środa, 6 sierpnia 2014

Twierdza

Posępny wzrok Opiekuna Twierdzy utkwił w trzech zwęglonych bryłach o czarnej, chropowatej powierzchni. Sięgały mu do kolan i ziały martwotą. Taki widok nie był dla niego nowością, ale tym razem wszystko zdarzyło się tutaj. Na dziedzińcu między pierwszą a drugą kopułą. Ich głęboka czerń na jasnej powierzchni plastobetonu potęgowała odczucie niepokoju połączonego z przygnębieniem. To nie był klasyczny atak, żadna próba szturmu. Jeszcze nie. Wysłali wiadomość, ostrzeżenie, próbkę możliwości, sygnał, że przed niczym się nie cofną, aby osiągnąć cel.
Zdobyć Twierdzę. Zadanie wydawało się niezwykle trudne, graniczące z niemożliwym. Każda kopuła miała własny, niepowtarzalny system obronny, więc przedarcie się przez jedną, nie oznaczało automatycznie otwartej drogi do pozostałych. Nad złamaniem dostępu do kolejnych kopuł trzeba było popracować, ale Opiekun zakładał, że sprawa nie jest zbyt odległa w czasie. Oni mieli swoją broń z pomocą, której siali strach, panikę i śmierć.
Przy kopułach uwijali się wartownicy sprawdzający zabezpieczenia. Chcieli pokazać, że wszystko jest pod kontrolą i panują nad obiektem. Opiekun wiedział, że tak nie jest. Rozmyślania przerwał zastępca, który przyszedł złożyć meldunek. Jeszcze tego tu brakowało, westchnął ciężko Opiekun, patrząc na łysiejącego osobnika z ptasim nosem i małymi, kaprawymi oczkami. Rumiana zazwyczaj twarz była teraz mocno blada.
- Dostali się przez komunikatory – stwierdził fakt dobrze już wszystkim. – Zmieniliśmy częstotliwość – dodał, chociaż wiadomo było powszechnie, że po każdym ataku częstotliwości przestrajały się automatycznie.
- Rozszyfrowali poprzednią częstotliwość, rozszyfrują i tę, i następne – mruknął Opiekun. – Wrzucają na fale inteligentną broń, która całą robotę wykonuje za nich. Zawsze znajdzie drogę do celu. Trzeba przerwać komunikację między kopułami.
- Ale w jaki sposób będziemy się wtedy porozumiewać?
- Nie będziemy. Podzielimy się na zespoły. Każdy z nich dostanie do pilnowania przestrzeni międzykopułowej. Dwa razy dziennie, wyznaczeni ludzie z sąsiadujących kopuł, będą spotykać się w śluzach, zdawać meldunki i przekazywać je dalej.
- Jak długo możemy się tak utrzymać? – dopytywał zastępca. – Przestajemy panować nad sytuacją. Pozostaje mieć nadzieję, że naukowcy szybko coś wymyślą.
Słowa o „nie panowaniu nad sytuacją”, wypowiedziane w liczbie mnogiej, skierowane były w rzeczywistości pod adresem Opiekuna. Po latach nieudolnego poszukiwania haków i słabych stron, zastępca zwietrzył szansę. W obecnej sytuacji, nawet tak wybitny Opiekun wydawał się być bezradny. Kryzys zdawał się być szansą dla zastępcy. Podczas kryzysów i przesileń często następowała zmiana warty. Jednak tym razem prosty schemat mógł nie zadziałać. Nie mieli do czynienia z rutynowymi problemami. Zastępca napatrzył się na czarne bryły nie mniej niż Opiekun i pod maską opanowania był bliski paniki.
- Aby zapanować nad sytuacją nie możemy czekać na efekty naukowców – Opiekun zbyt dobrze znał podwładnego, aby nie podejrzewać, co lęgnie się w jego głowie. Schylił się nad jedną z brył i dotknął dłonią powierzchni. Była wciąż ciepła. Zastępca zrobił się jeszcze bledszy. – Aby zapanować nad sytuacją – powtórzył, - musimy zdecydować się na wyjątkowy krok. Dlatego przesłałem do Przedstawicieli wniosek o zwołanie Zgromadzenia.
- Z jakiego powodu? – Zastępca zdał sobie sprawę, że znowu dowiaduje się o wszystkim ostatni.
- Klucz pod drugiej stronie drzwi. Czas go użyć.
Zastępca stał nieruchomo i milczał. Wyglądał jakby nie usłyszał przekazu i czekał na komunikat przełożonego. Odezwał się dopiero, kiedy Opiekun przeniósł na niego pytający wzrok, wyrażający zdziwienie z powodu braku reakcji.
- Zgromadzenie rozważało już takie rozwiązanie. Uznano, że to ekstremalnie ostateczny wariant – przypomniał zastępca.
- Rozejrzyj się – Opiekun uniósł na wysokość twarzy palec wskazujący i zatoczył niewielkie kółko. – Jeśli to nie jest ekstremalna sytuacja, to co jeszcze musi się wydarzyć? Nie możemy dłużej czekać. Trzeba to wreszcie zakończyć.
- Wariant zamknięcia od drugiej strony nie jest do końca przygotowany.
- Wiemy, że można to zrobić. Drudzy nie nie zdają sobie sprawy z tego, co posiadają, ale my tak.
- Nasi agenci nie mają dostępu do klucza. To może jeszcze potrwać. Poza tym dla agenta oznacza to niebezpieczeństwo…
- Wiem – Opiekun przymrużył oczy jeszcze bardziej pogłębiając okalające je zmarszczki. – Nie mam zamiaru zmuszać do tego nikogo z agentów, chociaż mógłbym złożyć taki wniosek przed Zgromadzeniem. Zastanawiałem się nad tym i doszedłem do wniosku, że nie trzeba poświęcać agenta. Znajdźmy sprzymierzeńca po drugiej stronie.
Zastępca znowu na moment zaniemówił.
- Wśród Drugich? - Wydusił pytanie i uzyskał twierdzące kiwnięcie głowy szefa.
- Drudzy mają klucz w zasięgu ręki, ale nie potrafią go dostrzec.
- Sądziłem, że o to właśnie chodzi. Obserwować, nie przeszkadzać. Drudzy jeszcze długo nie będą w stanie odnaleźć i użyć klucza…
- Obecna strategia właśnie coś takiego zakłada – przerwał znużony Opiekun, - co nie oznacza, że nie można jej zmienić. Złożyłem do Zgromadzenia oficjalny wniosek o pozwolenie na wytypowanie kandydata, któremu pokażemy, gdzie jest klucz i jak go użyć. Pod warunkiem, że da się namówić na współpracę.
Ten wariant pojawił się podczas jednej z narad ze Zgromadzeniem. W rankingu prawdopodobieństwa zastosowania znalazł się na ostatnim miejscu.
- Skutki mogą być przeciwne od zamierzonych – zastępca wchodził w polemikę z Opiekunem, zdając sobie sprawę, że zaczyna go drażnić, ale ich relacje nigdy nie należały do pozytywnych. – Lepiej nie uświadamiać Drugich, że są w posiadaniu klucza. Takie jest zdanie wielu członków Zgromadzenia – dodał, żeby nie wyglądało, że przedstawia jedynie własny punkt widzenia.
- Znam te argumenty – Opiekun wzruszył ramionami. – Ich zwolennicy nie potrafią zaproponować w zamian żadnej skutecznej metody. Dalsze zwlekanie z decyzją będzie miało jeszcze gorsze skutki.
- Nie jesteśmy w stu procentach przygotowani do takiej misji.
- I nigdy nie będziemy. Takie decyzje podejmujesz, kiedy dochodzisz do ściany i nie masz odwrotu. Właśnie to się stało. Może z tą różnicą, że ściana doszła do nas.
Zastępca wyprężył się i odszedł. Wartownicy zabrali bryły. Opiekun został sam na dziedzińcu, zastanawiając się, ile jeszcze razy przyjdzie mu oglądać tak widok i czy pewnego dnia...
- Trzeba to wreszcie zakończyć – powtórzył do siebie.

