wtorek, 30 lipca 2019

DRZEWA i LUDZIE


Inspiracją do napisania opowiadania było to, co dzieje się w Poznaniu i wielu innym polskich miastach. Szalone wycinanie (a właściwie wyżynanie drzew, których w miastach jest i tak niewiele, a jak bardzo są potrzebne możemy przekonać się podczas upałów). 

----------------------------------

DRZEWA i LUDZIE

Wstający za oknem dzień był dla niej sygnałem, że też powinna podnieść się z łóżka. Czuła zmęczenie po nieprzespanej nocy, ale towarzyszący niepokój dodawał sił, działał jak adrenalina. Nie był to stan lękowy, żadna nerwica. Wiedziała, że coś się wydarzyło i miała nadzieję uzyskać odpowiedź, a było to możliwe tylko w jeden sposób. Ubrała się szybko i udała się na zbieg ulic Prądzyńskiego i Garczyńskiego. Wilda powoli budziła się do życia, ale przed szóstą rano miejski zgiełk jeszcze się nie rozkręcił. Na ogrodzonym skwerku, pełniącym też rolę placu zabaw, było o tej porze pusto. Podeszła do rozłożystego dębu zdecydowanie dominującego na placykiem. Przywarła do niego plecami i zamknęła oczy. Nawet gdyby teraz ktoś tędy przechodził mógłby nawet nie zauważyć drobnej brunetki w zielonej koszuli i czarnych dżinsach. Tym bardziej nikomu nie przyszło by do głowy, że kobieta, odizolowawszy całkowicie od świata zewnętrznego swój umysł, otrzymała odpowiedź na dręczące ją obawy. 
*
- Mam problem z tym przypadkiem – westchnął Stefański. – Dlatego chciałem porozmawiać na osobności zanim przygotuję protokół. 
Młodsza inspektor Jowita Barska nie widziała jeszcze doświadczonego lekarza tak zakłopotanego, co ją samą też nieco krępowało. Zazwyczaj wypowiadał krótkie lecz zdecydowane opinie już na miejscu przestępstwa, które rozwijał i ukonkretniał po badaniach laboratoryjnych. Tym razem zachowywał się niepewnie, uchylając się od odpowiedzi jakim narzędziem został zadany cios. Nie za bardzo zmieniło się to pod zbadaniu ciała.
- Na czym polega ten problem? – Starała się zabrzmieć jak najbardziej empatycznie, przyglądając się rosłemu mężczyźnie w wieku przedemerytalnym, wbitego w fotel za swoim wielkim biurkiem, jakby chciał się za nim schować.
- Jedna rana kłuta – zaczął od rzeczy oczywistej nawet dla laika. – Jeden śmiertelny cios zadany… sporych rozmiarów, narzędziem… drewnianym. Prosto w serce. Rana jest szeroka, narzędzie musiało mieć średnicę kilku centymetrów. Aby przebić kogoś czymś takim na wylot trzeba użyć sporej siły. To wygląda tak jakby… został nabity na pal – wydusił wreszcie siebie bacznie oczekując reakcji Jowity, a widząc jej aprobatę kontynuował. – W dodatku, jeśli to był drewniany pal, to nie był zbyt dokładnie ociosany. Na wlocie i wylocie rany oraz wewnątrz znalazłem sporo śladów kory. 
- Napisze pan o tym wszystkim w raporcie?
- Przekazałem najważniejsze wnioski. W oficjalnym komunikacie proponuję napisać krótko, że był to cios w serce. Pewnie musicie pośpieszyć się z wydaniem oświadczenia. Zanim się wszystko rozpęta.
- I tak się rozpęta – westchnęła ciężko. 
Szef już ją wezwał, jego z pewnością wezwali lub wezwą wkrótce jego zwierzchnicy. Nie mogło być inaczej biorąc pod uwagę kim był zabity i co się ostatnio wokół niego działo w mieście. 
Zdzisław Milicz, komendant miejski policji w Poznaniu nie był w dobrym nastroju, a informacje przekazane przez Jowitę od Stefańskiego z pewnością nie poprawiły mu humoru. 
- Absolutnie nie możemy upubliczniać informacji o jakimś nadziewaniu na pal – kategorycznie pokiwał palcem. – Tylko podsycilibyśmy teorie spiskowe, które już zaczynają krążyć. 
Była na bieżąco z informacjami. Prezydent miasta zdążył już wydać oświadczenie i kilka razy wypowiedzieć się dla mediów. Zabójstwo dyrektora Wydziału Środowiska i Zieleni Urządzonej Urzędu Miasta Poznania uznał za akt barbarzyństwa. Wśród stronników prezydenta nie brakowało wypowiedzi o politycznym terroryzmie, czy zemście fundamentalistycznych pseudoobrońców przyrody. Dyrektor Zenon Karbowiak był w ostatnich tygodniach mocno krytykowany za masową wycinkę drzew w parkach i terenach nad Wartą. Sympatii nie wzbudzały jego słowa o tym, że starych drzew w mieście trzeba się pozbywać. Obrońcy drzew, którzy protestowali przeciwko działaniom dyrektora, wyrażali teraz współczucie wobec tragedii i jednocześnie zarzucali jego zwolennikom, że wykorzystują zbrodnię do politycznych ataków. 
- Tego, co robił w ostatnich godzinach życia też nie będziemy ujawniać? – Zapytała ostrożnie. 
- To akurat żadna tajemnica – Milicz machnął ręką. 
Karbowiak, który przekroczył już pięćdziesiątkę prowadził playbojowaty tryb życia, dosyć często zmieniając partnerki, a w ostatnich latach najczęściej korzystał z usług prostytutek. Ostatniego wieczoru swojego życia gościł w lokalu na Piątkowie, służącym za agencję towarzyską. Wizytówkę agencji pod nazwą salonu masażu znaleziono przy jego zwłokach.
- Opuścił mieszkanie tuż przed północą. Przebywał w nim niecałą godzinę. Klientka zażądała, aby się wyniósł – raportowała Jowita. – Zachciało mu się usług sado-macho. Trafił na taką, która nie miała na to ochoty. Według jej relacji nie zapłacił, a na do widzenia uderzył ją w twarz. Osiedlowy monitoring zarejestrował jego wyjście z budynku, którym mieściła się agencja. Później ślad się urywa. 
- Zakładam, że przy prostytutce nie znaleźliście narzędzia przypominające to określone przez Stefańskiego – komendant unikał słowa pal. 
- Jedynym narzędziem jaki przy sobie miała był gaz pieprzowy – wyjaśniła Jowita i przeszła do dalszych ustaleń. – Karbowiak mieszkał na Morasku. Z Piątkowa to zupełnie przeciwny kierunek niż miejsce, w którym go znaleziono, w samym śródmieściu. 
- Możliwe, że postanowił tam poszukać sposobu na rozładowanie napięcia.
- Sprawdzamy tamtejsze przybytki, ale na razie nikt nie stwierdził, żeby dyrektor był tam widziany. Monitoring miejski niczego nie zarejestrował. Szukamy dalej.
- Trzeba będzie też sprawdzić alibi wszystkich aktywistów miejskich, którzy protestowali przeciw wycinaniu drzew – Milicz powoli wycedził słowa. – Wiem, że to zajmie trochę czasu i prawdopodobnie niczego nie przyniesie, ale… chyba rozumiesz. 
Nie musiał więcej tłumaczyć. 
*
Po raz trzeci powoli okrążyła teren. Niczego nie wyczuła mimo maksymalnego wysilenia wszystkich dostępnych jej zmysłów. Poczuła się zmęczona. Przysiadła na ławce, która kiedyś stała w cieniu drzew. Teraz otaczały ją jedynie sterczące pnie. Przed słońcem musiały ochronić ją duże, ciemne okulary. Rozpuściła spięte włosy i zarzuciła je bardzie na czoło. Zza takiej osłony rozglądał się dookoła. 
- Gdzie jesteś? Gdzie się ukrywasz?

