niedziela, 27 sierpnia 2017

ebooki w promocji

Moje ebooki w empiku - wszystkie w promocji :) 
KEMEM
Przesileni
Dwunasta warstwa
U Źródła
Wymyślony 
Tomkowe historie
http://bit.ly/2vA19lI


sobota, 3 czerwca 2017

Kornelia i On

Budzik w telefonie rozdarł się o nieludzkiej porze. Sama tego chciała zgłaszając się na współprowadzącą do porannego programu w studenckim radiu Afera. Wyłączyła alarm i przez chwilę leżała wpatrując się w ścianę po swojej prawej stornie. Przeniosła wzrok na lewą ścianę. Żadnych sygnałów. Nie miała czasu zastanawiać się czy już go nie było, czy jeszcze nie.
Do siedziby radia, w akademiku przy ul. Św. Rocha dotarła na ostatnią chwilę. W studio czekała już na nią kawa i Darek, zwany po prostu Darasem, kolega, z którym prowadziła program. Realizator zza szyby dał im znak i ruszyli, aby przez trzy poranne godziny budzić słuchaczy, raczyć ich muzyką, swoimi żartami, informować o sytuacji na drogach i o tym, co w gazetach. Po programie wyszli przed budynek na tradycyjnego papierosa.
- Niewiele brakowało, a dzisiaj sama prowadziłabyś program – powiedział Daras, wypuszczając dym.
- Twoje weekendowe imprezy przypominają runmaggedon – zaśmiała się. Od początku programu zauważyła, że Daras jest bardziej wymęczony niż zwykle.
- Nie żartuję – poklepał się dłonią w okolicach mostka. – Napadło na mnie dwóch łysych karków.
– Nie wyglądasz na poobijanego. Dałeś im radę? – zlustrowała sylwetkę kolegi, który nie należała do mikrych.
- Może i spróbowałbym, ale jeden z nich przystawił mi nóż do gardła.
- O matko! – Przeszła jej ochota na żarty.
- Spokojnie, żyję, ale nadal nie mogę uwierzyć, że to się tak rozegrało.
Opowiedział Kornelii jak szedł sobie ulicą Święty Marcin w samym centrum miasta i nagle z ulicy Garncarskiej wyskoczyło na niego dwóch typków. Grożąc nożem zaciągnęli na Garncarką, wąską i ciemną uliczkę. Wepchnęli do bramy w obskurnej kamienicy, zażądali portfela i telefonu. I wtedy nastąpiło coś bardzo nieoczekiwanego. Napastnicy nagle cofnęli się, a na ich wrednych twarzach pojawiło się przerażenie. Ten, który trzymał nóż upuścił go i chwycił się za głowę. Stęknął, zacharczał i po prostu zaczął uciekać. Drugi zamierzał zrobić to samo, ale potknął się.
- Powiedział, że stoi za mną wielki, ciemny jak cień, jednooki potwór – parsknął Daras.
- Naprawdę tak powiedział?
- Dokładnie. Nie wiem jaki towar wciągał, ale to mnie uratowało, bo on też w końcu wstał i spieprzył. No nie denerwuj się, jak widzisz jestem cały – powiedział widząc, że Kornelia pobladła.
- Tak, tak - próbowała się uśmiechnąć. – A ty nie widziałeś jednookiego potwora? – usiłowała się rozluźnić żartem.
- Wiesz, że nie stronię od alkoholu, czasem zdarzy mi się zapalić zioło, ale dopalaczy i innych gówien nie tykam – zapewnił z całkowitą powagą.
Dopalili papierosy i pożegnali się. Kornelia miała zajęcia na uczelni, ale zmieniła plany. Udała się na Garncarską, w miejsce zdarzenia, które przytrafiło się Darasowi. Odszukała kamienicę i bramę. Jeden rzut oka na ścianę potwierdził jej obawy. Przyłożyła rękę do ściany i wyszeptała.
- Wiem, co tu się wydarzyło. Jadę teraz do domu i nie chcę zastać milczącej ściany.
W ciągu minionych tygodni przystawała przy wielu takich malowidłach. W Poznaniu, innych miastach, za granicą. Fotografowała je i wrzucała na jego fanpage’u. Za każdym razem zastanawiała się czy fotografowany Watcher jest w danej chwili właśnie nim. Czasem się ujawniał przed nią. Nigdy nie nauczyła się go wyczuwać.
Zaraz po wejściu do mieszkania spojrzała na ścianę. Widniał na niej napis: PRZEPRASZAM. Jak zawsze duże, czarne litery.
Odwróciła się do przeciwległej ściany. Spojrzała na rysunek Watchera wielkości człowieka. Czarna sylwetka, cienkie ręce i nogi, tułów zakończony dużym okiem. Pan Peryskop w swojej najbardziej klasycznej postaci stał sobie łypiąc na nią czarno-białym okiem. Stworzył go dla niej, gdy to nastąpiło. Tu najczęściej kontaktowali się ze sobą.
- Co właściwie się stało? Czy to dlatego nie odzywałeś się od niedzieli?
Na ścianie pojawił się napis: WEJDŹ NA MÓJ PROFIL.
Bez wahania zrobiła, o co prosił. Pojawiły się nowe zdjęcia z nowych miejsc. Nie zrobiła ich i nie wrzucała. Spojrzała znowu na ścianę. Nowy napis: TERAZ ZAJRZYJ NA SWÓJ. Miała wiadomość na messengerze. Od niego.
„Kornelio, zaszły we mnie kolejne zmiany. Potrafię zarejestrować obraz i przesłać go, przeniknąć do sfery wirtualnej, kontaktować się w ten sposób”.
Stworzona kiedyś postać Watchera pochłonęła go i uwięziła w świecie dwuwymiarowej grafiki, ścian, murów, skrzynek energetycznych, przęseł mostów, kominów fabrycznych. Pewnego dnia, kiedy wróciła do domu jego nie było, a na ścianie widniał Watcher. Nawet ją to rozbawiło, bo podejrzewała, że kiedyś będzie chciał namalować postać w mieszkaniu. Po chwili na ścianie zaczęły pojawiać się napisy. Sądziła, że ma jakieś halucynacje, ale pojawiające się słowa były jego słowami, jego stylem wypowiadania się. Komunikował się z nią. Zespolił się ze swoim dziełem. Był jednocześnie sobą i Watcherem. Nie pamiętał momentu kiedy to się stało. Nie był też w stanie opisać Kornelii jak się czuje. Stał się innym bytem. Potrafił przenosić się na malowidła już istniejące i tworzyć nowe. Nawet nie musiał ich malować. Po prostu powstawały pod wpływem jego woli, w takiej formie jak sobie wyobraził. Ona dokumentowała jego twórczość, aby nadal prowadzić profil i stwarzać wrażenie, że nic się nie stało. Nie było to trudne. Jako artysta był popularny, ale ukrywał swoją tożsamość, nie udzielał się publicznie. Nikt nie znał jego wizerunku, ani prawdziwego imienia. Odpisała.
„Jak tworzysz zdjęcia? Peryskopem?”.
„Chyba tak. Próbowałem przenieść obraz. Powstał w mojej pamięci, bardzo dokładny. Pomyślałem, że chciałbym go przesłać i udało się. Tak samo z wiadomością. Wszystkim zarządzam. Moje oko jest mózgiem, świadomością, Wi-Fi, modemem…”.
„Co się stało na Garncarskiej?”.
„Poczułem podświadomy impuls, żeby tam się znaleźć. Zobaczyłem, że ktoś jest w zagrożeniu. Powiększyłem swój obraz na ścianie, zmieniałem położenie, patrzyłem przenikliwie na tych oprychów, świdrowałem ich umysły. Miałem nawet nadzieję, że uda mi się wrócić do dawnej postaci, ale nic z tego”.
„To, co zrobiłeś było niebezpieczne. Obiecaj, że więcej się nie powtórzy”.
„Kornelio, ty też mi coś obiecaj. Zacznij żyć własnym życiem. Nie możesz robić za asystentkę i dokumentować mojej twórczości. Super prowadzisz program w radiu. Pomyśl o sobie.”
„Nie usunę ciebie z mojej pamięci”.
„Nigdy już nie wrócę do dawnej postaci. Tak bardzo zidentyfikowałem się z Watcherem, że pochłonął mnie. Jestem już kimś innym. Zaczynam zapominać nasze początki. Jestem niestabilny lokacyjnie. Nie chcę cię na to wszystko narażać. Nie marnuj swojego życia”.
„Namaluj się na moim ciele. Wtedy zawsze będziemy razem.”
„Nie ma mowy. Nie usiedzę w jednym miejscu, nawet na twoim ciele. Boję się przede wszystkim, jakie to miałoby skutki dla ciebie”.
„Nie dam rady żyć jakby nigdy nic. Mam oglądać twoje dzieła i udawać, że cię nie znam, że nie wiem o twoim losie. NIE!!!!!”
Wyłączyła czat. Wiedziała, że życie z artystą może nie być proste, ale na to z pewnością nie była przygotowana. On też. Sięgnęła po butelkę wina. Piła wpatrując się w Watchera i zastanawiając się czy teraz ją obserwuje. Wreszcie usnęła zmorzona winem i stresem.
Oko Watchera rozszerzyło się, zajrzało w pamięć Kornelii. Miała rację. Nie mógł jej tak zostawić.
Kiedy obudziła się nad ranem na ścianie nie było śladu po Watcherze i jego twórcy. W messengerze zniknęła korespondencja z poprzedniego dnia. Jadąc rowerem do radia minęła obraz widniejący na ścianie bloku. Znajdował się tam od dawna. Zawsze zwalniała w tym miejscu uśmiechając się, na wszelki wypadek, gdyby On właśnie tam był. Tym razem przemknęła, obojętnie spoglądając na ścianę. Przez moment jedynie zastanawiała się czy w malowidle nie zaszły jakieś zmiany. Wydawało jej się, że wcześniej nie było tego małego serca obok postaci Watchera. Szybko jednak przestała zaprzątać sobie tym głowę. Musiała skoncentrować się na porannej audycji.