Rozwiązanie, które forsował, nie tylko miało wysoki stopień ryzyka i w razie niepowodzenia mogło jeszcze bardziej skomplikować sytuację. Oznaczało również, że będą zdani na tych, których życiem próbowali sterować. Historia to jednak mściwa istota. 

czwartek, 15 maja 2014

KEMEN - najnowszy e-book :)

Poznań 2013
Jonasz Berkowicz, poznański naukowiec poznaje za pośrednictwem swojego przyjaciela, amerykańską naukowiec Doris Oviedo z Florydy. Od jej tytułu doktorskiego bardziej interesuje go jej strona wizualna i perspektywa szybkiej randki. Wszystko toczy się tak jak sobie wymarzył, aż do poranka, kiedy co prawda rozpoczyna się od aromatu kawy, ale na tym kończy się rutynowa zwyczajność.

Toronto 1972

Molly i Robert Clark, oboje po wielu przejściach i rozczarowaniach, znaleźli wreszcie miłość i spokój ducha. Wtedy nadchodzi tajemniczy list z Poznania. Jego autor prosi, aby przybyli do miasta, bo chce im przekazać tajne materiały. Po krótkim wahaniu Molly i Robert wyruszają w podróż po bloku wschodnim. Poznają świat za żelazną kurtyną, w który kiedyś naiwnie wierzył ojciec Roberta. Przekonają się jednak, że nie jest to jedyna kurtyna łącząca dwa światy.

Twierdza 2013

Po kolejnym ataku na Twierdzę jej Opiekun zdaje sobie sprawę, że następne są kwestią czasu, a przewaga przeciwnika nie pozwala na skuteczną obronę. Dochodzi do wniosku, że jedynym wyjściem sytuacji jest użycie klucza po drugiej stronie drzwi. Tylko zareagują na to jego zwierzchnicy – członkowie Zgromadzenia.

Co łączy te trzy sytuacje i ich uczestników?
Bardzo wiele.
Przede wszystkim Przesmyk.
Łączy i dzieli.

