawsze zwalniała w tym miejscu uśmiechając się, na wszelki wypadek, gdyby On właśnie tam był. Tym razem przemknęła, obojętnie spoglądając na ścianę. Przez moment jedynie zastanawiała się czy w malowidle nie zaszły jakieś zmiany. Wydawało jej się, że wcześniej nie było tego małego serca obok postaci Watchera. Szybko jednak przestała zaprzątać sobie tym głowę. Musiała skoncentrować się na porannej audycji.

czwartek, 2 lutego 2017

Mercedes de Breda

Przesileni, fragment
(…)
W poczekalni jej gabinetu nigdy nie było tłoku. Nie oznaczało to, że pacjenci omijają ją łukiem. Wręcz przeciwnie, miała ich całkiem sporo, natomiast perfekcyjnie zorganizowała ich przepływ. Podczas gdy doktor Mercedes de Breda badała pacjenta, na swoją kolej oczekiwała tylko jedna osoba. Pacjent po zakończeniu wizyty wychodził drugim wyjściem, doktor wzywała oczekującego, poczekalnia na chwilę pustoszała, a mniej więcej po kilku minutach wchodziła kolejna umówiona osoba. Pacjenci nie mieli okazji spotkać się nawet przed willą. Dom znajdował się na peryferiach miasta, w dzielnicy składającej się z domów jednorodzinnych lub szeregowych. Nie brakowało tutaj zacisznych, kameralnych uliczek z domkami otoczonymi bezpiecznymi płotami. Ale dom Mercedes mieścił się nawet nie w uliczce, lecz w zaułku, a właściwie w zaułku zaułka. Od niedługiej, wąskiej ulicy odbijał jeszcze stumetrowy kawałek, przy którym stały po obu stronach po dwa domy z ogrodem. Kiedy wydawało się, że to już koniec zabudowań i dalej zaczynają się już tereny zielone, ulica nagle skręcała pod kątem czterdziestu pięciu stopni, wydzierając naturze jeszcze kawałek przestrzeni. Właśnie na niej znajdował się dom doktor de Bredy. Do posesji nie można było dojechać samochodem. Jej dom był jedyny w okolicy bez garażu. Mercedes, jak na ironię, nigdy nie poruszała się własnym samochodem. Korzystała z taksówek, wypożyczalni, a na krótszych dystansach bardzo chętnie z roweru. Tuż przed zaułkiem stał znak zakazu wjazdu, a na wąskiej uliczce i tak nie można było zaparkować, nie blokując dojazdu na posesje innych mieszkańców. Pacjenci pozostawiali pojazdy ulicę dalej w zatoczkach postojowych. Tylko tam mieli okazję wpaść na siebie, ale nigdy nie było pewności, czy dana osoba korzysta z usług pani neurolog. De Breda nie zatrudniała żadnego pracownika, nie prowadziła recepcji. Można było się z nią umówić jedynie poprzez stronę internetową. W godzinach przyjmowania furtka prowadząca do posesji domu była zawsze otwarta, podobnie jak główne drzwi wejściowe. Wchodziło się nimi do holu, w którym napis na dużej tabliczce zapraszał do rozgoszczenia się w głębokim i wygodnym fotelu, obitym pluszem w kolorze łososiowym. Oczekujący mogli poczytać gazety lub czasopisma (wybór był urozmaicony), włączyć muzykę (wybierając w szerokiej gamie gatunków, utworów i wykonawców) lub włączyć w fotelu opcję masażu. Doktor de Breda wychodziła z założenia, że co prawda jest neurologiem, a nie psychoterapeutką, ale komfort psychiczny pacjentów przekraczających próg gabinetu i ich pozytywne nastawienie uważała za konieczny wstęp do zasadniczego etapu diagnozowania i leczenia lub innych zaleceń. Pacjenci doceniali tę troskę oraz absolutną intymność wizyt.
Mercedes dzieliła swoje życie między Poznaniem a Berlinem. Dokładnie w proporcji dwa do jeden. Pierwsze dziesięć dni każdego miesiąca, wliczając soboty i niedziele, przebywała w stolicy Niemiec, przyjmując w gabinecie przy Potsdamerstrase. Pozostałe dwadzieścia dni spędzała w Poznaniu. Tego dnia pozostał jej ostatni pacjent. Nie kojarzyła nazwiska. Westchnęła, wiedząc, że ta wizyta potrwa dłużej niż standardowa. Będzie musiała nie tylko założyć kartotekę, ale też i przeprowadzić dłużą rozmowę, chcąc uzyskać szczegółowe informacje nie tylko na temat obecnych problemów, ale i wcześniejszych dolegliwości, objawów i ogólnego trybu życia. Nie darmo w swoim fachu uchodziła za perfekcjonistkę. Uchyliła drzwi gabinetu. Pacjent siedział w fotelu i przeglądał gazetę. Rozpostarta, papierowa płachta zasłaniała twarz. Zanim jeszcze ją odłożył i spotkały się ich spojrzenia, już wiedziała, że wizyta znacznie bardziej odbiegać będzie od standardów, chociaż nie w takim znaczeniu, jak wcześniej sądziła. Srebrny sygnet na palcu był jego znakiem rozpoznawczym od kilku tysięcy lat. Znakiem nie dla wszystkich, bo jedynie ona i kilku bliskich przyjaciół, w tym Henk, zwrócili na to uwagę, ale też nie od razu. Zdaje się, że dopiero na początku Czwartego Przesilenia zdała sobie sprawę, że Albi nosi nieprzerwanie jedną ozdobę od zamierzchłych czasów Pierwszego Przesilenia. Żartował, że musi mieć jakiś stały element w jego chaotycznym życiu. Tu w jej gabinecie pierścień był dla niej sygnałem. Na wypadek gdyby nie rozpoznała go pod przeznaczoną dla postronnych obserwatorów charakteryzacją, składającą się z blond czupryny i dwudniowego zarostu. Zupełnie niepotrzebnie. Poznałaby go, nawet gdyby założył stalowy hełm z przyłbicą (co w jeszcze obecnym Przesileniu wielokrotnie miało miejsce). Dla osób, które znały się od kilu tysięcy lat, wystarczyła bliska obecność. Ruchem głowy zaprosiła go do środka. Albi rzadko używał charakteryzacji. Jeśli już to robił, miał twardy powód.

