czwartek, 6 września 2018

PIĄTE WSPOMNIENIE



W powieści "U Źródła" Wspomnienia odgrywają kluczową rolę, nie są jedynie zapisem pamięci, One żyją

Noc spowiła miasto, okalając wszystkie domy. Matka udała się nareszcie na spoczynek, ukoiwszy nieco swoje wzburzenie, a oni mieli trochę spokoju, aby porozmawiać. Opowiedziała ojcu o wszystkim, czego była świadkiem. Gdy skoń-czyła, ciszę przerywał tylko jego oddech. Cierpliwie czekała, aż zbierze się w so-bie.
– Przepraszam – wydał ledwie słyszalny szept.
– Za co?
– Że wciągnąłem cię w to. Nie sądziłem, że tam jest aż tak odmiennie.
– Tylko na pozór.
– Dobrze, że już jesteś u nas. Nie idź tam więcej. Obiecujesz?
– Tak, ojcze. Jedno doświadczenie wystarczy.
Odgarnął do tyłu włosy.
– Gdybyś uznała, że wiedza o tym miejscu powinna przepaść…
– Nie – aż powstała z krzesła. – Czy zdajesz sobie sprawę, ile pokoleń włożyło swój wysiłek, aby utrzymać wiedzę o tej tajemnicy i sposobie jej zgłębienia. Nie mam prawa tego przerwać. Czuję się wyróżniona.
– Dobrze – zrozumiał, że córka już postanowiła. Niepokoiło go coś innego. – Czy będziesz potrafiła z tym żyć?
– Nie obawiaj się. Już powróciłam do codzienności. Zostawiłam tam jedynie swoje Wspomnienie.


U Źródła, wydawnictwo e-bookowo 

czwartek, 5 kwietnia 2018

Nazwa Planety 2

(…)
„Obiekt nazwałem Planeta 2. Zgodnie z wytycznymi szefowej. Wszystkie znane nam ciała kosmiczne, nie będące gwiazdami, nazywamy obiektami i numerujemy je. Nazwę Planeta zarezerwowaliśmy dla nas i dla kolejnych obiektów z inteligentnymi formami życia. Do tej pory nie znaleźliśmy żadnej oprócz naszej. Do teraz. To druga obok naszej znana nam planeta ze świadomymi umysłami. Stąd Planeta 2. Ich planeta.
Oni. Nie sądziłem, że mogą być tak podobni do nas. Owszem są między nami różnice,
ale to detale. Nie większe od tych jakimi różnią się poszczególne ich odmiany. Planetarianie też się miedzy sobą różnią, choć nie tak jak mieszkańcy Planety 2. Poza tym nasza budowa biologiczna, właściwości fizyczne, chemiczne, wszystko funkcjonuje na podobnych zasadach. Warunki bytowe na Planecie 2 niemal identyczne jak u nas. Między gatunkami roślin i zwierząt także nie ma sensacyjnych różnic.”
(…)
„Zastanawiałem się jak ich nazywać? Planetarianie drudzy? Brzmi niezgrabnie. O takim szczególe moi mocodawcy nie pomyśleli i nie mogli mi niczego podpowiedzieć. Nazwa ich planety brzmiała różnie w różnych językach, dodatkowo w każdym języku używali nazw zamiennych. Na Planecie pod tym względem jest porządek. Planeta brzmi tak samo w każdym języku i nie ma innych określeń. Tymczasowo na własny użytek nazywałem ich Nowi. Uznałem, że po moim powrocie sprawę nazewnictwa pozostawię tym, którzy mnie wysłali.”
(…)
Jaką nazwę ostatecznie wymyślono dla Planety 2 i jej mieszkańców? Zajrzyjcie do wydawnictwa e-bookowo, szukajcie „Bezkresnego umysłu
#fantastyka #kosmos #space #planet #planeta #planety #star #stars#gwiazda #czas #przestrzen #cywylizacja #alien #aliens


czwartek, 22 lutego 2018

Bezkresny umysł

Pierwsza powieść, którą napisałem w pierwszej osobie, lecz narrator nie jest mną. Nie jest nawet człowiekiem. Jego tożsamość to jednak sprawa bardziej skomplikowana. Podobnie jak w przypadku Gony.