sobota, 26 kwietnia 2014

Kartka

E. D. 30
15 kwietnia

Po raz drugi wyciągnął z kieszeni swojej kurtki kartę papieru. Podobnie jak w po przednim przypadku nie miał pojęcia, kiedy i w jaki sposób znalazł się w jej posiadaniu. Po pierwszej kartce był szczególnie wyczulony i rozglądał się uważnie w każdym miejscu, w którym się znajdował – w naziemnym promie, na przystanku, na ruchomych chodnikach, mijając stanowiska sterowania poszczególnymi segmentami montażu, wreszcie na swoim własnym stanowisku. Wszędzie wyglądał podejrzanych osób i sytuacji, co chwilę klepał się po kieszeniach, ale nikogo nie przyłapał. Znalazł za to drugą kartkę. Gdy już zamknął za sobą drzwi mieszkania, włączył przyciemnienie okien i usiadł na fotelu, rozwinął ją. Tak jak poprzednia była złożona na czworo. Znowu wielkie litery, napisane odręcznie. Znikały miej więcej po minucie. Papier ulegał ekspresowemu rozkładowi. W mgnieniu oka na jego dłoni zmienił się w białe granulki, potem w jeszcze drobniejszy proszek, aż wreszcie zniknął, pozostając jedynie porozrzucanym zbiorem atomów niewidocznych gołym okiem. Bardzo dokładnie umył ręce, wychodząc z założenia, że nigdy nie wiadomo,czy papier nie został nasączony jakimś świństwem. Mydląc obficie dłonie zastanawiał się, czy to już koniec dziwnych liścików, i przypominał sobie poprzedni. W czasach, kiedy treść zapisana na papierze praktycznie nie występowała, a w szkołach nie uczono odręcznego stawiania liter, sam widok takiego zjawiska musiał budzić zdziwienie, a co dopiero ich treść. Zdanie z pierwszej kartki było dla niego całkowicie niezrozumiałe. Nie miał pojęcia, o co w nim chodzi i kogo dotyczy. Drugi napis to już jawna profanacja. No, może niezupełnie jawna, ponieważ wiedział o niej tylko on. Przynajmniej taką miał nadzieję. Oczywiście treść kartek znał jeszcze ich autor, tajemniczy kartkopisarz. Zakładając, że ktoś taki istniał. Biorąc pod uwagę, że kartki zwyczajnie pojawiały się w jego ubraniu, mogła to być robota jakiegoś ducha. Chyba, że napis wywoływany był na odległość.

Intuicja podpowiadała mu, że nie jest przypadkowym adresatem tych słów, a to nie nastrajało optymistycznie. Ich treść oznaczała koszmarne kłopoty.Poważnie brał pod uwagę, że wiadomość, o którą nie prosił, podrzucili mu Doskonali, aby sprawdzić jego reakcje. Gdyby tylko wiedział, jakiej reakcji
oczekują. Formalnie, jako sumienny obywatel, Falun Mortensen powinien teraz poinformować o wszystkim SOPD, czyli Służby Ochrony Procesu Doskonalenia albo SNRP − Służby Nadzoru Reszty Populacji. Ale nie zrobił tego. Po pierwsze nie był całkowicie sumiennym obywatelem. Po drugie − co miał im powiedzieć? Napisy zniknęły, papier stał się częścią atmosfery. Nie miałby, więc niczego na potwierdzenie swoich słów. Służby mogły równie dobrze przyjąć obywatelskie zawiadomienie, jak i uznać go za wariata albo, co gorsza, dojść do wniosku, że ton on jest twórcą tych haseł.
Druga możliwość to poinformowanie stowarzyszenia, równie fatalna jak poprzednia. Gotów był założyć się o cokolwiek, że Vaduz Polder, przewodniczący Stowarzyszenia na rzecz Zachowania Odrębności Natury Ludzkiej wpadnie w panikę i zostawi go samego z tym problemem albo doniesie Doskonałym.

DWUNASTA WARSTWA

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Jarl Magnus

Statek jarla Magnusa od kilku dni przemierzał wody północnego oceanu. Wypłynęli na obszary, których do tej pory nie oglądał żaden wiking. Magnus szukał nowego lądu owianego legendą i tajemnicą. Czuł, że jest już blisko. Poganiał swoją załogę, a najbardziej sternika, który uwijał się jak w pocie czoła. Jarl wiedział, że ten kto pierwszy odkryje nowy ląd zyska sławę jakiej nie dostąpił jeszcze żaden wojownik.
Pogoda nie sprzyjała żeglarzom. Mróz kąsał twarze i zgrabiałe ręce, a lodowaty wiatr potęgował uczucie zimna. Wzburzone morze rzucało statkiem, sprawiając, że sternik Leif musiał wznieść się na najwyższy pozom swoich umiejętności. Tego dnia siły natury nie sprzyjały jednak załodze. Wiatr złamał maszt, który upadając uszkodził ster. Bezwładny statek niesiony był tylko przez fale. Wikingowie rzucili się do wioseł, ale nie byli w stanie pokonać coraz silniejszego sztormu. Jakby tego było mało przed nimi wyrosła nagle olbrzymia góra lodowa.
- Rozbijemy się! – Krzyknął Leif.
Wtedy Magnus zrozumiał, że musi wezwać na pomoc bogów. Zawołał się Thora, wiedząc, iż ten jest bardziej przychylny ludziom niż srogi Odyn. Thor zjawił się szybko. Obejrzał górę i stwierdził, że z łatwością ją rozbije.
- Jest tylko jeden problem – podrapał się po brodzie. – Górę trzeba najpierw podnieść z morza, a to może zrobić tylko Odyn.
Jarl pokiwał głową. Wiedział, że Odyn zawsze chce zapłaty za pomoc, ale nie miał wyjścia. Góra była coraz bliżej. Wkrótce nadszedł Odyn. Bez trudu podniósł górę i rzucił ją w niebo. Thor tylko na to czekał. Skoczył za lodową górą i z całych sił uderzył ją swoim młotem. Góra rozpadła się na miliardy małych kuleczek. Niektóre z nich spadły na morze, ale inne zostały w niebie.
- Zanim spadną wszystkie minął miliardy lat – mruknął Odyn. – Będę je zrzucał na ziemie, co jakiś czas.
- Trzeba jakoś nazwać te kulki – wtrącił Thor.
- Racja – zgodził się Odyn i wskazał palcem na jarla. – Jak się nazywasz?
- Magnus.
- A dalej?
- Magnus Gradd.
- W takim razie nazwę nowe zjawisko „grad”, ale przez jedno „d”. Nie lubię niepotrzebnie mnożyć liter – skrzywił się.
- Dziękuję wam bogowie za uratowanie życia – pokłonił się Magnus.
- A teraz zapłata – oznajmił Odyn. – Wiem, że płyniesz do nowego lądu. Zawrócisz i już nigdy nie będziesz go szukał. Ja wezmę w posiadanie dziewicze ziemie.
Magnus zasmucił się, ale nie miał wyjścia. Z Odynem lepiej było nie zadzierać. Nakazał załodze chwycić za wiosła i płynąć w kierunku domu.