czwartek, 2 lutego 2017

Mercedes de Breda

Przesileni, fragment
(…)
W poczekalni jej gabinetu nigdy nie było tłoku. Nie oznaczało to, że pacjenci omijają ją łukiem. Wręcz przeciwnie, miała ich całkiem sporo, natomiast perfekcyjnie zorganizowała ich przepływ. Podczas gdy doktor Mercedes de Breda badała pacjenta, na swoją kolej oczekiwała tylko jedna osoba. Pacjent po zakończeniu wizyty wychodził drugim wyjściem, doktor wzywała oczekującego, poczekalnia na chwilę pustoszała, a mniej więcej po kilku minutach wchodziła kolejna umówiona osoba. Pacjenci nie mieli okazji spotkać się nawet przed willą. Dom znajdował się na peryferiach miasta, w dzielnicy składającej się z domów jednorodzinnych lub szeregowych. Nie brakowało tutaj zacisznych, kameralnych uliczek z domkami otoczonymi bezpiecznymi płotami. Ale dom Mercedes mieścił się nawet nie w uliczce, lecz w zaułku, a właściwie w zaułku zaułka. Od niedługiej, wąskiej ulicy odbijał jeszcze stumetrowy kawałek, przy którym stały po obu stronach po dwa domy z ogrodem. Kiedy wydawało się, że to już koniec zabudowań i dalej zaczynają się już tereny zielone, ulica nagle skręcała pod kątem czterdziestu pięciu stopni, wydzierając naturze jeszcze kawałek przestrzeni. Właśnie na niej znajdował się dom doktor de Bredy. Do posesji nie można było dojechać samochodem. Jej dom był jedyny w okolicy bez garażu. Mercedes, jak na ironię, nigdy nie poruszała się własnym samochodem. Korzystała z taksówek, wypożyczalni, a na krótszych dystansach bardzo chętnie z roweru. Tuż przed zaułkiem stał znak zakazu wjazdu, a na wąskiej uliczce i tak nie można było zaparkować, nie blokując dojazdu na posesje innych mieszkańców. Pacjenci pozostawiali pojazdy ulicę dalej w zatoczkach postojowych. Tylko tam mieli okazję wpaść na siebie, ale nigdy nie było pewności, czy dana osoba korzysta z usług pani neurolog. De Breda nie zatrudniała żadnego pracownika, nie prowadziła recepcji. Można było się z nią umówić jedynie poprzez stronę internetową. W godzinach przyjmowania furtka prowadząca do posesji domu była zawsze otwarta, podobnie jak główne drzwi wejściowe. Wchodziło się nimi do holu, w którym napis na dużej tabliczce zapraszał do rozgoszczenia się w głębokim i wygodnym fotelu, obitym pluszem w kolorze łososiowym. Oczekujący mogli poczytać gazety lub czasopisma (wybór był urozmaicony), włączyć muzykę (wybierając w szerokiej gamie gatunków, utworów i wykonawców) lub włączyć w fotelu opcję masażu. Doktor de Breda wychodziła z założenia, że co prawda jest neurologiem, a nie psychoterapeutką, ale komfort psychiczny pacjentów przekraczających próg gabinetu i ich pozytywne nastawienie uważała za konieczny wstęp do zasadniczego etapu diagnozowania i leczenia lub innych zaleceń. Pacjenci doceniali tę troskę oraz absolutną intymność wizyt.
Mercedes dzieliła swoje życie między Poznaniem a Berlinem. Dokładnie w proporcji dwa do jeden. Pierwsze dziesięć dni każdego miesiąca, wliczając soboty i niedziele, przebywała w stolicy Niemiec, przyjmując w gabinecie przy Potsdamerstrase. Pozostałe dwadzieścia dni spędzała w Poznaniu. Tego dnia pozostał jej ostatni pacjent. Nie kojarzyła nazwiska. Westchnęła, wiedząc, że ta wizyta potrwa dłużej niż standardowa. Będzie musiała nie tylko założyć kartotekę, ale też i przeprowadzić dłużą rozmowę, chcąc uzyskać szczegółowe informacje nie tylko na temat obecnych problemów, ale i wcześniejszych dolegliwości, objawów i ogólnego trybu życia. Nie darmo w swoim fachu uchodziła za perfekcjonistkę. Uchyliła drzwi gabinetu. Pacjent siedział w fotelu i przeglądał gazetę. Rozpostarta, papierowa płachta zasłaniała twarz. Zanim jeszcze ją odłożył i spotkały się ich spojrzenia, już wiedziała, że wizyta znacznie bardziej odbiegać będzie od standardów, chociaż nie w takim znaczeniu, jak wcześniej sądziła. Srebrny sygnet na palcu był jego znakiem rozpoznawczym od kilku tysięcy lat. Znakiem nie dla wszystkich, bo jedynie ona i kilku bliskich przyjaciół, w tym Henk, zwrócili na to uwagę, ale też nie od razu. Zdaje się, że dopiero na początku Czwartego Przesilenia zdała sobie sprawę, że Albi nosi nieprzerwanie jedną ozdobę od zamierzchłych czasów Pierwszego Przesilenia. Żartował, że musi mieć jakiś stały element w jego chaotycznym życiu. Tu w jej gabinecie pierścień był dla niej sygnałem. Na wypadek gdyby nie rozpoznała go pod przeznaczoną dla postronnych obserwatorów charakteryzacją, składającą się z blond czupryny i dwudniowego zarostu. Zupełnie niepotrzebnie. Poznałaby go, nawet gdyby założył stalowy hełm z przyłbicą (co w jeszcze obecnym Przesileniu wielokrotnie miało miejsce). Dla osób, które znały się od kilu tysięcy lat, wystarczyła bliska obecność. Ruchem głowy zaprosiła go do środka. Albi rzadko używał charakteryzacji. Jeśli już to robił, miał twardy powód.

(…)

