niedziela, 2 czerwca 2013

Czy on znowu się pojawi?

Ścieżka wśród wysokich traw była tak wąska, że cała trójka musiała iść gęsiego. Na czele podążał Ugryź z nosem przy ziemi. Mały, brzydki kundel o sierści koloru musztardy był niczym kompas dla dwóch wiecznie pijanych meneli w średnim wieku, którzy często mieli problem z orientacją w terenie, szczególnie w środku nocy. Poza tym Czesiek i Wiesiek musieli skoncentrować się na bezpiecznym transporcie tego, co znaleźli po całodniowym przeszukiwaniu osiedlowych śmietników. Rozklekotany wózek skrzypiał niemiłosiernie, wyładowany do granic możliwości przedmiotami z plastiku, różnych rodzajów metalu oraz tego, co nie zostało skonsumowane przez sytych. 
Byli już blisko swojego koczowiska, kiedy Ugryź stanął jak wryty, postawił uszy i zaczął głośno warczeć, by za moment przejść w ostre szczekanie. Mężczyźni nie zwrócili większej uwagi na zachowanie czworonoga. Spotykali już w tym miejscu zboczeńców, kopulujące pary, podpitych studentów oraz swoich kompanów w niedoli. Wszystkich intruzów potrafili skutecznie przegonić. Pies po chwili niepewności zanurzył się w trawie, nie przestając ujadać.
- Wyczuł, kurwa, jakieś zwierzę – splunął Czesiek. – Pewnie kota.
- Ugryź, do nogi! – wrzasnął Wiesiek. – Zara go zgubimy – dodał ciszej, pociągając nosem. 
Niewielki pies rzeczywiście mógł łatwo zniknąć w otaczającej ich scenerii dziko rosnących traw i krzewów, nawet w słoneczny dzień, a co dopiero, gdy panują czarne mroki, lekko tylko rozjaśniane przez trzy czwarte księżyca. 
Aż trudno było uwierzyć, że znajdowali się w środku dużego miasta. Teren, nazywany Łaciną, był ostatnim miejscem w centrum Poznania, którego praktycznie nie dotknęła cywilizacja. Jego granice przylegały do wiecznie zakorkowanego Ronda Rataje i wielkich blokowisk. Wkrótce miało się to skończyć. Cały obszar został przeznaczony na osiedle i galerię handlową, ale póki co, pustkowie służyło jeszcze takim jak Czesiek, Wiesiek i Ugryź.
Szczekanie umilkło, ale narastający szelest deptanej trawy sygnalizował, że pies wraca. Po chwili na ścieżkę wyskoczył Ugryź, cały i zdrowy, ale jakoś dziwnie zdezorientowany. Zamiast ruszyć dalej, wszedł pod wózek, położył się, zwinął w kłębek i zakrył pysk ogonem 
- Ugryź, prowadź! – rozkazał Wiesiek.
- Co on taki wystraszony? – Czesiek spojrzał w kierunku, z którego wrócił Ugryź. 
Odpowiedź nadeszła szybciej, niż się spodziewali. 

Ścieżka wśród wysokich traw była tak wąska, że cała trójka musiała iść gęsiego. Na czele podążał Ugryź z nosem przy ziemi. Mały, brzydki kundel o sierści koloru musztardy był niczym kompas dla dwóch wiecznie pijanych meneli w średnim wieku, którzy często mieli problem z orientacją w terenie, szczególnie w środku nocy. Poza tym Czesiek i Wiesiek musieli skoncentrować się na bezpiecznym transporcie tego, co znaleźli po całodniowym przeszukiwaniu osiedlowych śmietników. Rozklekotany wózek skrzypiał niemiłosiernie, wyładowany do granic możliwości przedmiotami z plastiku, różnych rodzajów metalu oraz tego, co nie zostało skonsumowane przez sytych. 
Byli już blisko swojego koczowiska, kiedy Ugryź stanął jak wryty, postawił uszy i zaczął głośno warczeć, by za moment przejść w ostre szczekanie. Mężczyźni nie zwrócili większej uwagi na zachowanie czworonoga. Spotykali już w tym miejscu zboczeńców, kopulujące pary, podpitych studentów oraz swoich kompanów w niedoli. Wszystkich intruzów potrafili skutecznie przegonić. Pies po chwili niepewności zanurzył się w trawie, nie przestając ujadać.
- Wyczuł, kurwa, jakieś zwierzę – splunął Czesiek. – Pewnie kota.
- Ugryź, do nogi! – wrzasnął Wiesiek. – Zara go zgubimy – dodał ciszej, pociągając nosem. 
Niewielki pies rzeczywiście mógł łatwo zniknąć w otaczającej ich scenerii dziko rosnących traw i krzewów, nawet w słoneczny dzień, a co dopiero, gdy panują czarne mroki, lekko tylko rozjaśniane przez trzy czwarte księżyca. 
Aż trudno było uwierzyć, że znajdowali się w środku dużego miasta. Teren, nazywany Łaciną, był ostatnim miejscem w centrum Poznania, którego praktycznie nie dotknęła cywilizacja. Jego granice przylegały do wiecznie zakorkowanego Ronda Rataje i wielkich blokowisk. Wkrótce miało się to skończyć. Cały obszar został przeznaczony na osiedle i galerię handlową, ale póki co, pustkowie służyło jeszcze takim jak Czesiek, Wiesiek i Ugryź.
Szczekanie umilkło, ale narastający szelest deptanej trawy sygnalizował, że pies wraca. Po chwili na ścieżkę wyskoczył Ugryź, cały i zdrowy, ale jakoś dziwnie zdezorientowany. Zamiast ruszyć dalej, wszedł pod wózek, położył się, zwinął w kłębek i zakrył pysk ogonem 
- Ugryź, prowadź! – rozkazał Wiesiek.
- Co on taki wystraszony? – Czesiek spojrzał w kierunku, z którego wrócił Ugryź. 
Odpowiedź nadeszła szybciej, niż się spodziewali. 