środa, 13 listopada 2013

Enigma

Fragment powieści "Dwunasta warstwa".

(…)
Nie mając większego wyboru, Florencja opuściła hol przez duże, szklane, rozsuwane automatycznie drzwi. Gotowa była przysiąc, że nie było ich, kiedy wchodziła. Znalazła się przed Zamkiem i rzeczywiście, otaczający go świat wyglądał inaczej. Przede wszystkim miał kolory. Zdała sobie sprawę dopiero teraz, że tak było również w środku, na wystawie, ale szarość wystroju nieco przytłumiła kolorystykę i nie rzucała się ona tak w oczy. Na dworze, w słońcu, co prawda zachodzącym, ale wciąż przyświecającym silnymi promieniami, wszystko nabrało swoich barw. Inne były pojazdy kołowe, tramwaje, nawet przechodnie ubrani bardziej kolorowo. Mimo to rozpoznała ulicę Święty Marcin. Od strony Uniwersytetu zauważyła wychodzące ponad korony drzew dwa wielkie krzyże. Pomnik Poznańskiego Czerwca, o którym słyszała. Woźnica mówił jej, aby skierowała się w drugą stronę, po której stoi monument o podstawie trójkąta. Odwróciła się w drugą stronę i dopiero teraz zauważyła go, a przecież stał na chodniku tuż przed Zamkiem. Rzeczywiście stanowił bryłę o podstawie trójkąta o ścianach wysokich może na trzy metry i szerokich na ponad metr. Każda z nich usłana była równymi rzędami wytłoczonych cyfr, ułożonych w sposób zupełnie przypadkowy, losowy. Naliczyła dwanaście cyfr w poziomych rzędach i dwadzieścia jeden w pionowych. Dokładnie pośrodku każdej ze ścian, wśród cyfr widniało jedno imię i nazwisko, wytłoczone dużymi literami. HENRYK ZYGALSKI. MARIAN RAJEWSKI. JERZY RÓŻYCKI. Obeszła pomnik dookoła i zatrzymała się na dłużej przy boku „Henryka Zygalskiego”. Wpatrywała się w cyfry jak zaczarowana i zauważyła, że kilka z sprawiało wrażenie, jakby podświetlono je słabym światłem. Wyraźnie wyróżniały się na tle innych. Znajdowały się w jednym szeregu, jedna przy drugiej, nad samym nazwiskiem. Naliczyła ich osiem 1, 5, 0, 7, 1, 9, 0, 8. Po chwili ich blask przygasł i nie odróżniały się już od pozostałych. Odczekała chwilę na wszelki wypadek, gdyby jeszcze coś się wydarzyło. Nie doczekawszy się nowych żadnych zjawisk, ruszyła dalej.
(…)
Rowerzysta bardzo chętnie objaśnił konstrukcję swojego pojazdu i technikę jazdy. Następnie zaproponował, aby Cardiff usiadł na bagażniku i śmignęli pod Zamek, gdzie Stary Marych zaprezentował ciekawą niespodziankę. Okazało się, że pomnik-monolit o podstawie trójkąta, w świecie cyfrowej fotografii nabył funkcji wyszukiwarki, mogącej sięgać po dowolne hasło do każdych czasów. Nazwiska na bokach figury przypominały o trzech matematykach, absolwentach Uniwersytetu Poznańskiego, którzy podczas wojny złamali kod maszyny szyfrującej, używanej przez okupanta.
− To miało ogromne znaczenie dla wygrania wojny. – Cardiff wypowiedział te słowa z taką dumą, jakby to on tego dokonał.
− A skąd ty to wszystko wiesz? – Florencja nigdy wcześniej nie słyszała o szyfrantach.
− Jak to skąd? Stary Marych mi powiedział. Przecież obiecałem zapytać go o to. Ten facet jest kopalnią wiedzy. – Cardiff nie był pewien, czy pomnik można nazywać „facetem”, ale doszedł do przekonania, że Marych z pewnością nie miałby nie przeciwko temu. – Często korzysta z przeglądarki i pokazał mi, jak się ją uruchamia. Wystarczyło dotknąć ośmiu cyfr znajdujących się nad nazwiskiem HENRYK ZYGALSKI.
− Jeden, pięć, zero, siedem, jeden, dziewięć, zero, osiem. – Florencja przypomniała sobie wyświetlające się numery, kiedy po raz pierwszy zobaczyła pomnik. Wyjaśniła Cardiffowi, skąd o tym wie.
− Ten zapis trzeba odczytywać w innej sekwencji – oznajmił Cardiff. – Piętnaście, zero siedem, tysiąc dziewięćset osiem, czyli piętnasty lipca, tysiąc dziewięćset ósmego roku dawnego świata. Dzień urodzin Henryka Zygalskiego. Aby wyłączyć wyszukiwarkę, trzeba dotknąć osiem cyfr pod nazwiskiem. 3, 0, 0, 1, 9, 7, 8. Trzydziesty stycznia tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku, dawnego świata. Data śmierci Zegalskiego.
− Dlaczego właśnie na jego części działa wyszukiwarka? – zastanawiała się Florencja.
− Nie mam pojęcia. – Cardiff rozłożył ręce. – Może dlatego, że był rodowitym poznaniakiem.