wtorek, 20 grudnia 2016

Wszechświaty

(…)
– Nie wnikam w to, co mogło być praprzyczyną kolizji naszych światów, bo pewnie nigdy się tego nie dowiemy – analizował głośno.
– Jest pewna hipoteza – Fea nie zostawiła zagadnienia całkowicie bez odpowiedzi. – Nasze światy uczestniczyły w karambolu wielu równoległych wszechświatów, spowodowanym silnym wyładowaniem w jednym z nich. Innymi słowy, w którymś z wszechświatów doszło do Wielkiego Wybuchu, który naruszył równowagę w przestrzeni między wymiarami.
– Wielki Wybuch? Tak jak kiedyś u nas – zamyślił się Jonasz.
– Czy wtedy też inne światy dostały rykoszetem?– Kto wie? W każdym razie to jedynie ostrożna hipoteza, zakładająca istnienie wielu, może nawet nieskończonej liczby wszechświatów.
– No dobrze – Jonasz pochylił się w jej kierunku. – Wszechświaty, w których istnieje Kemen i Ziemia zetknęły się. Powstały warunki do wygenerowania Przesmyku. Dlaczego powstał bezpośrednio na styku planet, a nie gdzieś w przestrzeni kosmicznej? Przecież w naszych wszechświatach jesteśmy zaledwie ziarenkiem. – Zadajesz pytania bardziej dla filozofów niż naukowców – westchnęła Fea. – To mogło być zdarzenie losowe lub…
– Lub?
– Efekt eksperymentów naszego Leonarda. Przesmyk powstał tam, gdzie skoncentrował się silny strumień olos – meldo – z twarzy Fei jasno wynikało, że tę drugą ewentualność traktuje jako mocno naciąganą.
Jonasz nie wykluczył, że eksperymenty mogły mieć jakiś wpływ, trudny do oszacowania. Nadal jednak nie pojmował, czym właściwie jest Przesmyk.
– Czy to właśnie most Einsteina – Rosena?
– Most zakładał raczej szybkie połączenie odległych rejonów kosmosu, chociaż twórcy koncepcji nie wykluczali, że za pomocą mostu można też dotrzeć do zupełnie innych wymiarów – przypomniała Fea. – Tak czy owak, trzydzieści lat po teorii Einsteina i Rosena inni naukowcy wysunęli tezę, że nawet jeśli istnieją tego rodzaju połączenia, nic nie jest w stanie się przez nie przedostać. Nawet światło.
– Wheeler i Fuller – potwierdził Jonasz. – Most pochłonąłby każdą materię, zanim ta zdążyłaby się wydostać.
– Opierali się cały czas na pierwotnej koncepcji mostu Einsteina – Rosena. A gdyby go zmodyfikować?
– Tunel Thornea – Morrisa – domyślił się.
Była to teoria tunelu czasoprzestrzennego, postulowana pod koniec lat 80. XX wieku, powstała w oparciu o most Einsteina – Rosena. Zakładała jednak, że istnieje możliwość przesłania przez most czy raczej tunel energii i materii w taki sposób, aby podczas transmisji tunel nie zapadł się w sobie i nie uwięził materii. Tym, co miało stabilizować i podtrzymywać most, okazała się egzotyczna materia, posiadająca ujemną masę.
– Podejrzewali, że coś takiego istnieje. Byli blisko rozwikłania zagadki – oznajmiła Fea.
– Olos – meldo to egzotyczna materia – Jonasz poczuł, jak miękną mu nogi.
– Prawie nas mieli – stwierdziła na poważnie Fea. – Einsten i Rosen zaproponowali Drugiemu Światu istnienie czegoś takiego jak Przesmyk, ale nie opracowali modelu utrzymania go w stanie funkcjonalności, tak aby można było bezpiecznie podróżować. Pół wieku później Thorne i Morris doszli do wniosku, że istnieje składnik, który pozwoli na bezpieczne przejście przez tunel. Nie zdołali jedynie owego składnika odnaleźć, ale i tak w Kemen spowodowało to straszliwą trwogę.
– Wśród ekspansjonistów.
– Nie tylko. Wszyscy obawiali się, co będzie, jeśli Drudzy w końcu odkryją Przesmyk i przejdą na drugą stronę. Nowa sytuacja przyczyniła się do zawarcia pokoju między ekspansami, a izolami i wspólnym kontrolowaniu Przesmyku.
– Thorne i Morris powinni dostać Nobla… pokojowego – Jonasz tylko trochę zażartował.
– Niestety, pokój nie przetrwał zbyt długo – przypomniała Fea. – Później odkryłeś lemniskaty i zrobiłeś kolejny mały krok dla ludzkości.
– I na tym koniec – uśmiechnął się w zadumie.
– Wcale nie – szybko zaprotestowała Fea. – Zrobiłeś jeszcze jeden krok. Dla obu ludzkości. Wiem, że to brzmi patetycznie i wazeliniarsko, ale tak to wygląda.
– Przyjmijmy, że wspólnie uczyniliśmy ten krok – chciał mieć chociaż w tym przypadku ostatnie zdanie i zmienił temat.
– Na Ziemi panuje przekonanie, że jeśli istnieje gdzieś jeszcze inteligentne życie, wszystko jedno w naszym, czy innym wszechświecie, to wygląda zupełnie inaczej, jest oparte na innych procesach fizycznych i chemicznych. Zakładamy, że inne istoty mogą nie przypominać nas pod żadnym względem, ponieważ zupełnie czym innym oddychają i odżywiają się. Są zbudowane z innych pierwiastków, być może całkowicie nieznanych. Tymczasem my i wy należymy do tego samego gatunku. Poza poziomem rozwoju technologicznego nic nas nie różni. Mamy podobne skłonności i namiętności. Toczymy wojny, kochamy się. Być może w jeszcze innych wymiarach wszystko wygląda inaczej.
– Niekoniecznie – zieleń źrenic Fei zaiskrzyła. – Jeśli wszystkie wszechświaty stanowią jeden wielki multi wszechświat, to każdy nowy wymiar wyrasta z już istniejącego, który z kolei powstał z jeszcze wcześniejszego, a wszystkie mają wspólnego przodka zwanego prawszechświatem lub wszechświatem pierwotnym, to oznacza wspólne pochodzenie, które określa kształt i charakter wszystkiego, co znajduje się w każdym z wszechświatów, włączając w to planety i formy życia. Pochodząc od tego samego wszechświata prarodzica, jesteśmy podobni jak rodzeństwo.
– Ta teoria wyjaśnia dodatkowo, dlaczego Wielki Wybuch w jednym z wszechświatów spowodował takie perturbacje w naszych – zgodził się Jonasz. – Jesteśmy jak gałęzie drzewa. Wyrastamy z jednego pnia. Na przykład Wielki Wybuch, z którego powstał mój wszechświat, mógł być właśnie takim pączkowaniem z innego wszechświata. Kto wie, czy nie z Kemen. Jesteście przecież bardzie zaawansowani.
– Rozwój technologiczny nie ma w tym przypadku nic do rzeczy – oceniła Fea. – Równie dobrze Kemen mogło zakwitnąć z twojego uniwersum.

(..)

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Z kim to zrobiła? Co jej powie analiza DNA?