*

Komisarz Karolina Gehl dokładni obejrzała znalezione zwłoki oraz miejsce zbrodni. Wczesnym rankiem dwóch bezdomnych znalazł jeden z ich kolegów „po fachu”. Najpierw zauważył siedzącego nieruchomo psa. Na widok leżących bezwładnie ciał z odciętymi głowami kolega zwymiotował, a następnie pobiegł prosto na komisariat. Bezdomni zginęli zaledwie sto metrów od ich koczowiska, czyli rozłożystego, samotnego drzewa i kilku krzaków. Idealna letnia rezydencja.
- Widziałem już zamordowanych bezdomnych – technik policyjny złożył komisarz Gehl wstępny raport – ale po raz pierwszy w taki sposób. Bardzo precyzyjna dekapitacja. Jedno cięcie zakrzywionym narzędziem. Specjalista z najwyższej półki.
- Czyli możemy wykluczyć tego, który ich odnalazł – skwitowała Gehl.
- Morderstwa dokonał ktoś o bardzo wysokim wzroście i sporej sile – tłumaczył technik. – Ich kumpel ma metr pięćdziesiąt w kapeluszu i z trudem utrzymuje butelkę z winem. 
Stali na ścieżce, dokładnie w miejscu, gdzie znaleziono Czesława i Wiesława. Wokół było już posprzątane. Teren zabezpieczono, ciała zabrano do policyjnego laboratorium, a Ugryź trafił do schroniska. 
- Szkoda, że prawdopodobnie jedyny świadek nic nam nie powie – westchnęła Gehl.
Niestety technik nie miał dla niej niczego na pocieszenie.
- Nie znaleźliśmy żadnych śladów, które mogłyby nas jakoś ukierunkować. W wózku typowe fanty bezdomnych. Nawet nie ruszone. Ktoś naprawdę zadbał, żeby to była czysta robota. 
- Zawodowiec morduje dwóch kloszardów. – Komisarz Gehl pokręciła głową. – Po co?
- Może w ramach treningu – stwierdził z całkowitą powagą technik – albo mamy do czynienia z psycholem robiącym to dla zabawy. Odezwę się, kiedy dokładnie ich przebadam.
Gehl wróciła do Komendy Miejskiej przy ulicy Szylinga. Poleciła rzecznikowi prasowemu wydanie stosownego komunikatu dla mediów, bardzo lakonicznego w swojej treści. Makabryczność zbrodni była doskonałą okazją dla tabloidów do stworzenia wizji psychopaty biegającego po Poznaniu i odcinającego ludziom głowy. Stąd już tylko krok do psychozy, która zawsze komplikuje śledztwo. Nie mogła pozwolić na żadne kompromitujące sytuacje. Ciężko pracowała na swoją obecną pozycję. Atrakcyjna, czterdziestoletnia brunetka miała bardzo wysokie notowania w poznańskiej policji.
Po południu zadzwonił technik. Oznajmił, że po dokładniejszym zbadaniu zwłok w zasadzie niewiele ma do dodania. Stwierdził jedynie, że narzędzie, którym odcięto głowy, było zardzewiałe. Problem w tym, że czymś takim trudno jest jednym cięciem skrócić dorosłego człowieka o głowę.
- Jak to wytłumaczyć? – spytała Karolina.
- Nie wiem – przyznał technik. – To musiał być naprawdę super siłacz. Tym bardziej… - zawahał się.
- Tak? – zachęciła go.
- Biorąc pod uwagę miejsca, w których stali w chwili śmierci, i przebieg cięcia, wygląda to tak, jakby morderca ściął ich za jednym razem.
- Dwie głowy? – upewniła się. 
- No tak – potwierdził – ale to już w ogóle wydaje się niemożliwe – dodał zaraz. – Tak chyba potrafili tylko samuraje i Podbipięta – starał się zażartować.
Podziękowała, przy okazji poprawiając technika, że niejaki Podbipięta miał na swoim koncie trzy głowy, i poprosiła, żeby jutro rano raport z sekcji trafił na jej biurko. Odkładając słuchawkę, westchnęła, ciesząc się, że rozmowy nie słyszeli dziennikarze. Wyobraziła sobie pierwsze strony gazet donoszące, że policja wytypowała już podejrzanych – samuraja i Podbipiętę. To byłby hit sezonu ogórkowego. 
Rozmyślania przerwał telefon. Policjantka dyżurująca w holu komendy poinformowała, że przyszedł człowiek w sprawie morderstwa bezdomnych. Gehl poleciła natychmiast przyprowadzić go na jej piętro, po wcześniejszym sprawdzeniu wykrywaczem metali. Wezwała swojego współpracownika Mariusz Klonowskiego i zapytała, czy poprowadzi z nią tę sprawę.
- Chyba nie mam wyjścia, Karolino – lubił się z nią trochę podroczyć. Znali się jak przysłowiowe „łyse konie”. – A przy okazji przekazuję serdeczne pozdrowienia od mojej żony.
- Dziękuję. Co u Moniki?
- W porządku. Pyta, kiedy wybierzesz się z nią na kawę.
- Powiedz jej, że niedługo, ale najpierw udam się z tobą na rozmowę z gościem, który podobno coś wie.
Niespodziewany gość, który podobno coś wiedział, czekał już w pokoju przesłuchań. Wysoki, w średnim wieku, ubrany skromnie w jasną koszulę i czarne spodnie. Przyprószone siwizną włosy zaczesane były na bok. 
- Marcin Proboszcz – przedstawił się, a Gehl poprosiła, żeby usiadł. Razem z Klonowskim zajęli miejsce po drugiej stronie małego stołu.
- Co ma pan nam do powiedzenia? – komisarz oparła splecione dłonie o blat.
- Jestem proboszczem parafii pod wezwaniem św. Rocha. – Widząc miny dwojga śledczych, uśmiechnął się krzywo. – Wiem, jak to brzmi. Ludzie zawsze reagują śmiechem albo pukają się w czoło, ale ja naprawdę nazywam się Proboszcz i jestem proboszczem. 
- Znam faceta o nazwisku Prymas – oznajmił Klonowski - ale on nie jest prymasem. 
- Przejdźmy do rzeczy. – Gehl zmierzyła współpracownika spojrzeniem przywołującym do porządku. – Pańska… przepraszam, księdza parafia jest położona najbliżej Łaciny.
- Po drugiej stronie ulicy – uściślił.
- Co księdzu wiadomo w sprawie morderstwa? 
Proboszcz opowiedział, jak podczas dyżuru w biurze parafialnym odwiedził go młody człowiek, który usłyszał w radiu o zamordowaniu dwóch bezdomnych. Twierdził, że już od dawna spodziewał się złych wydarzeń na Łacinie. Według jego słów ma tam grasować demon ukryty w ludzkim ciele, który czasem przybiera postać pół człowieka, pół psa. Demon, zwany Płonnikiem, w okresie oktawy Bożego Ciała wykrada zboże z niezżętych jeszcze kłosów. Zdolność tę miał posiąść, paktując z diabłem. Posługuje się wielkim sierpem, którym wśród łanów zbóż wycina wąską ścieżkę, znacząc w ten sposób obszar, który sobie upatrzył. Zboża na tak oznaczonym polu nie wydadzą plonów, a ziarna trafią do Płonnika. Co prawda, na Łacinie od dawna już niczego nie uprawiano, ale nieznajomy utrzymywał, że tym razem demon przybył, aby mścić się na ludziach. Dlatego zginęli bezdomni, którzy przypadkowo na niego trafili. Morderstwa mogą się powtarzać, a jedynym sposobem, aby powstrzymać demona, jest zatknięcie w ziemi poświęconych w kościele gałązek. 
- Wyciągnął z małego plecaka dwie zasuszone gałązki i domagał się, żebym je poświęcił – kończył swoją opowieść Proboszcz. – Kiedy odmówiłem, bardzo się zdenerwował. Krzyczał, że będę odpowiedzialny za kolejne tragedie, i wybiegł z biura parafialnego. Odczekałem jeszcze chwilę, żeby ochłonąć, a potem wyszedłem na zewnątrz. Ostrożnie obszedłem dookoła cały kościół, ale nie było po nim śladu. Zajrzałem do kościoła i zobaczyłem, jak zanurza gałązki w chrzcielnicy. Zacząłem krzyczeć, a on szybko uciekł. To musi być niezły wariat, ale ponieważ mówił o morderstwie, zdecydowałem, że przyjdę do państwa i o wszystkim opowiem.
- Bardzo dobrze ksiądz zrobił. – Gehl nabrała głębszego wdechu. – Proszę nam pomóc w sporządzeniu portretu pamięciowego tego człowieka. Rozumiem, że nie raczył się przedstawić.
- Przeciwnie. Mówił, że nazywa się Roman Mietkowski.
Po zakończeniu rozmowy policjanci wrócili do pokoju Gehl i zaczęli zastanawiać się nad tym, co usłyszeli od proboszcza.
- Moim zdaniem świr. – Ocena Klonowskiego nie pozostawiała marginesu na spekulacje.
- Zgadzam się tobą, ale czy świr nie może popełnić morderstwa? – zapytała ostrożnie Karolina. 
- Co proponujesz?
- Na początek sprawdźmy, czy on rzeczywiście tak się nazywa.
Usiadła przy komputerze i wpisała w wyszukiwarkę nazwisko wymienione przez księdza. Okazało się, że Roman Mietkowski ma swojego bloga. Jego zawartość wskazywała, że był to ten sam osobnik, który odwiedził proboszcza. Wszystkie wpisy poświęcone zostały stworom ze słowiańskiej mitologii. Na blogu roiło się od nazw demonów, strzyg, czarownic i upiorów. Autor najwięcej miejsca poświęcił Płonnikowi. 
Wiedza Mietkowskiego była jednak znacznie bardziej pogłębiona i nie opierała się jedynie na ludowych przekazach. Powołując się na odnalezioną kronikę parafialną z początku XIX wieku, opisywał historię ujęcia człowieka, którego podejrzewano, że jako Płonnik działa na terenie dzisiejszej Łaciny. W tamtych czasach obszar nie należał do miasta. Rozciągały się na nim pola i łąki. Nie wiadomo, w jaki sposób miejscowej ludności udało się odkryć, że jeden z ich sąsiadów wszedł w spółkę z siłami nieczystymi. Pewnego dnia człowiek ów został otoczony przez chłopów z widłami. Zamierzali wypędzić go ze wsi, ale on poderżnął sobie gardło dużym sierpem. Zanim to jednak zrobił, oznajmił, że jego duch nie zginie i powróci za dwieście lat, a wtedy zemści się na ludziach. 
- Gość ma fantazję – uśmiechnął się Klonowski. – Napisał coś o sobie?
- Niewiele. Ukończył etnologię na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, a później został zatrudniony na uczelni. – Gehl wróciła znowu do treści bloga. – Ostatni wpis pochodzi z poniedziałku.
- Z wczoraj?
- Tak. Kilkanaście godzin przed morderstwem. Posłuchaj, co napisał.