(…)

wtorek, 20 grudnia 2016

Wszechświaty

(…)
– Nie wnikam w to, co mogło być praprzyczyną kolizji naszych światów, bo pewnie nigdy się tego nie dowiemy – analizował głośno.
– Jest pewna hipoteza – Fea nie zostawiła zagadnienia całkowicie bez odpowiedzi. – Nasze światy uczestniczyły w karambolu wielu równoległych wszechświatów, spowodowanym silnym wyładowaniem w jednym z nich. Innymi słowy, w którymś z wszechświatów doszło do Wielkiego Wybuchu, który naruszył równowagę w przestrzeni między wymiarami.
– Wielki Wybuch? Tak jak kiedyś u nas – zamyślił się Jonasz.
– Czy wtedy też inne światy dostały rykoszetem?– Kto wie? W każdym razie to jedynie ostrożna hipoteza, zakładająca istnienie wielu, może nawet nieskończonej liczby wszechświatów.
– No dobrze – Jonasz pochylił się w jej kierunku. – Wszechświaty, w których istnieje Kemen i Ziemia zetknęły się. Powstały warunki do wygenerowania Przesmyku. Dlaczego powstał bezpośrednio na styku planet, a nie gdzieś w przestrzeni kosmicznej? Przecież w naszych wszechświatach jesteśmy zaledwie ziarenkiem. – Zadajesz pytania bardziej dla filozofów niż naukowców – westchnęła Fea. – To mogło być zdarzenie losowe lub…
– Lub?
– Efekt eksperymentów naszego Leonarda. Przesmyk powstał tam, gdzie skoncentrował się silny strumień olos – meldo – z twarzy Fei jasno wynikało, że tę drugą ewentualność traktuje jako mocno naciąganą.
Jonasz nie wykluczył, że eksperymenty mogły mieć jakiś wpływ, trudny do oszacowania. Nadal jednak nie pojmował, czym właściwie jest Przesmyk.
– Czy to właśnie most Einsteina – Rosena?
– Most zakładał raczej szybkie połączenie odległych rejonów kosmosu, chociaż twórcy koncepcji nie wykluczali, że za pomocą mostu można też dotrzeć do zupełnie innych wymiarów – przypomniała Fea. – Tak czy owak, trzydzieści lat po teorii Einsteina i Rosena inni naukowcy wysunęli tezę, że nawet jeśli istnieją tego rodzaju połączenia, nic nie jest w stanie się przez nie przedostać. Nawet światło.
– Wheeler i Fuller – potwierdził Jonasz. – Most pochłonąłby każdą materię, zanim ta zdążyłaby się wydostać.
– Opierali się cały czas na pierwotnej koncepcji mostu Einsteina – Rosena. A gdyby go zmodyfikować?
– Tunel Thornea – Morrisa – domyślił się.
Była to teoria tunelu czasoprzestrzennego, postulowana pod koniec lat 80. XX wieku, powstała w oparciu o most Einsteina – Rosena. Zakładała jednak, że istnieje możliwość przesłania przez most czy raczej tunel energii i materii w taki sposób, aby podczas transmisji tunel nie zapadł się w sobie i nie uwięził materii. Tym, co miało stabilizować i podtrzymywać most, okazała się egzotyczna materia, posiadająca ujemną masę.
– Podejrzewali, że coś takiego istnieje. Byli blisko rozwikłania zagadki – oznajmiła Fea.
– Olos – meldo to egzotyczna materia – Jonasz poczuł, jak miękną mu nogi.