Po wyjściu z budynku komendy przy ul. Szylinga Jowita przeszła piechotą do Rynku Jeżyckiego, a stamtąd podjechała tramwajem kilka przystanków na Most Teatralny. Obok znajdował się nieduży park im. Wieniawskiego, gdzie znaleziono martwego dyrektora. Określenie park nabrało właściwie czasu przeszłego odkąd wycięto tam prawie dwadzieścia drzew. Zdaniem Karbowiaka wszystkie były chore i nie można było ich uratować. Parkowe happeningi społeczników miejskich nie zmieniły decyzji dyrektora. Obecnie dawny park przypominał gigantyczny trawnik z kilkoma drzewkami. Podobno miały nastąpić nowe nasadzenia. 
Teren położony między mostem, torami kolejowymi, a budynkiem Teatru Wielkiego, opadał w dół tworząc swoisty lej porośnięty trawą. Dokładnie na środku znaleziono ciało Karbowiaka. Siłą rzeczy wyglądało to jakby złożono go w ofierze, w miejscu gdzie dokonał zniszczenia drzew. Nic dziwnego, że takie teorie znalazły wielu zwolenników w internetowych komentarzach. W miejscu gdzie leżał dyrektor paliły się teraz znicze. Zupełnie jak wtedy, gdy wycięto drzewa. Z tą różnicą, że wtedy znicze stały przy pniach. 
- Palenie zniczy – mruknęła Jowita, - polski sport narodowy. Tylko co tego wynika?
Rozejrzała się dookoła zauważając kilku spacerowiczów. Kiedy rosły tutaj drzewa ruch był większy. 
Z zamyślenia przywołała się do rzeczywistości. Na rozwikłanie czekała sprawa, w której nie miała żadnych śladów, a jedynym punktem zaczepienia był teoretyczny drewniany pal, niezbyt starannie ociosany. Narzędzie nie znaleziono przy zabitym. Pal lub drąg, czy cokolwiek to było, zabójca musiał zabrać ze sobą. Być może porzucił. Spory, zakrwawiony kawał drewna, wbrew pozorom można w mieście dobrze ukryć. Można też spalić. 
*
Ksiądz Władysław Janiak miał około dwudziestu metrów do zaparkowanego przy chodniku samochodu, gdy odniósł wrażenie, że pojawił się przed nim jakiś cień. Odwrócił się zaniepokojony, ale na ulicy było pusto. Zapadł już zmrok, ale oświetlenie uliczne dodawało mu większej pewności. Po chwili stwierdził, że nadal widzi cień. O bardzo dziwnym kształcie, który porusza się. Spojrzał w górę, lecz zanim zdążył krzyknąć coś już nim zawładnęło. Poczuł ucisk na szyi, nie mógł poruszyć rękoma i nogami. Światła latarni zniknęły, zdawało mu się, że spada w czarną otchłań, a potem stracił świadomość. Gdy ją odzyskał miał cień dokładnie przed sobą, ale był już w innym miejscu. Dobrze je znał. Raz jeszcze spojrzał na cień, który jednak nie był cieniem. Ostatnim, co poczuł ekonom kurii poznańskiej był ostry ból w klatce piersiowej. 
*
Znowu źle spała w nocy i ponownie z samego rana udała się na skwerek. Przywarła do drzewa. A więc znowu – pomyślała. I tym razem to także nie był przypadek. Jak to powstrzymać? Czuła się bezradna. 
*
- To samo – wyburczał Stefański stojąc nad ciałem.
Powiedział to tak cicho, żeby usłyszeć mogła tylko stojąca tuż obok Jowita. Ciało ekonoma księdza Janiaka znaleziono po godzinie piątej nad ranem przed muzeum archidiecezjalnym na Ostrowie Tumskim. Leżał w miejscu wyciętych niedawno drzew. 
Stefański więcej powiedzieć nie chciał, więc Jowita wsiadła do stojącego obok samochodu. Za kierownicą siedział jej kolega, młodszy aspirant Michał Berger, gotowy do przedstawienia wszystkich ustaleń.
- Pogadamy w drodze, szef chce nas widzieć – rzucił skwaszony. 
Ruszyli mijając grupki gapiów, które zdążyły ściągnąć już na Ostrów Tumski. Wiadomość o takim zabójstwie podano już w porannych serwisach radiowych. 
- Milicz już na nogach? – zapytała Jowita lustrując wzrokiem ludzi rozstępujących się przed samochodem.
- Wiesz kto go postawił na nogi? Wojewoda. A tego z kolei biskup pomocniczy. Bo ten główny leży w szpitalu na zapalenie płuc. Ksiądz go wczoraj odwiedził. Wyszedł ze szpitala na Szamarzewskiego przed dwudziestą drugą i od tego momentu ślad się po nim urywa. 
- I znaleziono go po kilku godzinach na Ostrowie Tumskim? – pokręciła głową Barska. – Z Szamarzewskiego to kawał drogi.
- Wiesz co jest najdziwniejsze? Do szpitala pojechał swoim samochodem. Zaparkował nieopodal na ulicy. Auto nadal tam stoi. 
- Może został porwany? – spekulowała. – Przez jego ręce przechodziły duże pieniądze. 
- A porywacze przewieźliby go na Ostrów Tumski i tam zabili? – Pokręcił głową Berger. – To bez sensu. Może wstąpił gdzieś na kielicha, do kobiety, późno w nocy dotarł na Ostrów Tumski i tam trafił na mordercę.
- Janiak był znany z tego, że nie pije i nie łamie celibatu.
- Niemożliwe – parsknął szyderczo Berger, zaraz jednak spoważniał zdawszy sobie sprawę, że szydzi jednak z osoby tragicznie zmarłej. - Nie miał żadnych słabych stron.
- Worek.
- Co?
- Z tej trójki tylko worek.
- O czym ty mówisz?
- Nie słyszałeś? Korek, worek i rozporek, najczęstsze słabości duchownych, którymi łatwo ich szantażować.
- Janiak był pazerny na pieniądze?
- Lubił pieniądze i potrafił je pomnażać, no i miał dobre kontakty z Urzędem Miasta, z którym z pozoru kuria nie żyje najlepiej. Dlatego biskup mianował go ekonomem – dzięki swoim informatorom Jowita był dobrze zorientowana w sprawach kościelnych. 
- Czyli to on załatwił z miastem zgodę na wycięcie drzew rosnących przed muzeum? – Skinął głową. – Znowu podobny motyw. 
- Do tego taki sam sposób zabójstwa jak w przypadku Karbowiaka. Ofiara znaleziona w miejscu wycinki drzew, za które był krytykowana. Nie wiadomo, co się z nim działo przez kilka godzin w nocy. Przejrzeliście monitoring?
- Tak, ale nigdzie go nie zarejestrowano. Znika na Szamarzewskiego, a znajdują go martwego na Ostrowie Tumskim. 
Milicz oczekiwał ich już w biurze. Jego nie wyspana twarz wystarczyła za cały komentarz, więc przeszedł od razu do najważniejszego.
- Teraz mamy na głowie już wszystkich. Władzę i Kościół. Jak się szybko z tym nie uporamy to wiecie… - pociągnął łyk kawy i skrzywił się. – Macie przycisnąć tych aktywistów od obrony drzew. - Zamierzał kontynuować, ale rozległ się dźwięk telefonu. Niechętnie spojrzał na migającą na zielono lampkę aparatu stojącego na jego biurku i sięgną po słuchawkę. – Słucham – rzucił sucho, a następnie Jowita i Berger zobaczyli jak blada z niewyspania twarz Milicza robi się jeszcze bledsza. – Gdzie? Już ich wysyłam. – Odłożył powoli słuchawkę. – Jest kolejna ofiara. Z tego, co mi przekazano taka sama rana jak przy tamtych dwóch.