Płonnik oznaczył teren. Wkrótce pewnie zaatakuje. Straciłem jedyną poszlakę świadczącą o jego istnieniu i zamiarach. Jestem pewien, że on to sprawił. Zresztą nawet gdybym pokazał kronikę na uczelni, i tak by mi nie uwierzyli. Nikt mi nie wierzy, ale wkrótce wszyscy się przekonają.

Gehl stwierdziła, że Mietkowskiemu trzeba się lepiej przyjrzeć. 
- Być może wydaje mu się, że jest tym demonem – wyjaśniła. – Postaraj się dowiedzieć, gdzie facet mieszka, a ja uderzę na uczelnię. 

*

W Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM dobrze znano Mietkowskiego. Na punkcie Płonnika miał prawdziwą obsesję. Pisał o nim w artykułach i pracach naukowych, które uczelnia odrzucała, nie chcąc narazić się na kompromitację. Próbował potwierdzić swoje teorie, powołując się, na kronikę parafialną z 1811 roku, w której zapisano historię schwytania i śmierci człowieka uważanego za Płonnika. 
- Zaproponowaliśmy Romkowi, żeby przyniósł tę kronikę, to zbadamy jej autentyczność – tłumaczył doktorant, który pracował z Mietkowskim. – Wczoraj miał dostarczyć eksponat. Nie zjawił się. Zadzwonił i opowiadał mocno roztrzęsionym głosem, że skradziono mu kronikę. Podobno na ulicy podjechał do niego ktoś na skuterze i wyrwał mu ją spod pachy. Przekonywaliśmy go, żeby zgłosił sprawę policji, ale odpowiedział, że to nic nie da. 
- A sam dokument? – interesowała się Gehl. – W jaki sposób Mietkowski wszedł w jego posiadanie? 
- Twierdził, że otrzymał w prezencie od nieżyjącego już sąsiada, który nie miał jej komu zostawić. Księga miała zostać uratowana w pożarze wiejskiego kościoła pod koniec XIX wieku. Od tej pory była przekazywana z pokolenia na pokolenie w rodzinie sąsiada. – Doktorant rozłożył ręce. – Taki dokument, nawet jeśli istnieje, nie jest dowodem na to, że po świecie chodzą demony czy inne siły nadprzyrodzone. Nie na tym polega etnologia.
- Domyśla się pan, gdzie może teraz być Roman?
- Nie mam pojęcia. Poprosił o tygodniowy urlop. Czy on narobił sobie problemów?
Zanim zdążyła zastanowić się nad odpowiedzią, zadzwonił Klonowski, prosząc o szybkie załatwienie pozwolenia wejścia do mieszkania Mietkowskiego. 
- Formalnie Mietkowski jest zameldowany u rodziców na Starym Mieście – relacjonował Klonowski – ale dwa tygodnie temu wyprowadził się od nich. Zamieszkał w ciekawym miejscu. Kojarzysz nowy wieżowiec przy Rondzie Rataje?
- Ten obok stacji benzynowej i dworca autobusowego?
- Dokładnie. A co znajduje się po drugiej stronie ulicy?
- Osiedla mieszkaniowe.
- A w kierunku wschodnim?
- O cholera! 
- Wieżowiec ma dwanaście pięter. On wynajął mieszkanie na jedenastym. Ma piękny widok na całą Łacinę – podsumował zadowolony z siebie Klonowski.
Za pół godziny Karolina Gehl była w wieżowcu z odpowiednim zezwoleniem i dwoma funkcjonariuszami. Trzydziestometrową kawalerkę z aneksem kuchennym urządzono bardzo skromnie. Tapczan, szafka, jedno krzesło, w małej lodówce serek topiony i napoczęty sok. Jedynym przedmiotem burzącym ascetyczny wizerunek był teleskop stojący przy oknie. Brakowało dwóch najważniejszych elementów. Lokatora i narzędzia zbrodni. 
- Karolino, czy możesz tu podejść!? – zawołał Klonowski patrząc przez lunetę.
- To chyba on – ucieszyła się, zerkając przez teleskop. Wśród wysokich traw Łaciny szedł jakiś mężczyzna z podręcznym plecakiem. – Odwiedza miejsce zbrodni. Wyjdziemy mu na spotkanie.
Wchodząc na teren Łaciny, rozdzielili się, żeby otoczyć Mietkowskiego. Gehl razem z jednym policjantem skradała się pochylona w trawie. Gdzieś z drugiej strony przedzierał się Klonowski z drugim funkcjonariuszem. Karolina zbliżyła się do samotnie rosnącego drzewa. Wtedy usłyszała przeraźliwy krzyk. Razem z towarzyszącym jej policjantem zaczęła biec z całych sił. Rozległ się kolejny krzyk. Wiedziała, że jest już blisko. Dopadła wreszcie wąskiej ścieżki, na której popełniono morderstwo, i zamarła. Ciała Klonowskiego i drugiego policjanta leżały jedno na drugim, a tuż obok ich głowy. Nad zabitymi stał mężczyzna trzymający w ręku zakrwawiony sierp. Karolina, z trudem opanowując drżenie na całym ciele, wycelowała w niego pistolet. Mietkowski upuścił sierp i uniósł ręce w górę.
- Ja tego nie zrobiłem – wyjąkał.
- Zamknij się gnoju! – wrzasnęła komisarz i osobiście zakuła go w kajdanki, zaciskając je najmocniej, jak się dało.