Ten poranek był jeszcze lepszy niż poprzedni. Rozalia obudziła się podwójnie na-sycona i odprężona. Spokojny i regenerujący sen, a wcześniej szalony, strzelisty seks, przenikający ją na wskroś. Świeżo upieczony kochanek przeszedł jej najśmielsze oczekiwania. Czuła go w środku i na zewnątrz, cieleśnie i poza cieleśnie, na każdym milimetrze sześciennym siebie. To było jak seksualne jacuzzi, seksualna sauna.
Teraz przeciągała się w łóżku maksymalnie wyluzowana i nic nie zaprzątało jej myśli. Z łazienki dobiegał szum wody. Mariusz brał prysznic. Przyszło jej do głowy, że zrobi mu niespodziankę i wskoczy do kabiny, zrobią to razem jeszcze raz pod strumieniem ciepłej wody. Podskoczyła na łóżku i wtedy poczuła się jak walnięta młotem. Sielanka zniknęła niczym bańka mydlana. W fotelu naprzeciw łóżka siedział On i patrzył na nią z życzliwym uśmiechem.
— Dzień dobry Rozalio — odezwał się, widząc, że nie potrafi wykrztusić słowa. — Jak się spało?
Rozalia ukryła twarz w dłoniach, po chwili zsunęła je ostrożnie z oczu. Nadal był i uśmiechał się.
— Co tu robisz? Ty nie istniejesz.
— Przecież rozmawialiśmy…
— Byłam zestresowana i zmęczona, to musiało być urojenie.
— Teraz jesteś wypoczęta i odstresowana, więc chyba jednak nie jestem urojeniem.
— Zawołam Mariusza, niech cię stąd wyrzuci.
— Wtedy w barze też go wezwałaś. Nie dostrzegł mnie. Tak samo było teraz.
— Teraz? Od kiedy tu jesteś?
— Całą noc.
Przerażenie Rozalii zmieniło się w złość. Mobilizującą i waleczną złość, którą doskonale zdążył poznać, a która dawała jej siłę do przetrwania i pokonania trudności. Siłę tak potężną, że ją samą ciągle zaskakiwała.
— Podglądałeś nas ty cholerny zboczeńcu!
— Nie podglądałem. Chciałem zasnąć i początkowo wydawało mi się, że śnię, ale to działo się naprawdę.
— Co się działo? — Na twarz Rozalii powrócił niepokój.
— Byliśmy razem. Interakcja, więź, zespolenie.
— Nieprawda!
— Wiesz o czym mówię. Zapragnęłaś tego. Nie zrobiłbym niczego wbrew twojej woli.
— Przestań! — Rozalia wyskoczyła z łóżka. Zdała sobie sprawę, że jest naga, a On na nią patrzy. Ściągnęła z łóżka prześcieradło i owinęła się nim.
— Chcesz mi powiedzieć, że pieprzyłam się z dwoma facetami? Prawdziwym i wirtualnym? Dlatego było mi tak dobrze? — Ponownie wróciła jej pasja, która ode-pchnęła na bok niepokój.
— Kochałaś się z jednym facetem, którego pragnęłaś. Dlatego było ci tak dobrze. Mnie również. Dziękuję ci za to Rozalio. To dla mnie bardzo ważne.
— Co zrobiłeś Mariuszowi? – Stanęła nad nim szczelnie okryta prześcieradłem z opadającymi na czoło włosami. Dysząc zbierała myśli.
— Niczego mu nie zrobiłem.
— Niczego? Więc on sobie siedział i patrzył, jak się bzykamy?
— To nie tak. Trudno mi to nazwać dostępnymi słowami. Twoje pragnienie wciągnęło mnie do cielesnej rzeczywistości, a Mariusza odesłało w zawieszenie. To on śnił o tobie. Bardzo realistycznie. Jest przekonany, że spędził z tobą noc.
— I to wszystko zrobiłam ja? Zaciągnęłam ciebie do łóżka, a Mariusza wyrzuci-łam?
— Oboje tego chcieliśmy i oboje to zrobiliśmy.
Rozalia usiadła na łóżku.
— Wyprodukowałam sobie ochroniarza i kochanka w jednym. Ciekawe, kim jeszcze się okażesz?
Zastanawiał się przez moment, czy powiedzieć jej swoim o nocnym zdarzeniu, ale stwierdził, że to będzie za dużo jak na jeden raz. Cała ta sytuacja z trudem do niej dociera. Trzeba dawkować stopniowo.
— Do zobaczenia później — powiedział.
Kiedy się odwróciła, przed nią stał Mariusz z ręcznikiem na biodrach.
— Stało się coś? – Zapytał – wyglądasz na lekko przestraszoną?
— Nie, nie. — Rozalia poderwała się z łóżka. — Po prostu obudziłam się i przestraszyłam się, że cię nie ma. Pomyślałam, że mi się przyśniłeś.
— Bez obaw. To nie był sen. Takiej nocy nie da się zapomnieć.
Ratunku! — Wołała rozpaczliwie w myślach. — Co się naprawdę działo? Dlaczego niczego nie jestem pewna? Jak to sprawdzić?.
Zrzuciła z siebie prześcieradło, podeszła do Mariusza i odwiązała mu ręcznik.
— Może jeszcze coś na zakończenie? — błysnęła zalotnie oczyma.
Mariusz podniósł ręce w geście kapitulacji.
— Nie myśl sobie, że jestem jakimś cieniasem, ale naprawdę dzisiaj nie dam już rady. Chętnie umówię się na następny raz. Jesteś absolutnym geniuszem seksu.