- Wiemy kim jest ofiara? – Berger wymienił spojrzenie z Barską. Obojgu chodziło po głowie czy tym razem nie porwano się na prezydenta miasta.
- No właśnie, tego byście chyba nie zgadli. Ten społecznik, który najgłośniej protestował przeciwko wycince i palił znicze. 
- Karol Wrzesień?! – wyrzuciła z siebie Jowita.
- Dokładnie – potwierdził Milicz. – Znaleziono go w parku Wilsona, leżał w krzakach zaraz za ogrodzeniem, przed którym niedawno wycięto drzewa.
- Zaraz, zaraz – Berger zmarszczył brwi. – To chyba dokładnie tam zorganizował akcję palenia zniczy?
- Owszem – Znowu potwierdził Milicz. – Teraz siedzą mi na karku władza, biskupi i społecznicy – mówił wyliczając kolejno na palcach. – Ja pierdolę. Trzeba się brać do roboty, bo inaczej cienko widzę nasze kariery. 
- Nadal nic nie wiemy o motywach – przypomniała Jowita. – Żadnych sygnałów, listów, komunikatów, ostrzeżeń. Zabójstwo Września, antagonisty tamtych dwóch jeszcze bardziej wszystko gmatwa.
- Niezupełnie – zmarszczył brwi Berger. - Niedawno wycięto drzewa pod budowę ścieżki rowerowej. To było na Grunwaldzkiej. Wrzesień, zapalony rowerzysta, nie tylko nie potępił tego, ale próbował usprawiedliwiać. Wielu zarzucało mu dwulicowość.
- Jedźcie tam – Milicz wykonał gest ręką jakby przeganiał muchy. – Resztę obgadacie w drodze. I niech tym razem Stefański postara się powiedzieć coś więcej. 
*
- Po raz trzeci to samo – Stefański nie spełnił nadziei Milicza. 
- Żadnych nowych szczegółów? – Berger łudził się jeszcze.
- Konsekwentnie wygląda na to samo narzędzie i żadnych śladów – doktor rozłożył ręce i odszedł. 
- I znowu daleko od miejsca, w którym go ostatni raz widziano – dodał Berger patrząc na oddalającego się Stefańskiego. 
Dostali już informację, że Wrzesień po raz ostatni jako żywy został zarejestrowany przez monitoring w autobusie miejskim, kiedy wysiadał na przystanku w pobliżu swojego miejsca zamieszkania, czyli na Podolanach. Peryferyjna dzielnica położona była szmat drogi od parku Wilsona, znajdującego się blisko śródmieścia. 
- Po raz trzeci to samo – Jowita wcale nie przedrzeźniała doktora. – Sądzisz, że zginął, bo uznano go za zdrajcę sprawy? - Nawiązała do tego, co Berger mówił o Wrześniu na komendzie.
- Jeśli tak to musi być ktoś bardzo radykalny, a raczej świrnięty – mruknął Berger.
- Nadal nie mamy pewności czy to jedna osoba, czy jest ich więcej - zauważyła
– Wracasz ze mną na Szylinga? – Kiwną na Jowitę. 
- Przejdę się trochę po parku. 
Nie naciskał, aby z nim jechała, nie zaproponował też, że oboje mogą się przejść. Uznał, że to nawet dobry pomysł, aby zastanowili się nad wszystkim osobno, a później wymienili się przemyśleniami. 
Jowita ruszyła wolno parkową ścieżką. Zobaczywszy kątem oka, że auto kolegi odjeżdża przyśpieszyła kroku w kierunku upatrzonej wcześniej ławki. Nie przeszkadzało jej to, że ławka była zajęta. 
- Dzień dobry – powiedziała głośno do kobiety siedzącej na ławce.
Ta powoli odwróciła głowę w jej stronę. 
- Dzień dobry. Chciałaby pani usiąść – przesunęła się robiąc miejsce. 
- Dziękuję chętnie – Jowita nie dała po sobie poznać, że zaskoczyła ją ta otwartość. – Mam na imię Jowita.
- Dagmara – kobieta uśmiechnęła się sympatycznie i podała rękę. – Dawno nie byłam w parku Wilsona. Już zapomniałam jak tutaj pięknie. 
- Ja też. Niestety przyjechałam tu dzisiaj w związku z tragicznym wydarzeniem. Jestem policjantką. Młodsza inspektor Jowita Barska. Przed wejściem do parku znaleziono zamordowanego mężczyznę. 
- Widziałam, co się tutaj dzieje, tyle policji – Dagmara smutno spuściła oczy. Potem podniosła głowę i popatrzyła na Jowitę. – Ciebie też widziałam już z daleka. Podobnie jak wczoraj na Ostrowie Tumskim i przedwczoraj w parku Wieniawskiego. 
Kobieta powiedziała dokładnie to, o co ona chciała zapytać. W parku Wieniawskiego zwróciła na nią uwagę, bo wydawało się jej, że jest przez nią obserwowana zza ciemnych okularów. Na Ostrowie Tumskim, gdy z Bergerem przejeżdżała obok gapiów dostrzegła ją, a ich spojrzenia skrzyżowały się na dłuższą chwilę. 
- Sądziłam, że to ja mam fotograficzną pamięć do twarzy – wycedziła powoli Jowita. 
- Nie tylko policjantki mają takie zdolności – uśmiechnęła się Dagmara. 
- Jaki zawód pani wykonuje? 
- Prowadzę sklepik na ulicy Stawnej. Zielarsko-ezoteryczny z małą kawiarenką. 
Rzeczywiście jest tam taki sklepik, Jowita przywołała z pamięci obraz tego miejsca. Parę razy przechodziła obok, ale nigdy nie zdecydowała się wejść do środka. 
- Twoja obecność na miejscach morderstw, to zadziwiający zbieg okoliczności. Potrafisz to jakoś wytłumaczyć? - Jowita przyglądała się jej uważnie.
- Tak, ale nie wiem jak zareagowałabyś na moje wyjaśniania.
- Wyraźnie dajesz do zrozumienia, że… coś prawdopodobnie wiesz na temat tych spraw. To wymaga przesłuchania na komendzie.
- Jestem podejrzana? - ze strony Dagmary nie było niepokoju.
- Niczego takiego nie powiedziałam - Przechyliła głowę lekko głowę nadal bacznie lustrując ją wzrokiem. - Dam ci wybór. Możesz mi o tym opowiedzieć tutaj. W parku na ławce lub pojedziemy od razu na policję.
- A jeśli powiem, to pojedziemy później – teraz Dagmara spojrzała z ukosa.
- Zależy od tego, co usłyszę.
- Jest dziewiąta trzydzieści - Dagmara spojrzała na zegarek, - sklep otwieram o jedenastej. Zdążę wszystko opowiedzieć. Mam tylko prośbę, aby mi nie przerywać, bez względu na to co usłyszysz.
- Zamieniam się w słuch – zapewniła Jowita.
Opowieść zajęła około pół godziny. Policjantka miała ochotę przerwać jej już po pierwszych zdaniach, ale Dagmara przewidując jej reakcję nie poprzestała tylko na słowach. Krótka demonstracja zrobiła na Jowicie oczekiwane wrażenie. Pozwoliła dokończyć nie przerywając ani razu.
- Dziękuję za wysłuchanie – Dagmara odgarnęła włosy z czoła. - Teraz zrobisz, co uznasz za właściwe.