(…)

sobota, 21 września 2013

Principessa Mafalda


Czarna limuzyna zatrzymała się przed stojącym na skraju lasu domem, otoczonym wysokim płotem. Zza kierownicy wyskoczył ksiądz Kanclerz i pośpiesznie otworzył tylne drzwi. Biskup Resoh wysiadł leniwie i ogarnął wzrokiem parterowy budynek z płaskim dachem i małymi okienkami.
– Mam nadzieję, że Dyrektor wymyślił naprawdę coś ekstra, skoro fatygował nas na to zadupie - mruknął. 
Musiał być przecież powód, dla którego nie przyjmował ich w Toruniu, ale zdecydował się zdradzić jedno ze swoich tajnych miejsc. Ku zaskoczeniu Resoha drzwi otworzył sam Dyrektor. Zazwyczaj wysługiwał się jednym ze swoich dwóch asystentów. 
- Co za zaszczyt – Dyrektor wyszczerzył się szeroko i zaprosił do niewielkiego pokoju, w którym stały dwa fotele i mały stolik, a na nim butelka koniaku i dwa kieliszki. Gospodarz pośpiesznie je napełnił. 
- Wypijmy za dzisiejszy dzień – wzniósł toast i podał kieliszek biskupowi.
- A konkretnie? – Resoh zmrużył oczy.
- Ten dzień przejdzie do historii, a właściwie zmieni ją.
- Słucham z niecierpliwością.
Dyrektor wskazał biskupowi miejsce na fotelu, sam zajął drugi, nie zawracając sobie głowy Kanclerzem, który posłusznie stał obok.
- Od dłuższego czasu głowimy się, co zrobić z Franciszkiem – zaczął Dyrektor. – Ten idiota, który naprawdę chce postępować według ewangelicznych bzdur, narobił nam już wielu szkód, a będzie jeszcze gorzej. Coraz więcej ludzi słucha jego, a nie nas. Trzeba przeciwdziałać dopóki nie będzie za późno. Rozważaliśmy różne opcje, w tym te najcięższego kalibru. Co prawda on nie za bardzo dba o własne bezpieczeństwo, ale to i tak zbytnie ryzyko. Musimy przeprowadzić akcję, która nie zostawi śladu i wiem już jak to zrobić – zawiesił głos. – Najlepiej, gdyby nigdy się nie urodził – dopił koniak i oblizał wargi.
- Niby, że jak?
- Czas zrobić użytek z naszego wehikułu.
Resoh był jedynym biskupem wtajemniczonym w badania Dyrektora nad pokonywaniem czasu. Załatwiał pieniądze na ich finansowanie. Wiedział o prowadzonych próbach. Asystenci Dyrektora, pełniący role królików doświadczalnych, cofali się o rok, potem o dwa lata, pięć, dziesięć i wreszcie pięćdziesiąt. 
- Co to ma wspólnego z Franciszkiem? – Resoh zmarszczył brwi. 
- Jego rodzice przybyli do Argentyny statkiem na początku 1929 roku, ale planowali wypłynąć wcześniej – mówił podekscytowany Dyrektor. – Mieli już nawet wykupione bilety na rejs jesienią 1927 roku. Niestety przeciągnęły się transakcje związane ze sprzedażą majątku, który miał im pozwolić na start w nowym kraju. To właśnie chcę zmienić – rozpromienił się Dyrektor. - Statek, którym nie popłynęli nazywał Principessa Mafalda i zatonął podczas tego rejsu. Na dno poszła blisko jedna czwarta z ponad tysiąca pasażerów.
Resoh był pod wrażeniem. Zbrodnia doskonała to taka, której nie popełniono, a delikwent przestaje istnieć. Zostaje wymazany z historii. Było tylko jedno ale.
– Skąd wiadomo, że jego starzy znajdą się właśnie wśród tych, którzy zginęli?
- Proszę mnie nie obrażać – nadął się Dyrektor. – Dokładnie wszystko zaplanowałem. Moi ludzie dostali rozkaz wejścia na statek i dopilnowania, aby państwo Bergoglio poszli na dno.
- To dla nich ryzykowne. Mogą pójść na dno razem z nimi.
- I tak będzie – oświadczył Dyrektor. – Oddadzą życie za sprawę. 
Resoh z uznaniem pokiwał głową. Sam nigdy nie dorobił się takich wyznawców. 
- Kiedy twoi asystenci wyruszają?
Dyrektor zarechotał. 
- Od miesiąca pracują nad tym, aby starzy Franciszka wsiedli na ten cholerny statek. 
- Co z wehikułem? Zostanie w przeszłości? Ktoś może go znaleźć – niepokoił się Resoh.
- Wydałem rozkaz zniszczenia wehikułu, spaliłem wszystkie notatki i wykasowałem dane z komputera. Wehikuł nigdy nie istniał – Dyrektor rzeczywiście o wszystkim pomyślał. 
- Nie szkoda ci?
- Zbuduję sobie nowy – Dyrektor wypiął brzuch. – Mogę mieć w każdej chwili tuzin oddanych asystentów. I asystentek.
Resoh z wrażenia nalał sobie cały kieliszek koniaku i wypił od razu połowę. 
- Kiedy to się stanie?
- Statek zatonął 25 października 1927 roku – oświadczył uroczystym tonem Dyrektor. – Dzisiaj mamy rocznicę.
Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął smartfona i wpisał w wyszukiwarkę hasło: Jorge Borgoglio, papież Franciszek. Resoh wstał i pochylił się nad Dyrektorem. Kanclerz również zbliżył się. Jaśniejący ekranik był teraz dla nich najważniejszym punktem na świecie.
- Jasna cholera!!! – wrzasnął na całe gardło Dyrektor.
Resoh i Kanclerz milczeli. Pierwszy poczerwieniał ze złości, drugi zbladł. Na Tronie Piotrowym nadal zasiadał ten sam człowiek, Argentyńczyk, syn włoskich emigrantów, którzy cudem ocaleli z katastrowy statku.
- Co teraz? – Resoh odzyskał mowę.
- Zbuduję drugi wehikuł i wyślę kolejnych ochotników – Dyrektor walił pięścią w podłokietnik fotela. – I tak do skutku.
- Praca nad pierwszym zajęła ci dziesięć lat – przypomniał Resoh.
- Teraz pójdzie szybko. Mam w głowie całą konstrukcję maszyny – Dyrektor poklepał się po rudych włosach. – Odtworzę ją raz dwa. 
Resoh wyraził nadzieję, że tak będzie. Pożegnał się i z Dziekanem opuścili dom. Wsiadając do samochodu podzielił się z podwładnym swoją refleksją. 
- Wiedziałem, że to się nie uda. Historii nie da się zmienić. Można ją, co najwyżej zakłamać.
- A jeśli - zaczął nieśmiało Dziekan, - to nie jest sprawa historii, ale czyjeś działanie.
- Niby czyje?
Dziekan przełknął ślinę.
- Tego, w którego udajemy, że wierzymy – odparł nieporadnie.
Resoh kazał mu się zamknąć i ruszać. 
- Jeszcze jeden taki tekst, a poszukam sobie nowego dziekana – ostrzegł.
Podczas jazdy nie odzywał się, a nastroszona mina sygnalizowała, że lepiej go nie drażnić. Po kilkudziesięciu kilometrach zadzwonił telefon. Dyrektor.
- Nie pamiętam! – krzyczał rozgorączkowany. – Nie mogę sobie przypomnieć żadnego elementu dotyczącego wehikułu. Kompletna pustka jakby wszystko, ze mnie wyparowało!