— W takim razie zrób to ze mną jeszcze raz. Nie odmawia się geniuszowi — nie dawała za wygraną.
Przylgnęła do niego i próbowała uwiesić się, oplatając go nogami i ramionami.
— Spokojnie, opanuj się. — Mariusz był już lekko zaniepokojony. — Nie musimy bić rekordów?
Rozalia poczuła się zakłopotana.
— Przepraszam, myślałam, że może jeszcze masz ochotę…
— Muszę iść do domu wyspać się. Mam w nocny robotę. Zawsze możesz zadzwonić.
Ubrał się i wyszedł. Rozalia wróciła do łóżka i nakryła się kołdrą. Była przekona-na, że Mariusz uznał ją za fanatyczną nimfomankę i popieprzoną schizofreniczkę. Nie będzie chciał się z nią ponownie spotkać.
Najgorsze było to, że nadal nie wiedziała, z kim właściwie spała. Przekonywała sama siebie, że to musiał być cielesny mężczyzna, a nie jakieś wymyślone zjawisko. Przecież nie śniły jej się żadne drzwi. Nie miała w ogóle snów.
Coś wyrwało ją z tego ciężkiego zamyślenia, odwróciło jej uwagę. Mokre uda. Sięgnęła ręką. To była niewątpliwie sperma. Nawet jeżeli miałaby jakieś wątpliwości, zapach wyjaśniał wszystko. Więc był jednak seks. Tylko, z którym do cholery? Nagle ją oświeciło. — Nie jest ze mną tak źle, skoro potrafię szybko kombinować — ucieszy-ła się z ulgą. Wstała i ostrożnie skierowała się do łazienki, tam wyjęła z szafki kilka patyczków kosmetycznych i zebrała nimi trochę spermy ze swoich ud, następnie za-pakowała je do foliowych torebek ze specjalnym zamknięciem. Zajrzała jeszcze do kabiny prysznicowej, gdzie niedawno kąpał się Mariusz, w nadziei, że znajdzie jego włos, wszystko jedno, z której części ciała. Starannie po sobie posprzątał, ale jeden włosek znalazł się i również trafił do foliowej torebki. Zadowolona z siebie zjadła śniadanie, umyła się i zrobiła makijaż. Zauważyła, że zwykłe codzienne czynności uspokajają ją i przywracają równowagę. Był poniedziałek, ale do pracy szła dzisiaj na drugą zmianę. Wolne przedpołudnie było dla niej najlepszym prezentem po weekendowych przeżyciach. Kiedy się już doprowadziła się do idealnego stanu, wybrała się do apteki i zakupiła identyfikator DNA. Kosztował sporo, ale była zdeterminowana, aby wydać 500 globali. Przynajmniej zasiliła konto konsumenckie. Identyfikator wszedł na rynek niecały rok temu. Kupowali go nieliczni, ale był marzeniem wielu. Analiza własnego DNA, porównywanie go z DNA rodziny, znajomych albo szefa było ekscytujące. Dzięki dostępnemu połączeniu z centralną bazą DNA można było sprawdzić, na przykład, do kogo należała guma do żucia przyklejona do ławki w par-ku, na którą nieopatrznie się usiadło. Łatwiej było zidentyfikować, z kim niewierny mąż lub żona zdradza drugą połowę. Do czego identyfikator wykorzystywali uczniowie w szkołach, nie trzeba chyba opowiadać. W szkolnej toalecie materiału genetycznego jest pod dostatkiem.
Identyfikacja nie była możliwa jedynie w przypadku wysokich urzędników publicznych i innych osób chronionych prawem lub korupcją przed umieszczeniem w bazie. Cena, jaką trzeba było zapłacić za to cudo, była jeszcze do przełknięcia, ale jednorazowe wkłady, w których umieszczało się próbki, kosztowały każdorazowo 50 globali, a w pakiecie były ich jedynie trzy. Identyfikator wyglądał jak kalkulator z dużym wyświetlaczem. Z obu stron podłączało się do niego płytkie, kwadratowe, zamykane pojemniki, w których umieszczano materiał do identyfikacji. Z prawej strony materiał podstawowy, z lewej materiał porównawczy. Po nawiązaniu łączności z bazą urządzenie informowało, do kogo należą próbki, a także jakie występują między nimi różnice i podobieństwa.
Ponieważ w osiedlowej aptece nie dostała identyfikatora musiała podjechać dwa przystanki do pobliskiego centrum handlowego. Nie był to na szczęście moloch, ale średniej wielkości centrum osiedlowe. W tamtejszej aptece mieli identyfikatory. Rozalia dokonawszy zakupu, pośpiesznie wróciła do mieszkania, nie mogąc się już do-czekać, kiedy porówna znaleziska z kabiny prysznicowej i swoich ud ze swoją śliną. To, że sperma mogła być wymieszana z jej wydzielinami, nie miało znaczenia. Identyfikator potrafił rozróżnić DNA znajdujące się w jednej próbce, nawet jeżeli należały do kilkudziesięciu osób.