Jowita darowała sobie uwagę, że słowo „właściwe” za słabo obrazuje sytuację, w jakiej się znalazła. 
- Potrzebują trochę czasu na przemyślnie – odparła. - Za dużo go nie mam. Chciałabyś pewnie pojechać do sklepu.
- Owszem. Jeśli nie jestem zatrzymana.
- Nie jesteś. O której zamykasz sklep?
- O dziewiętnastej.
- Będą u ciebie na Stawnej – policjantka wstała z ławki. - Powiem ci jaką podjęłam decyzję.
Odwróciła się i ruszyła w kierunku bramy wyjściowej z parku. Uważnie przyglądała się drzewom. 
*
Była dokładnie dziewiętnasta, gdy Jowita stanęła przed sklepem przy ulicy Stawnej. Biało-fioletowa fasa, szyld informujący, że w środku mieści się sklep zielarsko-ezoteryczny „Daga Jaga”, przed wejściem kobiecy manekin ubrany w strój czarownicy, fioletową suknię w białe gwiazdy, szpiczasty kapelusz i miotłę wetknięta pod rękę. Otworzyły się drzwi i stanęła w nich właścicielka.
- Wejdziesz? - Zapytała Daga.
- Może innym razem.
Daga wyszła ze sklepu i zamykając drzwi rozglądała się uważnie. 
- Przyjechałaś sama? – zapytała?
- Jak widzisz.
- Jedziemy na Szylinga?
- Oczywiście, że powinnam ciebie tam zabrać i przesłuchać, najlepiej w obecności biegłego psychiatry – policjantka nie żartowała. - Sama nie wiem dlaczego robię inaczej.
- Bo tak podpowiada ci twoja intuicja. Dobry śledczy musi mieć intuicję. Prawda?
- Dobry śledczy musi trzymać się racjonalnych faktów – mruknęła Jowita. - Czy to Daga Jaga? - Wskazała na manekina chcąc nieco rozładować sytuację.
- Daga Jaga to ja. Dagmara Jadwiga – odpowiedziała z dumą. - A tę nazywam Wiedźma Stawna. Od ulicy – poklepała manekina po ramieniu. - Pilnuje sklepu kiedy mnie nie ma. 
- Pięknie – Jowita nie potrafiła się rozluźnić. - W takim razie jedźmy.
Dagmara spoważniała. 
- Masz to ze sobą?
- Tak – Jowita poklepała mały plecak przewieszony przez ramię. - Mała próbka. Powinno chyba wystarczyć?
- Nie było problemów, żeby uzyskać...?
- Nie i nie martw się, nie powiedziałam po co mi to – ucięła Jowita. - A jeśli chodzi o problemy to nie zagwarantuję ci, że ich nie będzie.
- Jasne – Dagmara spojrzała w niebo. - Pojedziemy, gdy się ściemni. Teraz mogą się tam jeszcze kręcić ludzie. Może wyskoczymy na małą kolację? Mam tutaj swoją ulubioną knajpkę przy Starym Rynku. Ja stawiam.
- Chcesz teraz jeść?
- A co chcesz robić przez ten czas. Mamy ponad godzinę. Zjemy coś i pogadamy. Pewnie masz jeszcze jakieś pytania.
Miała mnóstwo pytań, a poza tym dopiero teraz zdała sobie sprawę, że jest głodna. Przez cały dzień nie miała czasu nawet pomyśleć o jedzeniu. 
*
W parku na ławce Dagmara rozpoczęła opowieść od zakomunikowania Jowicie, że jest Drzewną Czarodziejką, opiekunką trzystuletniego dębu na Wildzie, drzewa obdarzonego dendroduszą. 
- Wiem, że po takim wstępnie albo przestaniesz mnie słuchać, albo aresztujesz, ewentualnie wezwiesz pomoc lekarską – Dagmara trafnie odczytała myśli policjantki. - Dlatego będzie też mała demonstracja.
Dłonie i przedramienia Dagmary pokryły się cienką warstwą kory, która po chwili pojawiła się też na jej szyi i twarzy. Włosy zmieniły się w cienkie gałązki, w mgnieniu oka wyrosły na nich małe listki, podobne pojawiły się w innych miejscach na jej ciele. 
- Dotknij – zachęciła Dagmara podsuwając rękę otoczoną korą, z kilkoma wystającymi liśćmi.
Jowita ostrożnie położyła dłoń na dłoni czarodziejki. Bez wątpienia dotykała warstwy kory, cienkiej elastycznej, na tyle że nie zakłócały kształtu rąk Dagmary. Mogła swobodnie nią poruszać, zaginać palce. Policjantka przesunęła dłonią po listkach i musiała stwierdzić, że nie są złudzeniem, ani niczym sztucznym. 
- Czy mogę pobrać próbki?
- Żeby się przekonać czy to nie moje ślady znalazłaś na ciałach zamordowany? - Dagmara nie była zaskoczona. - Bardzo proszę możesz odłamać kawałek kory i zerwać listek lub dwa. Mnie to nie zaboli.
Jowita wyjęła z torebki foliową, szczelnie zamykaną torebkę i ostrożnie pobrała próbki. Na miejscu odłamanego fragmentu kory natychmiast pojawił się nowy. Odrósł też zerwany listek.   Nie trwało to jednak długo, bo Dagmara zaczęła powracać do zwyczajnego stanu. Kora i liście płynnie wtapiały się w jej ludzką skórę. 
- Nie obawiasz się, że ktoś jeszcze to zobaczy? - Jowita rozejrzała się po parku. Wydawał się pusty.
- Otoczyłam nas aurą, przesłoną, na niej wyświetliłam nasze projekcje – wyjaśniła czarodziejka. Potarła dłonią o dłoń. - Już ją zwinęłam.
Nagle Jowita spostrzegła, że w parku są jednak pojedynczy spacerowicze. Jakaś para, matka z wózkiem, starszy mężczyzna. 
- Chcesz powiedzieć, że oprócz tego, że zamieniasz się w drzewo, potrafisz też znikać?
- Dzięki przesłonie mogę stać się niewidoczna, ale nie mogę wyjść poza nią. Takie stanu nie utrzymuję długo i nie robię tego często. To kosztuje wiele energii, która jest mi potrzebna do innych spraw. I nie zmieniam się w drzewo – poprawiła. - Przybieram niektóre ich cechy, aby lepiej się z nimi komunikować. Przede wszystkim z tym jednym.
Kontynuując opowieść powtórzyła, że dąb na Wildzie jest jednym z niewielu drzew na świecie obdarzonych dendroduszą. Zwyczajne drzewa nie mają dusz, ale posiadają cienie, które nie znikają nawet po obumarciu lub zniszczenia drzewa. Nie są wówczas widoczne, ale istnieją. Aby nie błąkać się po świecie i nie zakłócać spokoju innych drzew i ich cieni trafiają do drzew z duszami, w nich znajdując spokój i ukojenie po utracie swoich drzew. Same zaś zasilają dendrodusze dodatkową energią, co sprzyja długowieczności takich drzew. 
Oprócz czarodziejek i czarodziejów opiekujących się drzewami, istnieją też demony, zdegenerowani czarnoksiężnicy, dążący do pozyskania siły drzew i stworzenia nowego gatunku, bytu stanowiącego połączenie człowieka z drzewem. Taki gatunek posiadający wspólne cechy mógłby zdominować świat. Działania czarnoksiężników nie przyniosły efektów. Odczuwają to jako wielką porażkę, a w swej zaciekłości dążą do zniszczenia drzew, skoro nie mogą ich posiąść. Ich nienawiść skupia się przede wszystkim na drzewach z dendroduszą. Zazwyczaj są zbyt słabi, aby walczyć z duszami drzew, atakują więc zwykłe drzewa, wpływają na ludzi, aby je niszczyli. Najgorzej jest jeśli czarnoksiężnik przejmuje kontrolę nad cieniem zniszczonego drzewa. Traci wówczas swoją cielesność, a jego demoniczna strona całkowicie wiąże się z cieniem drzewa przejmując nad nim kontrolę. 