*

Po uroczystościach pogrzebowych szef poznańskiej policji zaprosił komisarz Gehl do swojego gabinetu. Zaproponował, żeby udała się na dłuższy urlop. Przekonywał, że to się jej należy, a nawet jest bardzo wskazane.
- Czym sobie zasłużyłam? – Wzruszyła ramionami. – Zginęło dwóch policjantów, za których odpowiadałam.
- Ujęłaś niebezpiecznego psychopatę – przypomniał komendant. – Prokurator postawił mu już zarzut zabójstwa czterech osób. 
- Mietkowski nie przyznaje się.
- To nie ma znaczenia. Dowody są aż nadto oczywiste. Jedyne, czego uczepi się obrona, to próba uznania go za niepoczytalnego, ale ja do tego nie dopuszczę. – Komendant zacisnął zęby. – Załatwił dwóch naszych.
- Nadal nie potrafię zrozumieć, jak ktoś uzbrojony tylko w sierp, mógł zabić dwóch policjantów z bronią – Gehl po raz nie wiadomo który w ciągu ostatnich kilku dni zadała to pytanie. 
- Błagam cię, Karolino, nie rozpamiętuj już tego, bo zwariujesz. – Spojrzał na nią ze współczuciem. – Musisz wrócić do równowagi. Jesteś silna. Dasz radę.
Podziękowała szefowi i pojechała do swojego mieszkania, żeby pobyć trochę w czterech ścianach. W pracy rzeczywiście trudno było jej wytrzymać. Wszystko przypominało jej o Klonowskim. 
Ledwie jednak zamknęła za sobą drzwi i usadowiła się na sofie, rozległ się dzwonek domofonu. Żona, a właściwie już wdowa po Klonowskim. Były dobrymi koleżankami, ale od śmierci męża Monika się z nią nie kontaktowała.
- Przepraszam, że tak bez zapowiedzi, ale musiałam się z tobą zobaczyć.
Widok jej smutnej twarzy chwytał ze serce. Karolina zaprosiła ją do pokoju. 
- Jeżeli mogę ci w czymś pomóc… - zaczęła, ale Monika szybko jej przerwała.
- Wybacz, że nie odzywałam się tak długo. Chcę, żebyś wiedziała, że nikogo z policji nie obwiniam za śmierć Mariusza, a zwłaszcza nie ciebie.
- Dziękuję. To dla mnie bardzo ważne.
- Chciałam o coś zapytać. – Monika mocno zaciskała dłonie. – Pracowałaś z nim. Czy Mariusz miał kogoś? To znaczy inną kobietę.
- Skąd ci to przyszło do głowy? – mogła spodziewać się każdego pytania, ale nie tego.
- On był ostatnio jakiś inny. Unikał mnie. Przestał ze mną sypiać. Spędzał noc w drugim pokoju na kanapie. – Monika otarła łzy. – Wiem, że to nie mogłaś być ty. Po prostu cię znam. Boże, co ja wygaduję. – Wyjęła chusteczkę.
Karolina nalała jej szklankę wody. Sobie też.
- Od kiedy zaczął się tak zachowywać?
- Parę dni przed śmiercią. A ostatnią noc spędził poza domem. Oświadczył, że ma nagłe wezwanie. Wrócił nad ranem. Wystraszyłam się, bo na twarzy miał ślady krwi. Szybko je zmył. To nie była jego krew. Pytałam, co się stało, ale nie chciał ze mną rozmawiać. Zjadł śniadanie i znowu wyszedł. Czy on naprawdę miał jakąś nocną akcję?
- W tej chwili nie pamiętam. – Karolina przyłożyła dłoń do skroni. Doskonale wiedziała, że tamtej nocy Mariusz nie był nigdzie wzywany.
- Dzisiaj dowiedziałam się, że wynajął mieszkanie – ciągnęła Monika. – Właściciel zobaczył jego zdjęcie w gazecie. Sporo o tym pisano. Skontaktował się ze mną i zwrócił zaliczkę, którą wpłacił Mariusz. Dobrze, że można jeszcze spotkać takich ludzi. Zgodził się też, żebym na chwilę zajrzała do tego mieszkania. To była mała kawalerka. Nie zdążył jej nawet umeblować. Puste ściany, jakby nikt tam nie mieszkał. Jest jeszcze jedna rzecz – nie mogła powstrzymać potoku słów. – Mariusz kupił sobie skuter. Trzymał go w podziemnym garażu w tym bloku. Skutery nigdy go nie interesowały.
- Gdzie wynajął mieszkanie? – zapytała Karolina i wypiła łyk wody.
- W tym nowym wieżowcu, przy Rondzie Rataje. 
- Pamiętasz numer mieszkania? 
- Tak się składa, że zapamiętałam. – Monika pociągnęła nosem. – Mieszkanie 127. Na ostatnim piętrze.
Karolina omal nie upuściła szklanki. Ostatnie piętro dokładnie nad mieszkaniem Mietkowskiego. Z widokiem na Łacinę.
- Wiesz, co było najdziwniejsze? – Monika nie skończyła jeszcze festiwalu rewelacji. – W tym pustym mieszkaniu na środku pokoju stało metalowe wiadro. Były w nim resztki spalonych kartek papieru i to – sięgnęła do torby, którą cały czas trzymała przy sobie. Wyjęła z niej ciemnobrązową, skórzaną oprawę po książce, z której ktoś wyrwał wszystkie kartki. Chociaż skóra lekko się nadpaliła, na grzbiecie bez problemu można dało się odczytać, że była to kiedyś kronika parafialna z 1811 roku. – Nic już z tego nie rozumiem – pokręciła głową. 
Karolina rozumiała coraz więcej, chociaż jej racjonalistyczny umysł bronił się przed taką interpretacją. Chwyciła Monikę za rękę.
- Możesz być pewna, że Mariusz bardzo cię kochał i nigdy by ciebie nie zdradził. – Tego była absolutnie pewna. – Prawdopodobnie przeszedł jakieś załamanie. Gliniarzom to się zdarza. Taka praca. Mariusz został dzisiaj pochowany z honorami. Pamiętamy go jako dobrego policjanta i wspaniałego człowieka. Niech tak zostanie. Rozumiesz?
Monika pokiwała głową i z całych sił objęła Karolinę. 
- Mam do ciebie prośbę i nie przyjmę odmowy. – Postarała się o uśmiech. – Chcę, żebyś zaopiekowała się skuterem po Mariuszu. Ja się na tym nie znam. 
- Niech będzie – zgodziła się Karolina.
Monika została jeszcze chwilę, żeby ochłonąć, a kiedy wyszła, Gehl wyjęła z szuflady biurka kopię zeznań Mietkowskiego i zaczęła z uwagą czytać tekst, który kilka dni temu tylko pobieżnie przejrzała. 

Udałem się na Łacinę, żeby zatknąć poświęcone gałązki na ziemi, którą opanował Płonnik. To jedyny sposób na powstrzymanie demona. W przeciwnym razie byłby aktywny przez resztę oktawy Bożego Ciała. To raptem kilka dni, ale kto wie, ilu ludzi mógł jeszcze zabić. Przyszedł się zemścić za to, co spotkało go dwieście lat temu. Tym razem nie zamierzał wycinać zboża, którego na Ławicy i tak od dawna już nie ma. Przewidziałem, kiedy nastąpi jego aktywność. Próbowałem o tym mówić, ale nikt mnie nie słuchał. Musiałem sam temu zapobiec. Przyszedłem z gałązkami, które poświęciłem w kościele. Gdy byłem już na miejscu zbrodni, nadeszło dwóch policjantów, przedstawili się i zapytali, co tu robię. Próbowałem wytłumaczyć, a wtedy ten ubrany po cywilnemu, który przedstawił się jako Mariusz Klonowski, wydał z siebie krzyk i na moich oczach zmienił się w pół człowieka, pół psa. Jedna z jego rąk nadal przypominała ludzką i bardzo się wydłużyła. Trzymał w niej duży sierp. Zamachnął się szeroko i odciął głowę policjantowi w mundurze. Następnie skierował się w moją stronę. Sięgnąłem błyskawicznie do plecaka, wyjąłem z niego gałązki i wbiłem w ziemię. Płonnik zatrzymał się i znowu przeraźliwie ryknął. Zaczął się jakby rozdwajać. Wyłoniła się z niego postać policjanta, bezwładna, chwiejąca się. Płonnik odciął mu głowę, zanim ten zdążył upaść. Potem demon stał, przez chwilę mierząc mnie nienawistnym wzrokiem, a następnie rozpłynął się w powietrzu. Zrozumiałem, że udało się go pozbyć. Niestety, odchodząc, zdążył jeszcze zabić człowieka, którego ciałem zawładnął. Kiedy po demonie nie pozostał już żaden ślad, z przerażeniem zauważyłem, że trzymam w ręku jego sierp. W tym samym momencie pojawiła się policjantka. Płonnik zemścił się na mnie. Odpowiem teraz za jego zbrodnie. 
PS. Cały czas mam wrażenie, jakbym już gdzieś widział tego policjanta. Tego Klonowskiego.

*

Następnego dnia, bardzo wczesnym rankiem Karolina złożyła wizytę właścicielowi, od którego Mariusz wynajął mieszkanie. Poinformowała, że podkomisarz Klonowski wykonywał tajne zadanie, do którego potrzebne było mieszkanie operacyjne.
- Proszę zachować ten fakt w absolutnej tajemnicy. Ten człowiek nigdy tutaj nie mieszkał. Nigdy go pan nie spotkał. Jego żony również. Rozumiemy się? – zmierzyła właściciela surowym wzrokiem.
- Oczywiście – zapewnił przejęty mężczyzna.
Następnie wzięła skuter Klonowskiego i pojechała nad Jezioro Kierskie, leżące na granicy miasta. Znalazła najbardziej odludne miejsce, rozejrzała się uważnie dookoła i wepchnęła maszynę do wody. Wcześniej do małego bagażnika włożyła oprawę po kronice parafialnej. Przez chwilę pomyślała o Mietkowskim. Jemu nie mogła już pomóc.