Rozłożyła urządzenie na stole, podłączyła pojemniki i najpierw sprawdziła, czy działa prawidłowo, zgodnie z załączoną instrukcją. Z jednej strony umieściła swój włos z drugiej ślinę. Identyfikator rozpoznał jej DNA. Na monitorze pojawiły się jej dane — imię, nazwisko, data urodzenia i zdjęcie oraz stan konta konsumenckiego. Teraz przystąpiła do właściwego zadania. W płytce z materiałem podstawowym umieściła włos Mariusza. Taką przynajmniej miała nadzieję. Rzeczywiście włos należał do Mariusza Kosowskiego. Wnętrze drugiej płytki posmarowała tym, co zebrała z siebie. Niecierpliwie czekała na wynik, nerwowo splatając dłonie. Wreszcie na ekranie wyświetlił się wynik. Zidentyfikowano dwie substancje. Jedna należała do Roza-lii, druga nie miała DNA. Rozalia, nie zastanawiając się ani chwili, odłączyła wykorzystane próbki i podłączyła jedną płytkę z ostatniego, trzeciego zestawu. Znowu to samo. Jej DNA i nie zidentyfikowana substancja naturalna nie mająca kodu genetycznego. Poczuła, że kręci jej się w głowie. — Zwariowałam — myślała gorączkowo — wychodzi na to, że kochałam się sama ze sobą i miałam wewnętrzny wytrysk. Ode-zwał się sygnalizator dźwiękowy. Czas iść do pracy. Zastanawiała się, czy nie zostać w domu i upić się do nieprzytomności. Szybko jednak zarzuciła ten pomysł. Siedzenie w czterech ścianach tylko nasili jej niepokój. W pracy nie będzie czasu, aby o tym myśleć. Oby tylko On się nie pokazał.

wtorek, 15 listopada 2016

Wątpliwość

PRZESILENI (fragment rozdziału „Wątpliwość”, Siódme Przesilenie, rok 2012 n. e.)
„Wjechał windą, jak przystało na przeciętnego obywatela, ale uchylając drzwi do sekretariatu, nie mógł się powstrzymać i użył przyśpieszenia, pojawiając się przy biurku sekretarki. Zapatrzona w monitor zareagowała dopiero na wypowiedziane z nienaganną dykcją powitanie. Spoglądał na nią wysoki mężczyzna o regularnej twarzy i ciemnych, krótkich włosach, które na skroniach przechodziły w subtelnie srebrzysty odcień. Idealnie dopaso