Opowiadanie bierze udział w "Tygodniu Miniatury" na Portalu Pisarskim.

wtorek, 16 lipca 2013

Zaklinaczka książek

Maciej poruszył się nerwowo.
- Jak właściwie wpadłaś na to, że możesz kontaktować się poprzez książkę.
Wiktoria przekrzywiła głowę i spojrzała jakby chciała zajrzeć w głąb duszy Macieja.
- Jak pewnie wiesz jestem bardzo pokręcona.
- Nie mniej niż ja – w zapewnieniu Macieja nie było cienia udawania.
- Nie była to moja pierwsza ingerencja w czyjąś książkę. – Wiktoria spojrzała w nieokreśloną dal odszukując obrazy z przeszłości. - Coś podobnego przydarzyło mi się tuż po śmierci rodziców. Szukałam dla siebie miejsca, rodzaju ucieczki od rzeczywistości. Wtedy po raz pierwszy trafiłam do ośrodka medytacyjnego prowadzonego przez Rafała. Spotkania zaczynały mi pomagać, ale wieczorami, samotna w mieszkaniu, które zostało mi po rodzicach, w którym wszystko mi o nich przypominało, nie dawałam rady, wpadałam w przygnębienie i depresję. Próbowałam czytać książki. Zawsze mi to pomagało. Książki były moim lekarstwem na problemy. W tym przypadku to nie działało. Rafał poradził abym przeczytała coś w obcym języku. Twierdził, że umysł musi się wtedy bardziej przestawić, a tym samym odejść od realności. Udałam się do empiku i długo szukałam. Wybrałam książkę „Żona podróżnika w czasie”. W polskim przekładzie wyszła pod tytułem „Zaklęci w czasie”. Jeszcze przy półce przeczytałam dwie pierwsze strony. Zaskoczyłam. Po powrocie do mieszkania od razu zabrałam się do czytania i nie mogłam się oderwać. Nareszcie poczułam się lepiej, zapomniałam o ostatnich przeżyciach. Istniała dla mnie tylko treść książki i jej bohaterowie. Clare i Henry. To nie była historia zwykłej miłości. Henry podróżował w czasie, ale to też nie były podróże jakie znamy z filmów. Cierpiał na zaburzenia genetyczne powodujące, że niezależnie od swojej woli przenosił się w przeszłość lub przyszłość. Nie miał żadnego wpływu na to kiedy to następuje, dokąd się przenosi i jak długo to potrwa. Często podróżował pod wpływem stresu, czasem pozytywnej ekscytacji. Takie przenosiny nigdy nie były przyjemnym przeżyciem. Czuł mrowienie na całym ciele, miał zawroty głowy. Poza tym zawsze przenosił się całkowicie nagi. Pozostawała po nim ubranie, a on w innym czasie musiał szukać dla siebie odzienia, pieniędzy, zazwyczaj włamywał się gdzieś i kradł. Wyobraź sobie, że nagle w ciągu kilku sekund zostajesz wyrwany z teraźniejszości i znajdujesz się w nieznanym miejscu, wokół jest ciemno i zimno, a ty jesteś bez ubrania, pieniędzy i musisz przeżyć. Takie życie było dla niego męczące, ukrywanie się, uciekanie, walka o biologiczne przetrwanie. Czuł się samotny, nie miał z kim podzielić się swoim losem. Bezsilność potęgował fakt, że nie potrafił w żaden sposób zmienić przeszłości. Wszystko, co mu pozostało to bycie biernym obserwatorem. Przeżył śmierć matki, w wypadku samochodowym. Uratował się ponieważ wtedy też zniknął. Widział jej śmierć jeszcze raz kiedy cofnął się w czasie jako dorosły. Nie mógł nic zrobić. Dużo pił, pakował się w niestabilne związki z kobietami. Wreszcie spotkał Clare. Właściwie trudno powiedzieć kiedy spotkał ją po raz pierwszy. Pewnego razu w bibliotece, w Chicago, gdzie pracował, nieznana mu piękna dziewczyna niesamowicie ucieszyła się na jego widok. Wiedziała jak ma na imię i jaka jest jego ulubiona knajpa. On niewiele z tego rozumiał ale podejrzewając, że coś mogło się w przeszłości wydarzyć, zgodził się z nią spotkać. Clare wszystko mu opowiedziała. Po raz pierwszy pojawił się u niej kiedy miała sześć lat. Przybywał wielokrotnie stając się jej najlepszym przyjacielem, nauczycielem i wreszcie kochankiem podczas jednego z ostatnich spotkań, zanim znalazła go