*
Ścieżka wśród wysokich traw była tak wąska, że cała trójka musiała iść gęsiego. Na czele podążał Ugryź z nosem przy ziemi. Mały, brzydki kundel o sierści koloru musztardy był niczym kompas dla dwóch wiecznie pijanych meneli w średnim wieku, którzy często mieli problem z orientacją w terenie, szczególnie w środku nocy. Poza tym Czesiek i Wiesiek musieli skoncentrować się na bezpiecznym transporcie tego, co znaleźli po całodniowym przeszukiwaniu osiedlowych śmietników. Rozklekotany wózek skrzypiał niemiłosiernie, wyładowany do granic możliwości przedmiotami z plastiku, różnych rodzajów metalu oraz tego, co nie zostało skonsumowane przez sytych. 
Byli już blisko swojego koczowiska, kiedy Ugryź stanął jak wryty, postawił uszy i zaczął głośno warczeć, by za moment przejść w ostre szczekanie. Mężczyźni nie zwrócili większej uwagi na zachowanie czworonoga. Spotykali już w tym miejscu zboczeńców, kopulujące pary, podpitych studentów oraz swoich kompanów w niedoli. Wszystkich intruzów potrafili skutecznie przegonić. Pies po chwili niepewności zanurzył się w trawie, nie przestając ujadać.
- Wyczuł, kurwa, jakieś zwierzę – splunął Czesiek. – Pewnie kota.
- Ugryź, do nogi! – wrzasnął Wiesiek. – Zara go zgubimy – dodał ciszej, pociągając nosem. 
Niewielki pies rzeczywiście mógł łatwo zniknąć w otaczającej ich scenerii dziko rosnących traw i krzewów, nawet w słoneczny dzień, a co dopiero, gdy panują czarne mroki, lekko tylko rozjaśniane przez trzy czwarte księżyca. 
Aż trudno było uwierzyć, że znajdowali się w środku dużego miasta. Teren, nazywany Łaciną, był ostatnim miejscem w centrum Poznania, którego praktycznie nie dotknęła cywilizacja. Jego granice przylegały do wiecznie zakorkowanego Ronda Rataje i wielkich blokowisk. Wkrótce miało się to skończyć. Cały obszar został przeznaczony na osiedle i galerię handlową, ale póki co, pustkowie służyło jeszcze takim jak Czesiek, Wiesiek i Ugryź.
Szczekanie umilkło, ale narastający szelest deptanej trawy sygnalizował, że pies wraca. Po chwili na ścieżkę wyskoczył Ugryź, cały i zdrowy, ale jakoś dziwnie zdezorientowany. Zamiast ruszyć dalej, wszedł pod wózek, położył się, zwinął w kłębek i zakrył pysk ogonem 
- Ugryź, prowadź! – rozkazał Wiesiek.
- Co on taki wystraszony? – Czesiek spojrzał w kierunku, z którego wrócił Ugryź. 
Odpowiedź nadeszła szybciej, niż się spodziewali. 

Ścieżka wśród wysokich traw była tak wąska, że cała trójka musiała iść gęsiego. Na czele podążał Ugryź z nosem przy ziemi. Mały, brzydki kundel o sierści koloru musztardy był niczym kompas dla dwóch wiecznie pijanych meneli w średnim wieku, którzy często mieli problem z orientacją w terenie, szczególnie w środku nocy. Poza tym Czesiek i Wiesiek musieli skoncentrować się na bezpiecznym transporcie tego, co znaleźli po całodniowym przeszukiwaniu osiedlowych śmietników. Rozklekotany wózek skrzypiał niemiłosiernie, wyładowany do granic możliwości przedmiotami z plastiku, różnych rodzajów metalu oraz tego, co nie zostało skonsumowane przez sytych. 
Byli już blisko swojego koczowiska, kiedy Ugryź stanął jak wryty, postawił uszy i zaczął głośno warczeć, by za moment przejść w ostre szczekanie. Mężczyźni nie zwrócili większej uwagi na zachowanie czworonoga. Spotykali już w tym miejscu zboczeńców, kopulujące pary, podpitych studentów oraz swoich kompanów w niedoli. Wszystkich intruzów potrafili skutecznie przegonić. Pies po chwili niepewności zanurzył się w trawie, nie przestając ujadać.
- Wyczuł, kurwa, jakieś zwierzę – splunął Czesiek. – Pewnie kota.
- Ugryź, do nogi! – wrzasnął Wiesiek. – Zara go zgubimy – dodał ciszej, pociągając nosem. 
Niewielki pies rzeczywiście mógł łatwo zniknąć w otaczającej ich scenerii dziko rosnących traw i krzewów, nawet w słoneczny dzień, a co dopiero, gdy panują czarne mroki, lekko tylko rozjaśniane przez trzy czwarte księżyca. 
Aż trudno było uwierzyć, że znajdowali się w środku dużego miasta. Teren, nazywany Łaciną, był ostatnim miejscem w centrum Poznania, którego praktycznie nie dotknęła cywilizacja. Jego granice przylegały do wiecznie zakorkowanego Ronda Rataje i wielkich blokowisk. Wkrótce miało się to skończyć. Cały obszar został przeznaczony na osiedle i galerię handlową, ale póki co, pustkowie służyło jeszcze takim jak Czesiek, Wiesiek i Ugryź.
Szczekanie umilkło, ale narastający szelest deptanej trawy sygnalizował, że pies wraca. Po chwili na ścieżkę wyskoczył Ugryź, cały i zdrowy, ale jakoś dziwnie zdezorientowany. Zamiast ruszyć dalej, wszedł pod wózek, położył się, zwinął w kłębek i zakrył pysk ogonem 
- Ugryź, prowadź! – rozkazał Wiesiek.
- Co on taki wystraszony? – Czesiek spojrzał w kierunku, z którego wrócił Ugryź. 
Odpowiedź nadeszła szybciej, niż się spodziewali. 