wany garnitur w stalowym odcieniu, biała koszula i granatowy krawat wydawały się oczywistym dopełnieniem wizerunku.
– Nazywam się Henk van Aken – przedstawił się. – Jestem umówiony na spotkanie z panią dyrektor.
Poderwała się z fotela i podała rękę gościowi.
– Tak, tak, oczywiście.
Była nowa. Nigdy wcześniej nie widział jej w otoczeniu Luizy. Z pewnością nie należała do środowiska. Stopień zaskoczenia świadczył o tym, że nawet z opóźnieniem nie zauważyła jego nadejścia i wykonanego manewru.
– Pani dyrektor oczekuje pana. – Wskazała drzwi gabinetu szefowej. Spojrzała mu prosto w oczy wzrokiem domagającym się kilku zdań wykraczających poza rutynową konwersację.
Uśmiechnął się i podziękował. Uprzejmie i z dystansem. Jak zwykle otoczył się niewidoczną zaporą, dając wyraźny sygnał, że nie zamierza wyjść poza oficjalne formułki. Zachowywał się tak od zawsze. Odkąd pamiętał, bo trudno było mu określić, co w jego przypadku oznaczało „od zawsze”. Dystans do ludzi nie wynikał z poczucia wyższości. Po prostu taki był. Ostrożny w kontaktach z innymi, zamknięty w sobie, niechętnie nawiązujący znajomości. Zapewne wpłynęły na to wykonywane zajęcie, środowisko, w którym żył i którego był częścią. Wyuczone nawyki i instynkty obronne przenosił do sfery prywatnej, która i tak była bardzo ograniczona.
Wszedł do gabinetu, w którym jedyne wyposażenie stanowił czarny, lakierowany stół, przypominający długi fortepian. U jego szczytu siedziała dyrektor Luiza Hinz. W ten sposób tytułowano ją na użytek zewnętrzny. Dla środowiska była jednym z koordynatorów regionalnych. Szczupła, z wyglądu pięćdziesięcioletnia kobieta o blond włosach z grzywką opadającą na czoło i zatrzymującą się na prostokątnych oprawkach okularów. Po jej lewej stronie usadowił się młody mężczyzna o idealnie łysej głowie. Skóra sprawiała wrażenie, jakby nigdy nie rosły na niej włosy. Ubrany był w czarne spodnie i czarny obcisły sweter podkreślający jego muskulaturę. Z twarzy emanowała szlachetność, spokój i pewien ironiczny dystans do świata. Jedyną ekstrawagancją wydawał się być jedynie srebrny sygnet na wskazującym palcu lewej ręki. Oboje wstali na widok przybyłego. Kobieta odsunęła się od zajmowanego miejsca i zachęcająco wskazała fotel.
– Witaj, Protektorze. Zapraszamy – powiedziała, a sama usiadła naprzeciw łysego. Zanim zaczęli rozmowę, Hinz przypomniała jeszcze sekretarce, żeby absolutnie z nikim jej teraz nie łączyła. – Możemy spokojnie rozmawiać – uśmiechnęła się sztywno do van Akena.
– Dziękuję za to spotkanie – zaczął bez zbędnych wstępów. – Jak dobrze wiecie, straciliśmy cennego Sojusznika w sektorze piątym. Odszedł nagle, z przyczyn naturalnych. – Zrobił pauzę, chcąc podkreślić ten fakt. – To oczywiście musiało kiedyś nastąpić, ale zdarzyło się zdecydowanie za wcześnie. Sojusznik pracował w idealnym miejscu i bardzo dobrze nam służył. Dzięki jego wysiłkom i znajomościom mogliśmy zaopatrywać Profanów w Europie, a nawet sektory poza Starym Kontynentem. Nie tylko zaspokajaliśmy bieżące potrzeby, ale zgromadziliśmy liczne zapasy, które jednak kiedyś się wyczerpią. Nie możemy do tego dopuścić. Fundamentaliści raczej jeszcze nie wiedzą, ale jeśli sytuacja będzie się przeciągać, zorientują się. To będzie dla nich jak wiatr w żagle. – Kolejna przerwa miała uświadomić słuchaczom niebezpieczeństwo takiego wariantu. Rozumieli to doskonale. Van Aken kontynuował: – Dlatego poprosiłem, abyście natychmiast podjęli działania zmierzające do szybkiego pozyskania nowego Sojusznika, najlepiej w tym samym miejscu. – Spojrzał na łysego, który bez słowa, powoli przesunął w jego kierunku papierową wiązaną teczkę.
– Emisariusz przygotował propozycję – wtrąciła Hinz, którą drażniła postawa nonszalancji, zwłaszcza w tak poważnej sytuacji. W gruncie rzeczy zazdrościła Emisariuszowi jego koleżeńskich relacji z Protektorem. Obaj pochodzili z Pierwszego Przesilenia. Ona ledwie z szóstego.
– Przeanalizowaliśmy kandydatury kilku osób, biorąc pod uwagę kryteria spełnione przez poprzedniego Sojusznika – łysy w randze Emisariusza mówił z szacunkiem, ale bez tonu podległości. – Oto nasza rekomendacja.
Van Aken nigdy nie zwracał uwagi na etykietę związaną z jego funkcją. Cenił sobie kulturę osobistą współpracowników, ale nie oczekiwał bizantyjskiej służalczości. Dla niego pani Koordynator była po prostu Luizą, a Emisariusz Albertem nazywanym zwyczajnie Albi. Otworzył teczkę i w milczeniu zapoznał się z dokumentacją. Z uznaniem pokiwał głową.
– Kandydatura rzeczywiście wydaje się trafiona, a co z Werbownikiem? – zwrócił się do Luizy.
W odpowiedzi dostał drugą teczkę. Analizował ją nieco dłużej niż pierwszą.
– Interesująca propozycja – ocenił, spoglądając pytająco na Emisariusza.
– Lepszej nie mógłbym zarekomendować – odparł Albi. – Kontakt z potencjalnym Sojusznikiem został już nawiązany. Oczywiście nie nastąpiło jeszcze ostateczne…
– Akceptuję. Niech Werbownik działa dalej i jak najszybciej złoży propozycję.
– Świetnie. – Emisariusz zatarł dłonie. – To na zakończenie proponuję po pigułce.
Cała trójka zażyła po czerwonej, powlekanej tabletce, każde ze swojego opakowania, które zawsze przy sobie nosili. Protektor spojrzał przez okno na rozświetlone miasto, otulone przez noc.
– Ciekawe, czy wszystkie najważniejsze decyzje zawsze zapadają po zmroku? – rzucił na zakończenie, aby trochę rozładować atmosferę.
Nie oczekiwał refleksji ze strony swoich rozmówców. Mieli ważniejsze sprawy na głowie. Wstał, pożegnał się i wyszedł. Przechodząc obok stanowiska sekretarki przystanął na moment i ukłonił się standardowo. Odpowiedziała w podobnej formie, a w ledwie dostrzegalnym ruchu jej bioder pobrzmiewał żal i rozczarowanie z powodu zachowania, które odbierała jako wyniosłość. Kierując się do wyjścia czuł na plecach jej wzrok. Westchnął cicho. Nawet gdyby zechciał odpowiedzieć na wysyłane sygnały, zagaić rozmowę i rozpoznać podłoże jej zainteresowania, teraz nie miał na to czasu. W związku z zaistniałą sytuacją miał jeszcze coś do zrobienia. Był przecież Protektorem w czasach permanentnej wojny domowej, a to oznaczało odsunięcie na drugi plan prywatności i przyjemności, zwłaszcza, kiedy sprawy komplikowały się. Stajesz się zarozumiały Henk – skarcił sam siebie, jadąc windą w dół. – Myślisz, że każda kobieta na twój widok odczuwa mrowienie, a tymczasem sekretarka może mieć po prostu zwyczaj wnikliwej obserwacji i sprawdzania gości jej szefowej.
W korytarzu znowu wygrał z pokusą skrócenia sobie drogi i użył windy.
Wysiadając na parterze budynku, uświadomił sobie wątpliwość."

wtorek, 18 października 2016

Centrum Handlowe "Cytadela"