- Właśnie z kimś takim mamy do czynienia – Dagmara zakończyła wyjaśnienia. - Obawiam się, że cała trójka stałą się jego ofiarą.
- Zabił ich demon? - Chciała upewnić się Jowita. - Dlaczego oni? Będzie szukał kolejnych ofiar?
- Próbował atakować dąb i zniszczyć jego dendroduszę, ale był zbyt nieudolny. Przejął duszę innego drzewa, a teraz poluje na ludzi czerpiąc energię z ich dusz, serc i umysłów. Dyrektor i ksiądz odpowiadali za wycięcie wielu drzew. Wyssał ich osobowość, aby wzmocnić w sobie niszczycielską moc. Być może wcześniej zatruł ich sumienia. Trzecia ofiara – czarodziejka odwróciła głowę w kierunku bramy parku – aktywista broniący drzew, a jednak nie w każdym przypadku musiał być dla niego cenną ofiarą. Znalazł w nim z jednej strony osobowość przyjazną drzewom, co może pomóc w uśpieniu czujności dendroduszy, którą chciałby zaatakować. Z drugiej strony demon posiadł także jego fałsz, przyzwolenie na nieuzasadnione wycinanie drzew, gdy jest to korzystne dla partykularnych celów. 
- Czy on będzie dalej zabijał? - Jowita chwyciła Dagmarę za ramię.
- Nie wiem – odparła bezradnie. - To zależy czy ma już dostatecznie dużo mocy. Jeśli tak zaatakuje dąb, a gdy zniszczy jego duszę, wydrze też znajdujące się tam cienie, przejmie nad nimi kontrolę, stanie się jeszcze potężniejszy. Zaczną umierać kolejne drzewa. I ludzie.
- Co jeszcze wiesz o tym demonie? Skąd się wziął? - Jowita sama nie wiedziała dlaczego o to pyta. Przecież i tak nie przekaże takiej informacji swoim zwierzchnikom.
- Mam pewne podejrzenie – odpowiedziała z ociąganiem. - W ubiegłym roku grasował w Poznaniu czarnoksiężnik, który chciał zaatakować dąb. Podjęłam z nim walkę. Nie było łatwo, ale udało mi się zamknąć go w drzewie.
- Drzewie?
- Rosło w parku Wieniawskiego. Tam stoczyliśmy walkę. Przypominasz sobie drzewo z korą częściowo zniszczoną przez piorun, na którym była grafika tańczącej kobiety?
- Taaak, było tam takie – Jowita zmrużyła oczy.
- To nie był piorun, a efekt uwięzienia przeze mnie czarnoksiężnika. Zamknęłam go w drzewie. Grafika była moim zaklęciem. Przypominasz sobie może jak rok temu w Poznaniu zaginął cudzoziemiec? Przyjechał z Belgradu. Wynajął mieszkanie. Po dwóch tygodniach zaginął bez śladu.
- Głośna sprawa sprawa – potwierdziła Jowita. - Nie prowadziłam jej. To był on?
- Zgadza się.
- Facet był w Serbii poszukiwany listem gończym. Chyba wtedy uznano, że z Poznania musiał wyjechać w innym kierunku, bo przecież nie mógł zapaść się pod ziemię. A on się zapadł w drzewie. Kurcze – pokręciła głową, - rozwiązałam sprawę i znalazłam winną. Odpowiadasz za jego zniknięcie.
- Niezupełnie – spokojnie odparła Dagmara. - Nie odpowiadam za jego zniknięcie cielesne. Sam siebie celowo zdematerializował przemieniając się z czarnoksiężnika w demona. Uznał, że łatwiej będzie mu wówczas zawładnąć dębem, gdy energię ciała dołączy do demonicznej struktury, która już wcześniej w nim tkwiła. Demon unicestwił jego ciało. Ja uwięziłam demona w drzewie.
- Drzewo ścięto razem z innymi – przypomniała policjantka.
- Wtedy czarnoksiężnik pod postacią demona prawdopodobnie wydostał się z zaklęcia i przejął cień drzewa. Nie byłam tego pewna. Krążyłam w miejscu wycinki, ale nie wyczuwałam go. Miałam już nadzieję, że gdzieś sobie poszedł lub jednak nie przeżył. Wtedy zaczęły się morderstwa – oczy Dagmary zaszkliły się. - Dąb wysyła mi sygnały, że coś dzieje się złego. Chodzę na miejsca morderstw, ale nie potrafię zlokalizować demona.
- Twoje drzewo z dendroduszą nie potrafi go znaleźć?
- Jeśli chcesz zrozumieć drzewo z dendroduszą nie myśl kategoriami ludzkimi – Dagmara poczuła się lekko urażona. - Dąb przekazuje pewne sygnały. Działa i komunikuje się w specyficzny sposób. Poza tym ma w sobie cienie innych drzew. Musi skupić się na ich ochronie. Nie może działać za bardzo na zewnątrz. 
- Nie ma sposobu na zlokalizowanie demona?
- Gdybym otrzymała próbkę kory, którą pobraliście z ofiar – spojrzała błagalnie na policjantkę, - wtedy mogłabym dowiedzieć się więcej. Gdzie go szukać i na jakim etapie się znajduje. Wtarłabym korę zabójcy w korę dębu. Drzewo otrzymałoby ślad demona, mogłoby by uodpornić się na niego, wyostrzyłoby swoją uwagę, wiedziałoby kiedy się zbliża i przygotowałoby się do obrony.
*
- Co to? - Stefański nie był zaskoczony wizytą Jowity, bo do niezapowiedzianych najść zdążyła go przyzwyczaić. Oglądał za zainteresowaniem kawałek kory i listek.
- Mam wielką i pilną prośbę, abyś porównał to z substancją znalezioną przy ofiarach.
- A tę substancję gdzie znalazłaś? – przyglądał się jej przenikliwie.
- Powiedziałeś, że niewiele rozumiesz z tych zabójstw. Od dziś ja rozumiem jeszcze mniej. Niczego nie wyjaśnię. Jeśli nie spełnisz mojej prośby…
- Nie powiedziałem, że nie spełnię.
Po przebadaniu próbki dostarczonej przez Jowitę. doktor stwierdził z całkowitą pewnością, że nie ma ona żadnego związku fragmentami kory znalezionej na ciałach ofiar. 
- Mam jeszcze jedną prośbę – Jowita splotła dłonie. - Mogę dostać trochę kory z miejsc zbrodni?
- Chcesz ją wynieść z laboratorium? – spojrzał na nią znad okularów. - I nie powiesz mi do czego będzie ci potrzebna?
- Z pewnością nie teraz – przyznała. - Może później, ale niczego nie obiecuję.
Przez chwilę milczał przygryzając paznokcie. Nie przypominała sobie, żeby kiedykolwiek tak robił.
- Myślę, że dobrze mnie znasz – przestał gryźć paznokcie i teraz przyglądał się im jakby chciał sprawdzić, czy ich nie uszkodził. - Zawsze kieruję się dostępną wiedzą i tym, co namacalnie uda mi się stwierdzić. Ty postępujesz podobnie. W tym przypadku wszystko zawodzi. Mam wrażenie jakbym doszedł do matowej szyby i niczego zza niej nie potrafię dostrzec. Jednocześnie wiem, że coś za nią jest. Jeśli masz szansę rozbić szybę, zrób to. Niczego więcej mi nie musisz tłumaczyć.
*