*

Komisarz Karolina Gehl dokładni obejrzała znalezione zwłoki oraz miejsce zbrodni. Wczesnym rankiem dwóch bezdomnych znalazł jeden z ich kolegów „po fachu”. Najpierw zauważył siedzącego nieruchomo psa. Na widok leżących bezwładnie ciał z odciętymi głowami kolega zwymiotował, a następnie pobiegł prosto na komisariat. Bezdomni zginęli zaledwie sto metrów od ich koczowiska, czyli rozłożystego, samotnego drzewa i kilku krzaków. Idealna letnia rezydencja.
- Widziałem już zamordowanych bezdomnych – technik policyjny złożył komisarz Gehl wstępny raport – ale po raz pierwszy w taki sposób. Bardzo precyzyjna dekapitacja. Jedno cięcie zakrzywionym narzędziem. Specjalista z najwyższej półki.
- Czyli możemy wykluczyć tego, który ich odnalazł – skwitowała Gehl.
- Morderstwa dokonał ktoś o bardzo wysokim wzroście i sporej sile – tłumaczył technik. – Ich kumpel ma metr pięćdziesiąt w kapeluszu i z trudem utrzymuje butelkę z winem. 
Stali na ścieżce, dokładnie w miejscu, gdzie znaleziono Czesława i Wiesława. Wokół było już posprzątane. Teren zabezpieczono, ciała zabrano do policyjnego laboratorium, a Ugryź trafił do schroniska. 
- Szkoda, że prawdopodobnie jedyny świadek nic nam nie powie – westchnęła Gehl.
Niestety technik nie miał dla niej niczego na pocieszenie.
- Nie znaleźliśmy żadnych śladów, które mogłyby nas jakoś ukierunkować. W wózku typowe fanty bezdomnych. Nawet nie ruszone. Ktoś naprawdę zadbał, żeby to była czysta robota. 
- Zawodowiec morduje dwóch kloszardów. – Komisarz Gehl pokręciła głową. – Po co?
- Może w ramach treningu – stwierdził z całkowitą powagą technik – albo mamy do czynienia z psycholem robiącym to dla zabawy. Odezwę się, kiedy dokładnie ich przebadam.
Gehl wróciła do Komendy Miejskiej przy ulicy Szylinga. Poleciła rzecznikowi prasowemu wydanie stosownego komunikatu dla mediów, bardzo lakonicznego w swojej treści. Makabryczność zbrodni była doskonałą okazją dla tabloidów do stworzenia wizji psychopaty biegającego po Poznaniu i odcinającego ludziom głowy. Stąd już tylko krok do psychozy, która zawsze komplikuje śledztwo. Nie mogła pozwolić na żadne kompromitujące sytuacje. Ciężko pracowała na swoją obecną pozycję. Atrakcyjna, czterdziestoletnia brunetka miała bardzo wysokie notowania w poznańskiej policji.
Po południu zadzwonił technik. Oznajmił, że po dokładniejszym zbadaniu zwłok w zasadzie niewiele ma do dodania. Stwierdził jedynie, że narzędzie, którym odcięto głowy, było zardzewiałe. Problem w tym, że czymś takim trudno jest jednym cięciem skrócić dorosłego człowieka o głowę.
- Jak to wytłumaczyć? – spytała Karolina.
- Nie wiem – przyznał technik. – To musiał być naprawdę super siłacz. Tym bardziej… - zawahał się.
- Tak? – zachęciła go.
- Biorąc pod uwagę miejsca, w których stali w chwili śmierci, i przebieg cięcia, wygląda to tak, jakby morderca ściął ich za jednym razem.
- Dwie głowy? – upewniła się. 
- No tak – potwierdził – ale to już w ogóle wydaje się niemożliwe – dodał zaraz. – Tak chyba potrafili tylko samuraje i Podbipięta – starał się zażartować.
Podziękowała, przy okazji poprawiając technika, że niejaki Podbipięta miał na swoim koncie trzy głowy, i poprosiła, żeby jutro rano raport z sekcji trafił na jej biurko. Odkładając słuchawkę, westchnęła, ciesząc się, że rozmowy nie słyszeli dziennikarze. Wyobraziła sobie pierwsze strony gazet donoszące, że policja wytypowała już podejrzanych – samuraja i Podbipiętę. To byłby hit sezonu ogórkowego. 
Rozmyślania przerwał telefon. Policjantka dyżurująca w holu komendy poinformowała, że przyszedł człowiek w sprawie morderstwa bezdomnych. Gehl poleciła natychmiast przyprowadzić go na jej piętro, po wcześniejszym sprawdzeniu wykrywaczem metali. Wezwała swojego współpracownika Mariusz Klonowskiego i zapytała, czy poprowadzi z nią tę sprawę.
- Chyba nie mam wyjścia, Karolino – lubił się z nią trochę podroczyć. Znali się jak przysłowiowe „łyse konie”. – A przy okazji przekazuję serdeczne pozdrowienia od mojej żony.
- Dziękuję. Co u Moniki?
- W porządku. Pyta, kiedy wybierzesz się z nią na kawę.
- Powiedz jej, że niedługo, ale najpierw udam się z tobą na rozmowę z gościem, który podobno coś wie.
Niespodziewany gość, który podobno coś wiedział, czekał już w pokoju przesłuchań. Wysoki, w średnim wieku, ubrany skromnie w jasną koszulę i czarne spodnie. Przyprószone siwizną włosy zaczesane były na bok. 
- Marcin Proboszcz – przedstawił się, a Gehl poprosiła, żeby usiadł. Razem z Klonowskim zajęli miejsce po drugiej stronie małego stołu.
- Co ma pan nam do powiedzenia? – komisarz oparła splecione dłonie o blat.
- Jestem proboszczem parafii pod wezwaniem św. Rocha. – Widząc miny dwojga śledczych, uśmiechnął się krzywo. – Wiem, jak to brzmi. Ludzie zawsze reagują śmiechem albo pukają się w czoło, ale ja naprawdę nazywam się Proboszcz i jestem proboszczem. 
- Znam faceta o nazwisku Prymas – oznajmił Klonowski - ale on nie jest prymasem. 
- Przejdźmy do rzeczy. – Gehl zmierzyła współpracownika spojrzeniem przywołującym do porządku. – Pańska… przepraszam, księdza parafia jest położona najbliżej Łaciny.
- Po drugiej stronie ulicy – uściślił.
- Co księdzu wiadomo w sprawie morderstwa? 
Proboszcz opowiedział, jak podczas dyżuru w biurze parafialnym odwiedził go młody człowiek, który usłyszał w radiu o zamordowaniu dwóch bezdomnych. Twierdził, że już od dawna spodziewał się złych wydarzeń na Łacinie. Według jego słów ma tam grasować demon ukryty w ludzkim ciele, który czasem przybiera postać pół człowieka, pół psa. Demon, zwany Płonnikiem, w okresie oktawy Bożego Ciała wykrada zboże z niezżętych jeszcze kłosów. Zdolność tę miał posiąść, paktując z diabłem. Posługuje się wielkim sierpem, którym wśród łanów zbóż wycina wąską ścieżkę, znacząc w ten sposób obszar, który sobie upatrzył. Zboża na tak oznaczonym polu nie wydadzą plonów, a ziarna trafią do Płonnika. Co prawda, na Łacinie od dawna już niczego nie uprawiano, ale nieznajomy utrzymywał, że tym razem demon przybył, aby mścić się na ludziach. Dlatego zginęli bezdomni, którzy przypadkowo na niego trafili. Morderstwa mogą się powtarzać, a jedynym sposobem, aby powstrzymać demona, jest zatknięcie w ziemi poświęconych w kościele gałązek. 
- Wyciągnął z małego plecaka dwie zasuszone gałązki i domagał się, żebym je poświęcił – kończył swoją opowieść Proboszcz. – Kiedy odmówiłem, bardzo się zdenerwował. Krzyczał, że będę odpowiedzialny za kolejne tragedie, i wybiegł z biura parafialnego. Odczekałem jeszcze chwilę, żeby ochłonąć, a potem wyszedłem na zewnątrz. Ostrożnie obszedłem dookoła cały kościół, ale nie było po nim śladu. Zajrzałem do kościoła i zobaczyłem, jak zanurza gałązki w chrzcielnicy. Zacząłem krzyczeć, a on szybko uciekł. To musi być niezły wariat, ale ponieważ mówił o morderstwie, zdecydowałem, że przyjdę do państwa i o wszystkim opowiem.
- Bardzo dobrze ksiądz zrobił. – Gehl nabrała głębszego wdechu. – Proszę nam pomóc w sporządzeniu portretu pamięciowego tego człowieka. Rozumiem, że nie raczył się przedstawić.
- Przeciwnie. Mówił, że nazywa się Roman Mietkowski.
Po zakończeniu rozmowy policjanci wrócili do pokoju Gehl i zaczęli zastanawiać się nad tym, co usłyszeli od proboszcza.
- Moim zdaniem świr. – Ocena Klonowskiego nie pozostawiała marginesu na spekulacje.
- Zgadzam się tobą, ale czy świr nie może popełnić morderstwa? – zapytała ostrożnie Karolina. 
- Co proponujesz?
- Na początek sprawdźmy, czy on rzeczywiście tak się nazywa.
Usiadła przy komputerze i wpisała w wyszukiwarkę nazwisko wymienione przez księdza. Okazało się, że Roman Mietkowski ma swojego bloga. Jego zawartość wskazywała, że był to ten sam osobnik, który odwiedził proboszcza. Wszystkie wpisy poświęcone zostały stworom ze słowiańskiej mitologii. Na blogu roiło się od nazw demonów, strzyg, czarownic i upiorów. Autor najwięcej miejsca poświęcił Płonnikowi. 
Wiedza Mietkowskiego była jednak znacznie bardziej pogłębiona i nie opierała się jedynie na ludowych przekazach. Powołując się na odnalezioną kronikę parafialną z początku XIX wieku, opisywał historię ujęcia człowieka, którego podejrzewano, że jako Płonnik działa na terenie dzisiejszej Łaciny. W tamtych czasach obszar nie należał do miasta. Rozciągały się na nim pola i łąki. Nie wiadomo, w jaki sposób miejscowej ludności udało się odkryć, że jeden z ich sąsiadów wszedł w spółkę z siłami nieczystymi. Pewnego dnia człowiek ów został otoczony przez chłopów z widłami. Zamierzali wypędzić go ze wsi, ale on poderżnął sobie gardło dużym sierpem. Zanim to jednak zrobił, oznajmił, że jego duch nie zginie i powróci za dwieście lat, a wtedy zemści się na ludziach. 
- Gość ma fantazję – uśmiechnął się Klonowski. – Napisał coś o sobie?
- Niewiele. Ukończył etnologię na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, a później został zatrudniony na uczelni. – Gehl wróciła znowu do treści bloga. – Ostatni wpis pochodzi z poniedziałku.
- Z wczoraj?
- Tak. Kilkanaście godzin przed morderstwem. Posłuchaj, co napisał.