Naran, przeciętny mieszkaniec Planety, zostaje zwerbowany do ściśle tajnego projektu „Bezkresny umysł”. Oznacza to radykalną dla niego zmianę w jego życiu, ale tego właśnie Naran potrzebował, nawet za cenę bardzo ryzykownej misji w nieznane rejony wszechświata. Nie zdawał sobie jednak sprawy, że będzie to także wyprawa w nieznane obszary jego umysłu. I umysłów kilku innych istot. Najnowsza powieść Olafa Tumskiego i pierwsza napisana w pierwszej osobie.

Wydawnictwo e-bookowo 2018 

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Wirtajki ~ bajkowy świat dzieci

Była sobie bajka. Mieszkała w nas, w każdym z osobna. Któregoś dnia, kiedy uznała, że nadszedł odpowiedni czas, poprosiła autorów: – Wypuście mnie do dzieci. Chcę się snuć przed snem, opowiadać o najmniejszych troskach i radościach, pleść się wierszykami i baśniami na pocieszenie, zamyślenie, uśmiech, dobry dzień i dobrą noc. I tak autorzy, którzy przecież nie zostaliby pisarzami, gdyby bajki i baśnie nie kołysały ich w ramionach, postanowili oddać dzieciom, co kiedyś dostali.

Bajkowa kraina

Wirtajki to miejsce magiczne, w którym spotkali się bajkopisarze z różnych stron świata skupieni na Portalu Pisarskim, by opowiadać o pięknych księżniczkach, dzielnych książętach, potężnych królestwach i wcale nie takich groźnych smokach. Wyrusz z nami do krainy fantazji pełnej intryg, przygód, łez wzruszeń i radości, gdzie dobro zawsze zwycięża zło.
Każdy rodzic, opiekun czy wychowawca znajdzie tutaj coś wartościowego dla swoich pociech. Publikacje są starannie sprawdzane przez korektorów i pedagogów, którzy dbają, aby utwory, oprócz walorów czysto literackich, były przede wszystkim wartościowe dla najmłodszych. Nasz księgozbiór dedykujemy najmłodszym – od przedszkolaka po starsze dzieci bez górnej granicy wieku.
Rozgość się, rozsiądź wygodnie, życzymy… zaczytania!

Projekt powstał pod patronatem Portalu Pisarskiego. Na stronie Wirtajki.pl znajdziecie trzy moje teksty. 

niedziela, 27 sierpnia 2017

ebooki w promocji

Moje ebooki w empiku - wszystkie w promocji :) 
KEMEM
Przesileni
Dwunasta warstwa
U Źródła
Wymyślony 
Tomkowe historie
http://bit.ly/2vA19lI