- Trafiłaś na porządnego człowieka – stwierdziła z uznaniem Dagmara usłyszawszy od Jowity jak doktor Stefański bez dalszych pytań przekazał jej próbkę.

- Nie miałam pewności jak się zachowa – przyznała Jowita i ugryzła tosta. Był ciepły i chrupiący, z serem pleśniowym i rukolą. - Pyszne. Że też wcześniej tu nie byłam.
Lokal znajdował się raptem ze dwadzieścia merów od sklepu Dagmary. Siedziały na zewnątrz pod parasolami, na podwórku kamienicy. 
- Nazywa się Peryskop – poinformowała czarodziejka. - Lubię tutaj zaglądać. Dużo ryzykujesz – wróciła do głównego tematu. - Swoją karierę, pracę w policji.
- A co mam zrobić? Po tym wszystkim, co widziałam – wzruszyła ramionami. - Moja kariera w policji i tak jest zagrożona. Różni ważni mają pretensje, że jeszcze nie złapano sprawcy.
Obie zamilkły oddając się spożywaniu tostów. Zdały sobie sprawę, że ujęcie sprawcy w tradycyjnym znaczeniu tego słowa najprawdopodobniej nie będzie możliwe. To zaś oznaczało, że „różni ważni” pozostaną nieusatysfakcjonowani. 
- Czy jestem już poza podejrzeniem? - Dagmara przerwała ciszę.
- Jeśli o mnie chodzi to tak – uspokoiła ją Jowita. - Próbka z… ciebie nie była tą, którą znaleźliśmy przy ofiarach. A tak przy okazji zajrzałam na fanpage twojego sklepu. Czy tam też uprawiasz czary.
- Nie uprawiam czarów. Opiekuję się drzewem z duszą. W sklepie zajmuję się tylko sprzedażą ziół i akcesoriów ezoterycznych.
- Ezoteryczny Poznań – Jowita przypomniała sobie słowa piosenki.
- Na Wildzie mieszka Szatan – dodała Dagmara.
- W rzeczywistości nie Szatan a dobra Drzewna Czarodziejka – policjantka postarała się, aby nie zabrzmiało to ironicznie. - Jak to się stało, że zostałaś czarodziejką?
- Drzewo mnie wybrało.
- To drzewo na Wildzie?
- Tak.
- Co to znaczy wybrało?
- Od dzieciństwa mieszkałam na Wildzie. Lubiłam stawać pod dębem. To się wydarzyło kiedy miałam dziewiętnaście lat. Nigdy nikomu o tym nie opowiadałam. - Dagmara przymknęła oczy, jej twarz nabrała wyraz nadzwyczajnego spokoju i szczęśliwości. - Oparłam się o drzewo, przylgnęłam do niego całym ciałem, jak często to robiłam. Był poranek, słońce ledwo wzeszło. Doznałam wrażenia, które trudno opisać. Poczułam drzewo tak mocno jak nigdy przedtem. Jego zapach, kształt, wnętrze, każdy słój. Drzewo przemówiło do mnie. To nie był oczywiście słyszalny głos. Cała informacja pojawiła się w mojej świadomości, poszerzyła ją. Na zewnątrz pokryłam się korą i liśćmi. I wiesz, wcale mnie to nie przestraszyło. Poczułam się z tym tak dobrze, tak… niebiańsko.
- I tak stałaś się Drzewną Wróżką?
- Dokładnie w tym momencie – Dagmara otworzyła oczy, - ale powiedziała mi o tym moja poprzedniczka, opiekunka dębu. Starsza kobieta, którą kojarzyłam z widzenia, widywałam ją często jak się na ławeczce pod drzewem, czasem mi się przyglądała. Wymienialiśmy kurtuazyjne ukłony, ale nigdy nie rozmawiałyśmy. Gdy tak stała pod drzewem porośnięta korą, wtopiona w dąb, niewidoczna dla otoczenia, podeszła do mnie ta kobieta. Powiedziała, że była drzewną czarodziejką przez ponad 80 lat, lecz jej czas się kończy i drzewo wybrało mnie na jej następczynię.
- Gdzie jest teraz ta kobieta?
- Zmarła.
- To wróżki nie żyją wiecznie?
- Jesteśmy tylko ludźmi. Dzięki sile drzew wolniej się starzejemy i żyjemy dłużej niż średnia. Poprzedni wróżka przeżyła znacznie powyżej stu lat.
- A ile ty masz właściwie lat? - Jowita złapała się na tym, że nie sprawdziła wcześniej takiego szczegółu.
- Pięćdziesiąt trzy.
- O kurwa! - Wymknęło się policjantce i aż zasłoniła usta. - Wyglądasz jakbyś była w moim wieku, a ja mam trzydzieści cztery.
- Dzięki – Dagmara nie bez satysfakcji uśmiechnęła się od ucha do ucha. 
- Wróżki to mają dobrze.
- Nie zawsze – Dagmara spoważniała. - Jest niestety zły demon, który nie wiadomo gdzie mieszka – sprawdziła godzinę. - Czas ruszać.
Samochód Jowity zaparkowany był kilka kroków od Preryskopu przy ulicy Dominikańskiej. Po usadowieniu się na fotelu i zapięciu pasów Dagmara poprosiła o próbkę z miejsc przestępstw. 
- Teraz? - Zdziwiła się Jowita. - Sądziłam, że dopiero przy dębie.
- Zanim dojedziemy może uda mi się już coś stwierdzić.
Policjantka wyjęła woreczek z ciemnym proszkiem. W takiej postaci udało się zebrać i wyodrębnić substancję z ciał ofiar. Wysypała całą zawartość na wyciągniętą dłoń czarodziejki. Dagmara wtarła proszek w dłonie, zacisnęła je wyprostowała, zbliżyła dłonie do nosa i mocno wciągnęła powietrze. Znowu zacisnęła pieści i położyła je na kolana. 
- Jedź szepnęła przymykając oczy.
- Wiesz gdzie on jest? – Jowita zwiększyła prędkość.
- Wydaje mi się, że blisko. I że jest silny. Jedźmy od razu do dębu.
Droga na miejsce nie zajęła im dużo czasu, o tej porze ruch na ulicach był mniejszy. Jowita zaparkowała przy chodniku. Obie podbiegły na skwerek. Zrobił się wieczór i teraz nikogo w tym miejscu nie było. Dąb stał obojętny, nie przypominał drzewa z duszą. Dagmara podeszła do niego i przyłożyła do pnia dłoń, pokrytą jeszcze rozmazanym pyłem, pozostałością kory z miejsca zbrodni. 
- Jest gdzieś tutaj – szepnęła. - Uruchomię przesłonę.
Powietrze wokół lekko zafalowało jakby pod wpływem gorąca. Policjantka domyśliła się, że przesłona została wytworzona, jak poprzednio w parku.
- Czy to nas ochroni? - zapytała wróżkę.
Nim ta zdążyła odpowiedzieć, odpowiedź przyszła sama pod postacią czarnego jak smoła zmaterializowanego cienia o kształcie ludzkiej postaci z wieloma długimi odnóżami, przypominającymi elastyczne gałęzie.
- Dostał się za przesłonę – zamarła Dagmara.
Szybko jednak odzyskała spokój i postanowiła wytworzyć drugą przesłonę, we wnętrzu już powstałej, aby odciąć się od demona. Nim zdążyła cokolwiek zrobić postać powaliła ją na ziemię jednym machnięciem gałęzi, następnie zbliżyła się do Jowity, która odruchowo sięgnęła po broń. Demon nie pozwolił jej na to owijając dziewczynę jedną ze swoich odnóży i unosząc w górę. Inną wycelował prosto w jej klatkę piersiową. Jowita zdążyła zdać sobie sprawę, że tak zginęły trzy poprzednie ofiary, a ona będzie czwartą. Nie wiedzieć dlaczego pomyślała o doktorze Stefańskim, który będzie badał jej ciało. 
Mgliste rozważania przerwał cios. Poczuła szarpnięcie i w jednej chwili uścisk demona zelżał. Zaczęła spadać, lecz lądowanie było miękkie. Wygięty nienaturalnie konar dębu ostrożnie postawił ją na ziemi. Jowita rozejrzała się za Dagmarą. Zauważyła ją z trudem jak przylegała całym ciałem do pnia dębu, porośnięta liśćmi i korą. Spojrzała w kierunku demona. Czarny cień leżał wijąc się w konwulsjach, przeszywany uderzeniami konarów, lecz nie wildeckiego dębu. Było to inne drzewo, a właściwie jego cień, wyrosły jakby z korony dębu. W odróżnieniu od demona miał kolor soczystej zieleni i sylwetkę bez ludzkich cech. Strzeliste, wąskie drzewo o jeszcze dłuższych gałęziach, przygwoździło czarny cień do ziemi i przyssało się do niego konarami. Najpierw zniknęły odnóża, a później „ludzka” część demona zaczęła się zmniejszać aż zniknęła całkowicie. Po chwili do świadomości Jowity dotarło, że zniknięcie cienia odsłoniło realną postać, mężczyznę, leżącego bez oznak życia. Przebyły nie wiadomo skąd cien-drzewo chwycił mężczyznę jednym ze swoich konarów, a następnie razem z nim wystrzelił w górę przebijając się przez przesłonę.