Centrum Handlowe „Cytadela” znajdujące się w samym centrum miasta nie otrzymało swej nazwy przypadkowo. W zamierzchłych czasach wznosiły się w tym miejscu fortyfikacje nazywane właśnie Cytadelą. Później fort obrócił się w ruinę, a przestrzeń wypełnił duży, urokliwy park. Wyciszone, zielone miejsce z drzewami, łąką, ogrodami, ścieżkami spacerowymi, amfiteatrem, oczkiem wodnym, pomnikami i rzeźbami. Na obrzeżach znajdował się cmentarz wojskowy poświęcony pamięci żołnierzom, którzy kiedyś ze sobą walczyli, a teraz spoczywali razem.
Ten okres należał już do przeszłości. Stratedzy DKM uznali, że tak atrakcyjny ka-wałek ziemi w centrum Poznania musi być wykorzystany w sposób racjonalny i zdecydowali o budowie centrum handlowego. Przekonywano, że elementy zieleni umieści się w pasażach handlowych, po których też można spacerować, robiąc przy okazji zakupy. Istotnie w nowej galerii postawiono donice z pluszowymi drzewkami i krze-wami. Pomniki upamiętniające poległych przeniesiono na cmentarz komunalny. Wyburzono okalające park osiedla mieszkaniowe, bo przecież potrzebne było miejsce na parkingi. Tych, którzy protestowali, przedstawiano jako wichrzycieli zagrażających rozwojowi miasta. Skazano ich na wysokie kary finansowe, z których już się nie podnieśli. Tkwili teraz w zamkniętym kole spłacania długów, zaciągania nowych, pracy w „Cytadeli” przy rozładunku towaru oraz obowiązkowych zakupów.
Rozalię zawsze przerażał ten moloch. Dwadzieścia kilometrów kwadratowych po-wierzchni całkowitej, pełnych spoconych ludzi targających olbrzymie wózki wypchane owocami konsumpcji, wrzeszczące dzieciaki, młodociane zbiry szukające zaczep-ki, złośliwe moherowe staruchy, kieszonkowcy, a przede wszystkim kolejki. Wszędzie kolejki — na parking, po koszyk, po wędliny, po sery, do kasy, do restauracji, po lody, do bawialni dla dzieci, do działu ze sprzętem RTV, do działu ze sprzętem AGD, do sklepu z upominkami, do sklepu z odzieżą, do kręgielni, do gier i zabaw dla dzieci, do kina, do apteki sprzedającej dopalacze i znowu na parking. I jeszcze nieustannie dudniąca muzyka. Ludzie to uwielbiali albo udawali, że uwielbiają. Rozalia nienawidziła tego miejsca. Już z daleka wielki gigantyczny neon z godłem galerii przyprawiał ją o mdłości.
Leszczak skierował samochód do specjalnego wjazdu przeznaczonego tylko dla wyższego personelu Centrum Handlowego, pracowników ochrony i funkcjonariuszy Departamentu Konsumpcji Masowej.
— Proszę udać się po wózek, czekam przy wejściu H7c — rozkazał. — Ucieczka nie ma sensu — dodał zupełnie niepotrzebnie, bo Rozalia doskonale wiedziała, że nie ma dokąd uciekać. Dekaemy znajdą ją wszędzie.
Dojście do hangaru z wózkami, załapanie się na wózek i droga do wejścia H7c za-jęło jej pół godziny. Musiała poczekać, aż wózki pobierze wycieczka szkolna ze wsi Paździerzówka. Dzieci przyjechały wykonać plan konsumpcyjny za rodziców. Kiedy dotarła do Leszczaka, ten był bardzo zniecierpliwiony.
— Co tak długo? Już chciałem wysyłać list gończy.
— Była ...
— Nieważne, idziemy. Zaczniemy od RTV AGD. Czego pani potrzebuje?
— Z tego działu wszystko już posiadam...
— Nie rozmawiaj ze mną w ten sposób! — Leszczak poczerwieniał a w kącikach ust pojawiła się spieniona ślina. — Mam o tobie wszystkie informacje! Twoja lodów-ka ma pięć lat, pralka cztery, a telewizor siedem. Już czas na produkt nowej generacji!
— Moje sprzęty są sprawne – Rozalia od dłuższego czasu była przygotowana na jego wybuch. Takie typki jak Leszczak były do bólu przewidywalne.
— Jeszcze jeden sprzeciw i wlepię ci mandat karny w wysokości 200 globali! — Leszczak poczerwieniał z wściekłości. — Następny mandat wyniesie 500 globali!
Rozalia miała ochotę płakać, ale stwierdziła, że nie da satysfakcji wieśniakowi.
Szli wzdłuż regałów ze sprzętem, a Leszczak wskazywał Rozalii, co ma ładować do wózka.
— Zegar wielofunkcyjny, MP6, czajnik z filtrem, minipiekarnik, telewizor 32 cale.
— Wolę 21 cali.
— Ja decyduję...
— Jestem klientem i ja decyduję.
— Nie, jeśli klient doprowadzany jest w trybie przymusowym.
— Co za różnica, ile cali ma telewizor...
— Zamknij się ty, wredna suko! – wrzasnął tak, że poczuła na twarzy kropelki jego śliny.
— Ty chamie! — odcięła się. — Jesteś prymitywnym burakiem i założę się jeszcze, że impotentem!
Leszczak zamachnął się na Rozalię. Zmrużyła oczy, oczekując ciosu. Ręka Lesz-czaka nie doszła na szczęście do jej twarzy. Coś ją powstrzymało. To była ręka innegomężczyzny. Wyrósł jak spod ziemi, większy o głowę od Leszczaka chwycił mocno jego przegub.
— Dlaczego pan bije kobietę? — zapytał, nie puszczając jego ręki.
— Nie twoja sprawa, jestem urzędnikiem Departamentu...
— To w niczym pana nie usprawiedliwia.
Leszczak zaczął się wściekle szarpać.
— Puszczaj! Puszczaj, bo pożałujesz!
— Proszę bardzo.
Nieznajomy wybawiciel puścił przegub Leszczaka, a ten runął na półkę z telewizorami. Chwycił się jednej z nich, ale nie utrzymał równowagi. Razem z telewizorem walnął na podłogę i rozbił idealnie płaski ekran. Rozalia zauważyła kątem oka dwóch ochroniarzy idących w ich kierunku.
— Dziękuję, że stanął pan w mojej obronie — wyszeptała do nieznajomego obrońcy, który z rozbawieniem spoglądał na usiłującego powstać Leszczaka. — Czy może pan powiedzieć strażnikom, jak było?
— Myślę, że nie ma takiej potrzeby.
— Jak to?
— Sama pani zobaczy.
To mówiąc, zniknął za regałem.
(...)