czwartek, 2 lutego 2017

Mercedes de Breda

Przesileni, fragment
(…)
W poczekalni jej gabinetu nigdy nie było tłoku. Nie oznaczało to, że pacjenci omijają ją łukiem. Wręcz przeciwnie, miała ich całkiem sporo, natomiast perfekcyjnie zorganizowała ich przepływ. Podczas gdy doktor Mercedes de Breda badała pacjenta, na swoją kolej oczekiwała tylko jedna osoba. Pacjent po zakończeniu wizyty wychodził drugim wyjściem, doktor wzywała oczekującego, poczekalnia na chwilę pustoszała, a mniej więcej po kilku minutach wchodziła kolejna umówiona osoba. Pacjenci nie mieli okazji spotkać się nawet przed willą. Dom znajdował się na peryferiach miasta, w dzielnicy składającej się z domów jednorodzinnych lub szeregowych. Nie brakowało tutaj zacisznych, kameralnych uliczek z domkami otoczonymi bezpiecznymi płotami. Ale dom Mercedes mieścił się nawet nie w uliczce, lecz w zaułku, a właściwie w zaułku zaułka. Od niedługiej, wąskiej ulicy odbijał jeszcze stumetrowy kawałek, przy którym stały po obu stronach po dwa domy z ogrodem. Kiedy wydawało się, że to już koniec zabudowań i dalej zaczynają się już tereny zielone, ulica nagle skręcała pod kątem czterdziestu pięciu stopni, wydzierając naturze jeszcze kawałek przestrzeni. Właśnie na niej znajdował się dom doktor de Bredy. Do posesji nie można było dojechać samochodem. Jej dom był jedyny w okolicy bez garażu. Mercedes, jak na ironię, nigdy nie poruszała się własnym samochodem. Korzystała z taksówek, wypożyczalni, a na krótszych dystansach bardzo chętnie z roweru. Tuż przed zaułkiem stał znak zakazu wjazdu, a na wąskiej uliczce i tak nie można było zaparkować, nie blokując dojazdu na posesje innych mieszkańców. Pacjenci pozostawiali pojazdy ulicę dalej w zatoczkach postojowych. Tylko tam mieli okazję wpaść na siebie, ale nigdy nie było pewności, czy dana osoba korzysta z usług pani neurolog. De Breda nie zatrudniała żadnego pracownika, nie prowadziła recepcji. Można było się z nią umówić jedynie poprzez stronę internetową. W godzinach przyjmowania furtka prowadząca do posesji domu była zawsze otwarta, podobnie jak główne drzwi wejściowe. Wchodziło się nimi do holu, w którym napis na dużej tabliczce zapraszał do rozgoszczenia się w głębokim i wygodnym fotelu, obitym pluszem w kolorze łososiowym. Oczekujący mogli poczytać gazety lub czasopisma (wybór był urozmaicony), włączyć muzykę (wybierając w szerokiej gamie gatunków, utworów i wykonawców) lub włączyć w fotelu opcję masażu. Doktor de Breda wychodziła z założenia, że co prawda jest neurologiem, a nie psychoterapeutką, ale komfort psychiczny pacjentów przekraczających próg gabinetu i ich pozytywne nastawienie uważała za konieczny wstęp do zasadniczego etapu diagnozowania i leczenia lub innych zaleceń. Pacjenci doceniali tę troskę oraz absolutną intymność wizyt.
Mercedes dzieliła swoje życie między Poznaniem a Berlinem. Dokładnie w proporcji dwa do jeden. Pierwsze dziesięć dni każdego miesiąca, wliczając soboty i niedziele, przebywała w stolicy Niemiec, przyjmując w gabinecie przy Potsdamerstrase. Pozostałe dwadzieścia dni spędzała w Poznaniu. Tego dnia pozostał jej ostatni pacjent. Nie kojarzyła nazwiska. Westchnęła, wiedząc, że ta wizyta potrwa dłużej niż standardowa. Będzie musiała nie tylko założyć kartotekę, ale też i przeprowadzić dłużą rozmowę, chcąc uzyskać szczegółowe informacje nie tylko na temat obecnych problemów, ale i wcześniejszych dolegliwości, objawów i ogólnego trybu życia. Nie darmo w swoim fachu uchodziła za perfekcjonistkę. Uchyliła drzwi gabinetu. Pacjent siedział w fotelu i przeglądał gazetę. Rozpostarta, papierowa płachta zasłaniała twarz. Zanim jeszcze ją odłożył i spotkały się ich spojrzenia, już wiedziała, że wizyta znacznie bardziej odbiegać będzie od standardów, chociaż nie w takim znaczeniu, jak wcześniej sądziła. Srebrny sygnet na palcu był jego znakiem rozpoznawczym od kilku tysięcy lat. Znakiem nie dla wszystkich, bo jedynie ona i kilku bliskich przyjaciół, w tym Henk, zwrócili na to uwagę, ale też nie od razu. Zdaje się, że dopiero na początku Czwartego Przesilenia zdała sobie sprawę, że Albi nosi nieprzerwanie jedną ozdobę od zamierzchłych czasów Pierwszego Przesilenia. Żartował, że musi mieć jakiś stały element w jego chaotycznym życiu. Tu w jej gabinecie pierścień był dla niej sygnałem. Na wypadek gdyby nie rozpoznała go pod przeznaczoną dla postronnych obserwatorów charakteryzacją, składającą się z blond czupryny i dwudniowego zarostu. Zupełnie niepotrzebnie. Poznałaby go, nawet gdyby założył stalowy hełm z przyłbicą (co w jeszcze obecnym Przesileniu wielokrotnie miało miejsce). Dla osób, które znały się od kilu tysięcy lat, wystarczyła bliska obecność. Ruchem głowy zaprosiła go do środka. Albi rzadko używał charakteryzacji. Jeśli już to robił, miał twardy powód.