w teraźniejszości. Nareszcie mogli być ze sobą. Byli dla siebie stworzeni. Henry czuł się przy niej znacznie lepiej. Niestety nadal znikał. Clare nigdy nie wiedziała czy na przykład zjedzą razem kolację czy też w kuchni znajdzie jedynie ubrania po Henrym, który nagle znajdzie się nie wiadomo gdzie. To nie było łatwe życie, ani prosta miłość, ale oni wykorzystywali każdą wolną chwilę aby nacieszyć się sobą. Długo nie mogli mieć dzieci. Clare kilka razy poroniła. Ich dzieci także podróżowały jeszcze w łonie. Udało jej się nareszcie urodzić wspaniałą córeczkę. Kiedy trochę podrosła także podróżowała w czasie ale potrafiła to lepiej kontrolować niż Henry. Ich wspólne życie zostało nagle przerwane przez tragiczną śmierć Henry’ego. Przeniósł się w niewłaściwe miejsce do niewłaściwego czasu i został przypadkowo zastrzelony. Clare z bólem znosiła jego brak ale czekała w nadziei, że kiedyś odwiedzi ją z przeszłości. Kilka razy widziała go ich córka Alba. Clare nigdy. Dopiero gdy była już bardzo stara przyszedł do niej młody Henry. Tak kończy się książka. Dla mnie ta historia nie skończyła się. Byłam zafascynowana Clare i Henrym, ich wspólnym życiem i miłością. Uważałam, że to niesprawiedliwe co ich spotkało. Po tym jak walczyli aby być razem, stworzyć swój dom i rodzinę, na przekór niewyobrażalnym trudnościom, zasłużyli na coś lepszego. Wymyśliłam sobie alternatywne zakończenie i zapisałam je na luźnych kartkach. Trzymając się realiów powieści nie zmieniłam przeszłości. W mojej wersji Henry, co prawda ginie, ale znajduje sposób aby częściej powracać z przeszłości i być z Clare po swojej śmierci, towarzyszyć jej we wszystkich chwilach, które uda się wyrwać z rzeczywistości. Wymyśliłam postać Rona, syna Alby, który posiada taką samą właściwość genetyczną ale całkowicie panuje nad swoimi podróżami. Podróżuje w przeszłość i uczy swojego dziadka Henry’ego jak panować nad podróżami. Nie mogą już zmienić przeszłości, zatrzymać kuli, która zabiła Henry’ego, ale mogą sprawić, że Henry sprzed wypadku, wyrusza regularnie w przyszłość do owdowiałej Clare. Pojawia się, co tydzień, co miesiąc, na dzień, kilka dni, czasem kilka godzin. Clare już wie, że go nie straciła, że nie będzie go widywała często, ale najważniejsze, że będzie go widywała, rozmawiała i kochała się z nim. Nadal są zaklęci w czasie ale potrafią nad nim panować.
Maciej podał jej napój aby trochę odpoczęła.
- Sama powinnaś pisać książki. Nie żartuję. Mogłabyś wymyślić niejedną taką historię. Z resztą biorąc pod uwagę nasz przypadek, nie trzeba nawet wymyślać.
Wiktoria podziękowała i odstawiła pusty pojemnik.
- Myślałam o tym aby napisać książkę. Trochę jednak obawiałam się konsekwencji.
- Nie rozumiem – Maciej zmarszczył brwi.
- Moja opowieść o Clare i Henrym ma ciąg dalszy. Kartki, na których zapisałam swoją wersję wkładałam do książki. Pewnego razu kiedy sięgnęłam po książkę, kartek w niej nie było, a właściwie były. Jako część książki. Zadrukowane moimi słowami.
Przekrzywiła głowę i spojrzała figlarnie na Macieja. Chciała sprowokować go do komentarza, ale on wiedział, że Wiktoria nie żartuje.
- Co było dalej?
- Czytałam zakończenie swoje autorstwa kilka razy. Wybrałam się do księgarń i przeglądałam inne egzemplarze. Nie zmieniły się. Moja książka była jedyna i niepowtarzalna. Po-szłam po poradę do jedynego człowieka, któremu wówczas mogłam zaufać i powierzyć najskrytsze tajemnice.
- Do Rafała.