– Prawie nas mieli – stwierdziła na poważnie Fea. – Einsten i Rosen zaproponowali Drugiemu Światu istnienie czegoś takiego jak Przesmyk, ale nie opracowali modelu utrzymania go w stanie funkcjonalności, tak aby można było bezpiecznie podróżować. Pół wieku później Thorne i Morris doszli do wniosku, że istnieje składnik, który pozwoli na bezpieczne przejście przez tunel. Nie zdołali jedynie owego składnika odnaleźć, ale i tak w Kemen spowodowało to straszliwą trwogę.
– Wśród ekspansjonistów.
– Nie tylko. Wszyscy obawiali się, co będzie, jeśli Drudzy w końcu odkryją Przesmyk i przejdą na drugą stronę. Nowa sytuacja przyczyniła się do zawarcia pokoju między ekspansami, a izolami i wspólnym kontrolowaniu Przesmyku.
– Thorne i Morris powinni dostać Nobla… pokojowego – Jonasz tylko trochę zażartował.
– Niestety, pokój nie przetrwał zbyt długo – przypomniała Fea. – Później odkryłeś lemniskaty i zrobiłeś kolejny mały krok dla ludzkości.
– I na tym koniec – uśmiechnął się w zadumie.
– Wcale nie – szybko zaprotestowała Fea. – Zrobiłeś jeszcze jeden krok. Dla obu ludzkości. Wiem, że to brzmi patetycznie i wazeliniarsko, ale tak to wygląda.
– Przyjmijmy, że wspólnie uczyniliśmy ten krok – chciał mieć chociaż w tym przypadku ostatnie zdanie i zmienił temat.
– Na Ziemi panuje przekonanie, że jeśli istnieje gdzieś jeszcze inteligentne życie, wszystko jedno w naszym, czy innym wszechświecie, to wygląda zupełnie inaczej, jest oparte na innych procesach fizycznych i chemicznych. Zakładamy, że inne istoty mogą nie przypominać nas pod żadnym względem, ponieważ zupełnie czym innym oddychają i odżywiają się. Są zbudowane z innych pierwiastków, być może całkowicie nieznanych. Tymczasem my i wy należymy do tego samego gatunku. Poza poziomem rozwoju technologicznego nic nas nie różni. Mamy podobne skłonności i namiętności. Toczymy wojny, kochamy się. Być może w jeszcze innych wymiarach wszystko wygląda inaczej.
– Niekoniecznie – zieleń źrenic Fei zaiskrzyła. – Jeśli wszystkie wszechświaty stanowią jeden wielki multi wszechświat, to każdy nowy wymiar wyrasta z już istniejącego, który z kolei powstał z jeszcze wcześniejszego, a wszystkie mają wspólnego przodka zwanego prawszechświatem lub wszechświatem pierwotnym, to oznacza wspólne pochodzenie, które określa kształt i charakter wszystkiego, co znajduje się w każdym z wszechświatów, włączając w to planety i formy życia. Pochodząc od tego samego wszechświata prarodzica, jesteśmy podobni jak rodzeństwo.
– Ta teoria wyjaśnia dodatkowo, dlaczego Wielki Wybuch w jednym z wszechświatów spowodował takie perturbacje w naszych – zgodził się Jonasz. – Jesteśmy jak gałęzie drzewa. Wyrastamy z jednego pnia. Na przykład Wielki Wybuch, z którego powstał mój wszechświat, mógł być właśnie takim pączkowaniem z innego wszechświata. Kto wie, czy nie z Kemen. Jesteście przecież bardzie zaawansowani.
– Rozwój technologiczny nie ma w tym przypadku nic do rzeczy – oceniła Fea. – Równie dobrze Kemen mogło zakwitnąć z twojego uniwersum.

(..)