- Wszystko widziałam – odezwała się wróżka, z której w mgnieniu oka opadła liściasto-korowa powłoka. Znowu przypominała Dagmarę.
- Co to było? – wykrztusiła z siebie Jowita.
- Dębowi udało się wezwać pomoc – wróżka pogłaskała pień dębu. - Użył mnie jako wzmocnienia i pośrednika. Uratował nas najpotężniejszy sojusznik drzew.
- To jakiś dobry demon?
- Najstarsze drzewo z dendroduszą. Świerk rosnący w północnej Szwecji. 
- Świerk ze Szwecji przeniósł się nagle do Poznania? - Jowitę właściwie nic nie powinno już dziwić, a jednak nadal miała problem z zaakceptowaniem rzeczywistości tak obcej racjonalnemu, policyjnemu podejściu.
- Nie świerk, ale jego dendrodusza – sprostowała Dagmara. - Wyssała z demona całą moc. Mężczyzna, którego ujrzałaś to ludzka powłoka, którą wcześniej przybierał czarnoksiężnik.
- Dokąd został zabrany?
**
Dagmara będąc podczas zdarzenia w stałej więzi z dendroduszami dębu i świerku, wiedziała dokąd dendrodusza najstarszego drzewa zabrała ciało czarnoksiężnika. Znalazły je na terenach nadwarciańskich. Dyndało na jednym z drzew, a pod nim leżał spory drąg noszący na sobie ślady zaschłej krwi. 
- To wasz zaginiony, który powrócił i zaczął mordować. Na drągu, na jego ubraniu, pod paznokciami znajdziecie ślady krwi Karbowiaka, Janiaka i Września.
- Z pewnością masz rację – Jowita przyglądała się martwej twarzy wisielca, która nie przypominała ani demona, ani czarnoksiężnika. - Trudno będzie jednak dojść do tego, co nim kierowało.
- Masz przy sobie notes?
- Tak.
Dagmara poprosiła o jedną, czystą kartkę. Włożyła ją między dłonie i mocni ścisnęła. Trzymała tak około minutę, przez cały czas mając zamknięte oczy i zmarszczone czoło. Gdy oddawała kartkę Jowicie, papier był już zapisany odręcznym pismem.
- List pożegnalny – wyjaśniła czytającej policjantce. - Morderca przyznaje się do winy, pisze o swoich problemach psychicznych, o tym że nie mógł powstrzymać się od zabijania i jednocześnie nie mógł z tym żyć. Swoje ofiary wybierał przypadkowo, nie było tu motywów ekologicznych, ani żadnych innych idei. Porównajcie charakter pisma…
- Z pewnością wszystko się zgadza – wpadła jej w słowo Jowita. Podeszła do wisielca i wsunęła kartkę do tylnej kieszeni spodni. - Dlaczego dendrodusza szwedzkiego drzewa zaniosła ciało aż tutaj. Mogła powiesić je na dębie.
- Wtedy dąb zawsze kojarzyłby się z wisielcem-seryjnym mordercą. To źle wpłynęłoby na psychikę drzewa z dendroduszą, wywołałoby też niezdrowe zainteresowanie ze strony ludzi. 
- Drzewo stojące na odludziu, bez duszy lepiej to zniesie – zrozumiała Jowita.
- Dokładnie. Zawiadomisz teraz swoich przełożonych?
Jowita pokręciła głową.
- Nad ranem będzie tędy przechodził patrol policji konnej. Niech oni go znajdą.
- Ty rozwiązałaś sprawę.
- Tak, ale lepiej, aby mnie z nią nie kojarzono – Jowita puściła oko.
*
Doktor Stefański potwierdził, że ślady krwi znalezione na drągu i pod paznokciami denata należały do trzech ofiar. O wizycie Jowity i jej nietypowej prośbie zdawał się zapomnieć. Racjonalne wyjaśnienie morderstw odsunęło na bok jego wcześniejsze zakłopotanie i najwyraźniej nie zamierzał znowu wprowadzać się w ten stan. Na podstawie listu pożegnalnego i charakteru pisma dowiedziono, że mordercą był mężczyzna wcześniej uznany za zaginionego.
- To pewnie dostaniecie jakieś nagrody i awanse? - Zapytała Dagmara, gdy spotkały się na kawie.
- Nic z tego – skrzywiła się policjantka. - Różni ważni nadal uważają, że powinniśmy ująć wcześniej sprawcę, a najlepiej całkowicie zapobiec morderstwom. Ale twój pomysł z kartką bardzo nam pomógł. Mogliśmy wreszcie zamknąć sprawę i obyło się bez dymisji.
- Na takie sprawy nawet wróżka nie poradzi – westchnęła Dagmara.
- Zapomnijmy o durnych urzędnikach, politykach, biskupach i demonach. Cały czas myślę o świerku, który uratował mi życie. Właściwie jego dusza. Mówiłaś, że jest najstarszy na świecie. Ile ma lat.
- Prawie dziesięć tysięcy.
- Co?! - Jowita omal nie zachłysnęła się kawą. - Przy nim nasz dąb to niemowlę. Jak to możliwe?
- Rośnie z dala od cywilizacji, odpowiednie warunki klimatyczne, glebowe, jego dendrodusza ma zdolność regeneracji komórek – wymieniała Dagmara.
- Kurcze, chciałabym go zobaczyć. Dotknąć. Podziękować.
- Możemy tam pojechać. Wiem, gdzie rośnie.
- Serio – Jowita aż klasnęła w dłonie, co raczej jej się nie zdarzało. - Możesz opuścić dąb.
- Na krótko mogę. Tobie chyba też należy się urlop.
- Zdecydowanie. A czy nie pokrzyżuję ci jakichś planów?
- Aktualnie jestem singielką – Dagmara odpowiedziała na pytanie, które koleżanka krępowała się zadać. - Wróżkom nie jest łatwo utrzymywać stałe związki. Trudno z nami ujechać.
- Z policjantkami jest podobnie – przyznała Jowita. - W takim razie jestem gotowa do wyjazdu. Może przy okazji poznamy tam jakichś fajnych Szwedów.
- Znakomity pomysł – uśmiechnęła się Dagmara. - Zwłaszcza ci Szwedzi. Polakami jestem trochę znudzona.
*
EPILOG. ROK PÓŹNIEJ
- Cześć Jowito. Mam do ciebie prośbę. Chodzi od dąb – głos Dagmary w telefonie był poddenerwowany.
- Znowu jakiś demon? - Jowita był akurat w mieszkaniu i mogła rozmawiać swobodnie.
- Nie. Tym razem ludzie. Urząd Miasta zamierza wykonać na dębie zabiegi pielęgnacyjne.
- To chyba dobrze. Przyda się staruszkowi.
- Niepokoi mnie zakres tych pielęgnacji. Czytałam pismo w tej sprawie. Tam jest mowa o przycinaniu gałęzi. Boję się, żeby nie przycięto za bardzo. Niestety starania miejskich specjalistów od zieleni doprowadziły do zmarnowania nie jednego drzewa. 
- Jesteś wróżką, zadziałaj…
- Radzę sobie z demonami, ale z ludźmi idzie mi gorzej – przyznała Dagmara. - W sprawach dotyczących ludzi wróżki muszą najpierw wykorzystać wszystkie dostępne metody ludzkie, dopiero później sięgać po własne środki, a i tak mamy ograniczone pole działania. Nie możemy krzywdzić ludzi, bo czym różniłybyśmy się od demonów?
- Nasz szwedzki świerk nie może pomóc? - Jowita nadal świeżo miała w pamięci ubiegłoroczne spotkanie z najstarszym drzewem świata. I z sympatycznymi Szwedami.
- Nie ma gwarancji – odparła smutno Dagmara. - Powtarzam, to nie są sprawy demoniczne, tylko ludzkie, a świerk ma z pewnością parę innych interwencji na świecie. 
- Ech jak nie demony, to ludzie – westchnęła Jowita. - Czasem myślę, że nie ma między nimi różnicy. Czego ode mnie oczekujesz?
- Jak to od policjantki, że powęszysz trochę wokół urzędników i firmy, która ma wykonać zabiegi pielęgnacyjne. Dziwnie mi to pachnie.
- Powęszyć? Tak bez nakazu?
- Mogłabym wytworzyć nakaz – powiedziała niewinnie wróżka.
- Nie trzeba, to już wolę powęszyć dyskretnie – zaśmiała się Jowita. - Spotkajmy się na kawie lub na piwku, opowiesz mi o sprawie, pokażesz to pismo. Obronimy nasz dąb.
- Jasne – ucieszyła się Dagmara. - Przeżył zabory, powstania, dwie wojny, komunę, nie pozwolę, aby zniszczyły go jakieś urzędasy.