(…)

wtorek, 20 grudnia 2016

Wszechświaty

(…)
– Nie wnikam w to, co mogło być praprzyczyną kolizji naszych światów, bo pewnie nigdy się tego nie dowiemy – analizował głośno.
– Jest pewna hipoteza – Fea nie zostawiła zagadnienia całkowicie bez odpowiedzi. – Nasze światy uczestniczyły w karambolu wielu równoległych wszechświatów, spowodowanym silnym wyładowaniem w jednym z nich. Innymi słowy, w którymś z wszechświatów doszło do Wielkiego Wybuchu, który naruszył równowagę w przestrzeni między wymiarami.
– Wielki Wybuch? Tak jak kiedyś u nas – zamyślił się Jonasz.
– Czy wtedy też inne światy dostały rykoszetem?– Kto wie? W każdym razie to jedynie ostrożna hipoteza, zakładająca istnienie wielu, może nawet nieskończonej liczby wszechświatów.
– No dobrze – Jonasz pochylił się w jej kierunku. – Wszechświaty, w których istnieje Kemen i Ziemia zetknęły się. Powstały warunki do wygenerowania Przesmyku. Dlaczego powstał bezpośrednio na styku planet, a nie gdzieś w przestrzeni kosmicznej? Przecież w naszych wszechświatach jesteśmy zaledwie ziarenkiem. – Zadajesz pytania bardziej dla filozofów niż naukowców – westchnęła Fea. – To mogło być zdarzenie losowe lub…
– Lub?
– Efekt eksperymentów naszego Leonarda. Przesmyk powstał tam, gdzie skoncentrował się silny strumień olos – meldo – z twarzy Fei jasno wynikało, że tę drugą ewentualność traktuje jako mocno naciąganą.
Jonasz nie wykluczył, że eksperymenty mogły mieć jakiś wpływ, trudny do oszacowania. Nadal jednak nie pojmował, czym właściwie jest Przesmyk.
– Czy to właśnie most Einsteina – Rosena?
– Most zakładał raczej szybkie połączenie odległych rejonów kosmosu, chociaż twórcy koncepcji nie wykluczali, że za pomocą mostu można też dotrzeć do zupełnie innych wymiarów – przypomniała Fea. – Tak czy owak, trzydzieści lat po teorii Einsteina i Rosena inni naukowcy wysunęli tezę, że nawet jeśli istnieją tego rodzaju połączenia, nic nie jest w stanie się przez nie przedostać. Nawet światło.
– Wheeler i Fuller – potwierdził Jonasz. – Most pochłonąłby każdą materię, zanim ta zdążyłaby się wydostać.
– Opierali się cały czas na pierwotnej koncepcji mostu Einsteina – Rosena. A gdyby go zmodyfikować?
– Tunel Thornea – Morrisa – domyślił się.
Była to teoria tunelu czasoprzestrzennego, postulowana pod koniec lat 80. XX wieku, powstała w oparciu o most Einsteina – Rosena. Zakładała jednak, że istnieje możliwość przesłania przez most czy raczej tunel energii i materii w taki sposób, aby podczas transmisji tunel nie zapadł się w sobie i nie uwięził materii. Tym, co miało stabilizować i podtrzymywać most, okazała się egzotyczna materia, posiadająca ujemną masę.
– Podejrzewali, że coś takiego istnieje. Byli blisko rozwikłania zagadki – oznajmiła Fea.
– Olos – meldo to egzotyczna materia – Jonasz poczuł, jak miękną mu nogi.