Płonnik oznaczył teren. Wkrótce pewnie zaatakuje. Straciłem jedyną poszlakę świadczącą o jego istnieniu i zamiarach. Jestem pewien, że on to sprawił. Zresztą nawet gdybym pokazał kronikę na uczelni, i tak by mi nie uwierzyli. Nikt mi nie wierzy, ale wkrótce wszyscy się przekonają.

Gehl stwierdziła, że Mietkowskiemu trzeba się lepiej przyjrzeć. 
- Być może wydaje mu się, że jest tym demonem – wyjaśniła. – Postaraj się dowiedzieć, gdzie facet mieszka, a ja uderzę na uczelnię. 

*

W Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM dobrze znano Mietkowskiego. Na punkcie Płonnika miał prawdziwą obsesję. Pisał o nim w artykułach i pracach naukowych, które uczelnia odrzucała, nie chcąc narazić się na kompromitację. Próbował potwierdzić swoje teorie, powołując się, na kronikę parafialną z 1811 roku, w której zapisano historię schwytania i śmierci człowieka uważanego za Płonnika. 
- Zaproponowaliśmy Romkowi, żeby przyniósł tę kronikę, to zbadamy jej autentyczność – tłumaczył doktorant, który pracował z Mietkowskim. – Wczoraj miał dostarczyć eksponat. Nie zjawił się. Zadzwonił i opowiadał mocno roztrzęsionym głosem, że skradziono mu kronikę. Podobno na ulicy podjechał do niego ktoś na skuterze i wyrwał mu ją spod pachy. Przekonywaliśmy go, żeby zgłosił sprawę policji, ale odpowiedział, że to nic nie da. 
- A sam dokument? – interesowała się Gehl. – W jaki sposób Mietkowski wszedł w jego posiadanie? 
- Twierdził, że otrzymał w prezencie od nieżyjącego już sąsiada, który nie miał jej komu zostawić. Księga miała zostać uratowana w pożarze wiejskiego kościoła pod koniec XIX wieku. Od tej pory była przekazywana z pokolenia na pokolenie w rodzinie sąsiada. – Doktorant rozłożył ręce. – Taki dokument, nawet jeśli istnieje, nie jest dowodem na to, że po świecie chodzą demony czy inne siły nadprzyrodzone. Nie na tym polega etnologia.
- Domyśla się pan, gdzie może teraz być Roman?
- Nie mam pojęcia. Poprosił o tygodniowy urlop. Czy on narobił sobie problemów?
Zanim zdążyła zastanowić się nad odpowiedzią, zadzwonił Klonowski, prosząc o szybkie załatwienie pozwolenia wejścia do mieszkania Mietkowskiego. 
- Formalnie Mietkowski jest zameldowany u rodziców na Starym Mieście – relacjonował Klonowski – ale dwa tygodnie temu wyprowadził się od nich. Zamieszkał w ciekawym miejscu. Kojarzysz nowy wieżowiec przy Rondzie Rataje?
- Ten obok stacji benzynowej i dworca autobusowego?
- Dokładnie. A co znajduje się po drugiej stronie ulicy?
- Osiedla mieszkaniowe.
- A w kierunku wschodnim?
- O cholera! 
- Wieżowiec ma dwanaście pięter. On wynajął mieszkanie na jedenastym. Ma piękny widok na całą Łacinę – podsumował zadowolony z siebie Klonowski.
Za pół godziny Karolina Gehl była w wieżowcu z odpowiednim zezwoleniem i dwoma funkcjonariuszami. Trzydziestometrową kawalerkę z aneksem kuchennym urządzono bardzo skromnie. Tapczan, szafka, jedno krzesło, w małej lodówce serek topiony i napoczęty sok. Jedynym przedmiotem burzącym ascetyczny wizerunek był teleskop stojący przy oknie. Brakowało dwóch najważniejszych elementów. Lokatora i narzędzia zbrodni. 
- Karolino, czy możesz tu podejść!? – zawołał Klonowski patrząc przez lunetę.
- To chyba on – ucieszyła się, zerkając przez teleskop. Wśród wysokich traw Łaciny szedł jakiś mężczyzna z podręcznym plecakiem. – Odwiedza miejsce zbrodni. Wyjdziemy mu na spotkanie.
Wchodząc na teren Łaciny, rozdzielili się, żeby otoczyć Mietkowskiego. Gehl razem z jednym policjantem skradała się pochylona w trawie. Gdzieś z drugiej strony przedzierał się Klonowski z drugim funkcjonariuszem. Karolina zbliżyła się do samotnie rosnącego drzewa. Wtedy usłyszała przeraźliwy krzyk. Razem z towarzyszącym jej policjantem zaczęła biec z całych sił. Rozległ się kolejny krzyk. Wiedziała, że jest już blisko. Dopadła wreszcie wąskiej ścieżki, na której popełniono morderstwo, i zamarła. Ciała Klonowskiego i drugiego policjanta leżały jedno na drugim, a tuż obok ich głowy. Nad zabitymi stał mężczyzna trzymający w ręku zakrwawiony sierp. Karolina, z trudem opanowując drżenie na całym ciele, wycelowała w niego pistolet. Mietkowski upuścił sierp i uniósł ręce w górę.
- Ja tego nie zrobiłem – wyjąkał.
- Zamknij się gnoju! – wrzasnęła komisarz i osobiście zakuła go w kajdanki, zaciskając je najmocniej, jak się dało.