- Zgadza się. Dobrze trafiłam. Nie uznał mnie za wariatkę. Pokazałam mu książkę. Po-twierdził, że zmiana w tekście to nie złudzenie. On wierzy, że są ludzie o nadzwyczajnych zdolnościach i najwyraźniej ja do nich należę. Powiedział, żebym uważnie obserwowała co się wokół mnie dzieje i starała się żyć normalnie. Chodziłam na medytacje, to pomagało. Od czasu do czasu zaglądałam do książki. Sprawdzałam czy nic się nie zmieniło. Miałam satysfakcję, że udało mi się zmienić zakończenie. Wyobrażałam sobie, że Clare i Henry żyją sobie gdzieś w Chicago i są szczęśliwi. Jestem strasznie banalna.
Maciej gorliwie zaprzeczył.
- Ty banalna? Myślałem, że znam wszystkie twoje możliwości ale ciągle mnie zaskakujesz.
Chciał jej powiedzieć, że rozumie dlaczego tak bardzo troszczyła się o bohaterów będących jednie czarnym drukiem na papierze. Nie musiał być psychologiem aby wiedzieć co wtedy przeżywała, jak musiała czuć się samotna i niepewna. Wyobraziła więc sobie parę kochanków po traumatycznych przejściach, którzy pokonali przeszkody i znaleźli ukojenie.
- Zaskoczę cię jeszcze raz – Wiktoria przesunęła się na środek leżanki i skrzyżowała nogi. – Pewnego razu kiedy otworzyłam książkę po kilkutygodniowej przerwie znalazłam w niej kartkę. Zapisano na niej kilka słów długopisem. Po angielsku. Wykułam je na pamięć. „Witaj Wiktorio. Chcę ci podziękować w imieniu swoim i Clare za to, co dla nas zrobiłaś. Ni-gdy nie damy rady odwdzięczyć ci się. Chciałem przynajmniej w ten sposób dać ci dowód, że naprawdę jesteśmy ze sobą i myślimy o tobie. Nie zastałem cię w mieszkaniu. Może to i lepiej. Nie mogłem zostać zbyt długo. Po raz pierwszy podróżowałem tak daleko od Chicago i nie byłem pewien czy panuję nad tym. Proszę tylko abyś strzegła książki jak oka w głowie. Życzymy ci abyś i ty odnalazła szczęście. Serdecznie pozdrawiamy – Clare i Henry”. Jestem pewna, że nikt nie wchodził do mieszkania. Nie było śladów włamania.
- Co zrobiłaś?
- Zachowałam kartkę, włożyłam ją do książki, a potem rozpłakałam się. Ze szczęścia.
- Więc oni rzeczywiście żyją?
- Inaczej o nich nie myślę. I nie chodzi o to, że miałabym ożywić postacie książkowe. Wierzę, że są prawdziwymi ludźmi, mają swoje życie, a ja odmieniłam ich los.
- Nie próbowałaś skontaktować się z autorem książki?
- Autorką. To amerykańska pisarka. – Wiktoria westchnęła i wzruszyła ramionami. – Nie miałam odwagi. Obawiałam się jak zareaguje na informację, że zaingerowałam w jej twórczość.
- Ona mogłaby cię doprowadzić do Clare i Henry’ego.
- Wiem, ale jedno mnie powstrzymywało – Wiktoria objęła się ramionami. – Ułamek procenta obawy, że oni mogliby się jednak okazać tylko książkowymi postaciami. Nie wiem czy poradziłabym sobie z takim rozczarowaniem.
- Co na to powiedział Rafał?
- Nie powiedziałam mu. To była wyłącznie moja tajemnica. Do teraz.
- Czym sobie na to zasłużyłem?
- Nie udawaj skromnego – gdyby miała przy sobie poduszkę rzuciłaby nią w Macieja. - Przerobiłeś na sobie oddziaływanie poprzez książkę.
- Znowu ci się udało. Chociaż tym razem nie miałaś przy sobie tekstu.

- To była podstawowa trudność – przyznała Wiktoria. – Z drugiej strony książka, o której wygadała się Marianna była moim jedynym punktem zaczepienia. W każdej fazie granatowej i w każdej wolnej chwili w jasnych fazach myślałam o powieści, którą tworzą Kowalikowie i pragnęłam wkraść się w zapisane przez nich słowa. Kiedy osiągnęłam cel zdałam sobie sprawę, że nie zmienię treści, nie odwrócę tego, co się już stało, podobnie jak nie zapobiegłam zastrzeleniu Henry’ego. Udało mi się jednak doprowadzić do tego, że znowu są razem, żyją swoją miłością, która pokonała czas i śmierć. Wywołałam ciąg dalszy, ciąg zdarzeń, który odmieni ich los. Według podobnego schematu musiałam postąpić ze sobą. Jeśli sama nie mogłam wyjść ze Świata Źródła, uznałam, że ktoś musi po mnie przyjść. Ktoś, kto usłyszy moje wołanie z książki. Gdyby nie wcześniejsza historia z Clare i Henrym, nigdy nie wpadłabym na taki pomysł i pozostałabym w Źródlanii.