– Prawie nas mieli – stwierdziła na poważnie Fea. – Einsten i Rosen zaproponowali Drugiemu Światu istnienie czegoś takiego jak Przesmyk, ale nie opracowali modelu utrzymania go w stanie funkcjonalności, tak aby można było bezpiecznie podróżować. Pół wieku później Thorne i Morris doszli do wniosku, że istnieje składnik, który pozwoli na bezpieczne przejście przez tunel. Nie zdołali jedynie owego składnika odnaleźć, ale i tak w Kemen spowodowało to straszliwą trwogę.
– Wśród ekspansjonistów.
– Nie tylko. Wszyscy obawiali się, co będzie, jeśli Drudzy w końcu odkryją Przesmyk i przejdą na drugą stronę. Nowa sytuacja przyczyniła się do zawarcia pokoju między ekspansami, a izolami i wspólnym kontrolowaniu Przesmyku.
– Thorne i Morris powinni dostać Nobla… pokojowego – Jonasz tylko trochę zażartował.
– Niestety, pokój nie przetrwał zbyt długo – przypomniała Fea. – Później odkryłeś lemniskaty i zrobiłeś kolejny mały krok dla ludzkości.
– I na tym koniec – uśmiechnął się w zadumie.
– Wcale nie – szybko zaprotestowała Fea. – Zrobiłeś jeszcze jeden krok. Dla obu ludzkości. Wiem, że to brzmi patetycznie i wazeliniarsko, ale tak to wygląda.
– Przyjmijmy, że wspólnie uczyniliśmy ten krok – chciał mieć chociaż w tym przypadku ostatnie zdanie i zmienił temat.
– Na Ziemi panuje przekonanie, że jeśli istnieje gdzieś jeszcze inteligentne życie, wszystko jedno w naszym, czy innym wszechświecie, to wygląda zupełnie inaczej, jest oparte na innych procesach fizycznych i chemicznych. Zakładamy, że inne istoty mogą nie przypominać nas pod żadnym względem, ponieważ zupełnie czym innym oddychają i odżywiają się. Są zbudowane z innych pierwiastków, być może całkowicie nieznanych. Tymczasem my i wy należymy do tego samego gatunku. Poza poziomem rozwoju technologicznego nic nas nie różni. Mamy podobne skłonności i namiętności. Toczymy wojny, kochamy się. Być może w jeszcze innych wymiarach wszystko wygląda inaczej.
– Niekoniecznie – zieleń źrenic Fei zaiskrzyła. – Jeśli wszystkie wszechświaty stanowią jeden wielki multi wszechświat, to każdy nowy wymiar wyrasta z już istniejącego, który z kolei powstał z jeszcze wcześniejszego, a wszystkie mają wspólnego przodka zwanego prawszechświatem lub wszechświatem pierwotnym, to oznacza wspólne pochodzenie, które określa kształt i charakter wszystkiego, co znajduje się w każdym z wszechświatów, włączając w to planety i formy życia. Pochodząc od tego samego wszechświata prarodzica, jesteśmy podobni jak rodzeństwo.
– Ta teoria wyjaśnia dodatkowo, dlaczego Wielki Wybuch w jednym z wszechświatów spowodował takie perturbacje w naszych – zgodził się Jonasz. – Jesteśmy jak gałęzie drzewa. Wyrastamy z jednego pnia. Na przykład Wielki Wybuch, z którego powstał mój wszechświat, mógł być właśnie takim pączkowaniem z innego wszechświata. Kto wie, czy nie z Kemen. Jesteście przecież bardzie zaawansowani.
– Rozwój technologiczny nie ma w tym przypadku nic do rzeczy – oceniła Fea. – Równie dobrze Kemen mogło zakwitnąć z twojego uniwersum.

(..)