------------------------------------------------------




OD AUTORA
Wszystkie postacie i wydarzenia w tym opowiadaniu są fikcyjne, a jeśli będą się komuś kojarzyć, to już prawo czytelnika. Autentyczny jest Dąb Krzysztof – pomnik przyrody, który ma około 300 lat i niech postoi co najmniej kolejne 300. Autentyczne jest też drzewo nadpalone przez piorun, z grafiką tancerki. Na szczęście stoi (jeszcze) w parku Wieniawskiego wraz z innymi drzewa i niech rośnie sobie dalej, nawet jeśli mieszka w nim demon, a jeśli tak to z tego powodu lepiej drzewa nie ścinać. Chronią nas jak widać nie tylko przed słońcem. 


poniedziałek, 10 czerwca 2019

Dalahäst

Żegnając się następnego dnia z Arne, otrzymali od niego skromny upominek.  
– Musicie mieć charakterystyczną pamiątkę ze Szwecji. Pomyślałem, że najlepszy będzie prosty symbol naszego dziedzictwa, czyli figurka konika z Dalarna.  
To mówiąc, wręczył im struganą w drewnie figurkę konika o wysokości jakichś piętnastu centymetrów, pomalowaną na czerwono.  
– Śliczny – ucieszyła się Wiktoria i przypomniała sobie finał opowieści Wspomnienia Katarzyny.  
– No, co wy? – Arne nie sądził, że coś jeszcze może go zaskoczyć. – Nie myślicie chyba, że Dalahäst wziął się ze Świata Źródła. 
– Powtarzam tylko, co słyszałam. Kiedy w Szwecji pojawiły się drewniane koniki? 
– Pierwsza wzmianka sięga początków siedemnastego wieku. – Arne był za pan brat z historią swojego kraju. – Sama mówiłaś, że Katarzyna podróżowała do Szwecji prawie wiek wcześniej.  Wiktoria odparła argument. 
– No właśnie, w siedemnastym wieku pojawiła się pierwsza wzmianka, co nie oznacza, że koników nie wyrabiano wcześniej. 
– W Szwecji wyrabia się mnóstwo takich koników, małych i dużych, ale nie tutaj, na północy, tylko w regionie Dalarna, w środkowej Szwecji. – Arne zatoczył łuk otwartą dłonią. – Wszystkie rzecz jasna rzeźbione ręcznie.  
– W środkowej Szwecji? – odezwał się Maciej, który do tej pory uważnie oglądał ze wszystkich stron figurkę. – Tam przecież ostatecznie trafił prezent od Katarzyny. Dla syna bratanka Erika.  
– Nie można wykluczyć, że figurka stała się wzorem dla późniejszych koników. – Arne chyba zaczął przyjmować do świadomości genezę jednego z najbardziej rozpoznawalnych na świecie symboli Szwecji. – Ale nie zakładajcie, że wszystko, co ode mnie dostajecie musi mieć zaraz jakieś właściwości. Dzisiaj czerwonego konika kupicie w każdym sklepie z pamiątkami. Nie ma w nich niczego nadzwyczajnego. To zwykłe drewniane figurki. Co prawda mój konik nie został zakupiony w sklepie. Dostałem go kiedyś od kuzyna.  
– Gdzie mieszka kuzyn? – Wiktoria zapytała tak jakby znała odpowiedź.  
– Tak się składa, że w Dalarna, ale nie myślcie sobie zaraz, że to coś oznacza. Poza tym ja jestem od ryb i wina, ludowe rękodzieło to nie moja specjalność. Jeśli chcecie możecie odwiedzić moją rodzinę w Dalarna.  

czwartek, 25 października 2018

Kamień z Oddisbodd


– Ten rysunek to oryginał?
Badacz pokręcił głową.
– Grafikę wykonano na potrzeby Archiwum. To kopia ryciny w kamieniu, powstałej na początku Władzy Poszerzonego Przedstawicielstwa. Odnaleziono ją zaledwie dwadzieścia pięć tysięcy kół wstecz w Oddisbodd, pod wyburzonym, starym schroniskiem. Tam też kamień został zdeponowany, w Schronisku Interwencji.
Wiktoria zapytała, czy można obejrzeć oryginał. Badacz z żalem wykrzywił twarz. Kamień z ryciną nie był zbyt często wystawiany na widok publiczny. Co kilkaset kół wypożyczano go na jakąś wystawę, ale w najbliższych kołach niczego takiego nie planowano.
– Gdybym mogła zobaczyć i dotknąć eksponat, może dowiedziałabym się czegoś więcej. – Wiktoria rozejrzała się po przyjaciołach szukając zrozumienia.
– Jak z wykopaliskami w Poznaniu – wsparł ją Maciej.
– Mam wrażenie, że po przejściu do wymiaru moje zdolności jeszcze bardziej się spotęgowały. – Dziewczyna podziękowała Maciejowi głębokim spojrzeniem. – Do książki Kowalików przemyciłam swoją silną wolę nawiązania kontaktu i udało się, potem nawiązałam kontakt z Maciejem i sprowadziłam go tutaj. Przesłałam i odbierałam wiadomości między naszymi wymiarami. – Znowu od-wróciła się twarzą do monitora. – Teraz czuję, że muszę zobaczyć kamień z ryci-ną.
– Chcesz jechać do Oddisbodd? To zbyt niebezpieczne. Interwencja nie pozwoli ci nawet zbliżyć się do pomieszczenia z eksponatem – ostrzegł Monaakuus.
– Sygnet nam pomoże. – Wiktoria wypowiedziała te słowa z pełnym przekonaniem.
– To szaleństwo – jęknął Monaakuus.
– Przelecieliśmy niemal nad całym Maltuunn, więc nie sądzę, aby lot do Oddisbodd sprawił problemy – przekonywał Maciej.
– Nie chodzi o sam lot, ale o to, co będzie na miejscu. Kamiennej tabliczki pilnuje Interwencja, pięciu interweniuszy. Sam eksponat znajduje się w stalowej skrzyni z zamkiem otwieranymi na pięć szyfrów. Jeden interweniusz zna jeden szyfr i nie wie, jakie są szyfry pozostałych. Co jedenaście kół interweniusze zmieniają swoje szyfry, ale nie robią tego jednocześnie. Ponadto w pomieszczeniu ze skrzynią zawsze znajduje się jeden interweniusz, nawet tam śpi.
– Bardzo się o to troszczą. – Narla wyciągnęła się na sofie i założyła ręce za głowę.
– Eksponat ma ogromną wartość – ekscytował się Monaakuus. – To jeden z niewielu zmaterializowanych przekazów istniejących w tamtym okresie poza oficjalnym obiegiem.
– Nie zabiorę go. – Wiktoria usiadła obok Monaakuusa. – Chcę tylko przyjrzeć się rysunkowi.


czwartek, 6 września 2018

PIĄTE WSPOMNIENIE



W powieści "U Źródła" Wspomnienia odgrywają kluczową rolę, nie są jedynie zapisem pamięci, One żyją

Noc spowiła miasto, okalając wszystkie domy. Matka udała się nareszcie na spoczynek, ukoiwszy nieco swoje wzburzenie, a oni mieli trochę spokoju, aby porozmawiać. Opowiedziała ojcu o wszystkim, czego była świadkiem. Gdy skoń-czyła, ciszę przerywał tylko jego oddech. Cierpliwie czekała, aż zbierze się w so-bie.
– Przepraszam – wydał ledwie słyszalny szept.
– Za co?
– Że wciągnąłem cię w to. Nie sądziłem, że tam jest aż tak odmiennie.
– Tylko na pozór.
– Dobrze, że już jesteś u nas. Nie idź tam więcej. Obiecujesz?
– Tak, ojcze. Jedno doświadczenie wystarczy.
Odgarnął do tyłu włosy.
– Gdybyś uznała, że wiedza o tym miejscu powinna przepaść…
– Nie – aż powstała z krzesła. – Czy zdajesz sobie sprawę, ile pokoleń włożyło swój wysiłek, aby utrzymać wiedzę o tej tajemnicy i sposobie jej zgłębienia. Nie mam prawa tego przerwać. Czuję się wyróżniona.
– Dobrze – zrozumiał, że córka już postanowiła. Niepokoiło go coś innego. – Czy będziesz potrafiła z tym żyć?
– Nie obawiaj się. Już powróciłam do codzienności. Zostawiłam tam jedynie swoje Wspomnienie.


U Źródła, wydawnictwo e-bookowo