*

Po uroczystościach pogrzebowych szef poznańskiej policji zaprosił komisarz Gehl do swojego gabinetu. Zaproponował, żeby udała się na dłuższy urlop. Przekonywał, że to się jej należy, a nawet jest bardzo wskazane.
- Czym sobie zasłużyłam? – Wzruszyła ramionami. – Zginęło dwóch policjantów, za których odpowiadałam.
- Ujęłaś niebezpiecznego psychopatę – przypomniał komendant. – Prokurator postawił mu już zarzut zabójstwa czterech osób. 
- Mietkowski nie przyznaje się.
- To nie ma znaczenia. Dowody są aż nadto oczywiste. Jedyne, czego uczepi się obrona, to próba uznania go za niepoczytalnego, ale ja do tego nie dopuszczę. – Komendant zacisnął zęby. – Załatwił dwóch naszych.
- Nadal nie potrafię zrozumieć, jak ktoś uzbrojony tylko w sierp, mógł zabić dwóch policjantów z bronią – Gehl po raz nie wiadomo który w ciągu ostatnich kilku dni zadała to pytanie. 
- Błagam cię, Karolino, nie rozpamiętuj już tego, bo zwariujesz. – Spojrzał na nią ze współczuciem. – Musisz wrócić do równowagi. Jesteś silna. Dasz radę.
Podziękowała szefowi i pojechała do swojego mieszkania, żeby pobyć trochę w czterech ścianach. W pracy rzeczywiście trudno było jej wytrzymać. Wszystko przypominało jej o Klonowskim. 
Ledwie jednak zamknęła za sobą drzwi i usadowiła się na sofie, rozległ się dzwonek domofonu. Żona, a właściwie już wdowa po Klonowskim. Były dobrymi koleżankami, ale od śmierci męża Monika się z nią nie kontaktowała.
- Przepraszam, że tak bez zapowiedzi, ale musiałam się z tobą zobaczyć.
Widok jej smutnej twarzy chwytał ze serce. Karolina zaprosiła ją do pokoju. 
- Jeżeli mogę ci w czymś pomóc… - zaczęła, ale Monika szybko jej przerwała.
- Wybacz, że nie odzywałam się tak długo. Chcę, żebyś wiedziała, że nikogo z policji nie obwiniam za śmierć Mariusza, a zwłaszcza nie ciebie.
- Dziękuję. To dla mnie bardzo ważne.
- Chciałam o coś zapytać. – Monika mocno zaciskała dłonie. – Pracowałaś z nim. Czy Mariusz miał kogoś? To znaczy inną kobietę.
- Skąd ci to przyszło do głowy? – mogła spodziewać się każdego pytania, ale nie tego.
- On był ostatnio jakiś inny. Unikał mnie. Przestał ze mną sypiać. Spędzał noc w drugim pokoju na kanapie. – Monika otarła łzy. – Wiem, że to nie mogłaś być ty. Po prostu cię znam. Boże, co ja wygaduję. – Wyjęła chusteczkę.
Karolina nalała jej szklankę wody. Sobie też.
- Od kiedy zaczął się tak zachowywać?
- Parę dni przed śmiercią. A ostatnią noc spędził poza domem. Oświadczył, że ma nagłe wezwanie. Wrócił nad ranem. Wystraszyłam się, bo na twarzy miał ślady krwi. Szybko je zmył. To nie była jego krew. Pytałam, co się stało, ale nie chciał ze mną rozmawiać. Zjadł śniadanie i znowu wyszedł. Czy on naprawdę miał jakąś nocną akcję?
- W tej chwili nie pamiętam. – Karolina przyłożyła dłoń do skroni. Doskonale wiedziała, że tamtej nocy Mariusz nie był nigdzie wzywany.
- Dzisiaj dowiedziałam się, że wynajął mieszkanie – ciągnęła Monika. – Właściciel zobaczył jego zdjęcie w gazecie. Sporo o tym pisano. Skontaktował się ze mną i zwrócił zaliczkę, którą wpłacił Mariusz. Dobrze, że można jeszcze spotkać takich ludzi. Zgodził się też, żebym na chwilę zajrzała do tego mieszkania. To była mała kawalerka. Nie zdążył jej nawet umeblować. Puste ściany, jakby nikt tam nie mieszkał. Jest jeszcze jedna rzecz – nie mogła powstrzymać potoku słów. – Mariusz kupił sobie skuter. Trzymał go w podziemnym garażu w tym bloku. Skutery nigdy go nie interesowały.
- Gdzie wynajął mieszkanie? – zapytała Karolina i wypiła łyk wody.
- W tym nowym wieżowcu, przy Rondzie Rataje. 
- Pamiętasz numer mieszkania? 
- Tak się składa, że zapamiętałam. – Monika pociągnęła nosem. – Mieszkanie 127. Na ostatnim piętrze.
Karolina omal nie upuściła szklanki. Ostatnie piętro dokładnie nad mieszkaniem Mietkowskiego. Z widokiem na Łacinę.
- Wiesz, co było najdziwniejsze? – Monika nie skończyła jeszcze festiwalu rewelacji. – W tym pustym mieszkaniu na środku pokoju stało metalowe wiadro. Były w nim resztki spalonych kartek papieru i to – sięgnęła do torby, którą cały czas trzymała przy sobie. Wyjęła z niej ciemnobrązową, skórzaną oprawę po książce, z której ktoś wyrwał wszystkie kartki. Chociaż skóra lekko się nadpaliła, na grzbiecie bez problemu można dało się odczytać, że była to kiedyś kronika parafialna z 1811 roku. – Nic już z tego nie rozumiem – pokręciła głową. 
Karolina rozumiała coraz więcej, chociaż jej racjonalistyczny umysł bronił się przed taką interpretacją. Chwyciła Monikę za rękę.
- Możesz być pewna, że Mariusz bardzo cię kochał i nigdy by ciebie nie zdradził. – Tego była absolutnie pewna. – Prawdopodobnie przeszedł jakieś załamanie. Gliniarzom to się zdarza. Taka praca. Mariusz został dzisiaj pochowany z honorami. Pamiętamy go jako dobrego policjanta i wspaniałego człowieka. Niech tak zostanie. Rozumiesz?
Monika pokiwała głową i z całych sił objęła Karolinę. 
- Mam do ciebie prośbę i nie przyjmę odmowy. – Postarała się o uśmiech. – Chcę, żebyś zaopiekowała się skuterem po Mariuszu. Ja się na tym nie znam. 
- Niech będzie – zgodziła się Karolina.
Monika została jeszcze chwilę, żeby ochłonąć, a kiedy wyszła, Gehl wyjęła z szuflady biurka kopię zeznań Mietkowskiego i zaczęła z uwagą czytać tekst, który kilka dni temu tylko pobieżnie przejrzała. 

Udałem się na Łacinę, żeby zatknąć poświęcone gałązki na ziemi, którą opanował Płonnik. To jedyny sposób na powstrzymanie demona. W przeciwnym razie byłby aktywny przez resztę oktawy Bożego Ciała. To raptem kilka dni, ale kto wie, ilu ludzi mógł jeszcze zabić. Przyszedł się zemścić za to, co spotkało go dwieście lat temu. Tym razem nie zamierzał wycinać zboża, którego na Ławicy i tak od dawna już nie ma. Przewidziałem, kiedy nastąpi jego aktywność. Próbowałem o tym mówić, ale nikt mnie nie słuchał. Musiałem sam temu zapobiec. Przyszedłem z gałązkami, które poświęciłem w kościele. Gdy byłem już na miejscu zbrodni, nadeszło dwóch policjantów, przedstawili się i zapytali, co tu robię. Próbowałem wytłumaczyć, a wtedy ten ubrany po cywilnemu, który przedstawił się jako Mariusz Klonowski, wydał z siebie krzyk i na moich oczach zmienił się w pół człowieka, pół psa. Jedna z jego rąk nadal przypominała ludzką i bardzo się wydłużyła. Trzymał w niej duży sierp. Zamachnął się szeroko i odciął głowę policjantowi w mundurze. Następnie skierował się w moją stronę. Sięgnąłem błyskawicznie do plecaka, wyjąłem z niego gałązki i wbiłem w ziemię. Płonnik zatrzymał się i znowu przeraźliwie ryknął. Zaczął się jakby rozdwajać. Wyłoniła się z niego postać policjanta, bezwładna, chwiejąca się. Płonnik odciął mu głowę, zanim ten zdążył upaść. Potem demon stał, przez chwilę mierząc mnie nienawistnym wzrokiem, a następnie rozpłynął się w powietrzu. Zrozumiałem, że udało się go pozbyć. Niestety, odchodząc, zdążył jeszcze zabić człowieka, którego ciałem zawładnął. Kiedy po demonie nie pozostał już żaden ślad, z przerażeniem zauważyłem, że trzymam w ręku jego sierp. W tym samym momencie pojawiła się policjantka. Płonnik zemścił się na mnie. Odpowiem teraz za jego zbrodnie. 
PS. Cały czas mam wrażenie, jakbym już gdzieś widział tego policjanta. Tego Klonowskiego.

*

Następnego dnia, bardzo wczesnym rankiem Karolina złożyła wizytę właścicielowi, od którego Mariusz wynajął mieszkanie. Poinformowała, że podkomisarz Klonowski wykonywał tajne zadanie, do którego potrzebne było mieszkanie operacyjne.
- Proszę zachować ten fakt w absolutnej tajemnicy. Ten człowiek nigdy tutaj nie mieszkał. Nigdy go pan nie spotkał. Jego żony również. Rozumiemy się? – zmierzyła właściciela surowym wzrokiem.
- Oczywiście – zapewnił przejęty mężczyzna.
Następnie wzięła skuter Klonowskiego i pojechała nad Jezioro Kierskie, leżące na granicy miasta. Znalazła najbardziej odludne miejsce, rozejrzała się uważnie dookoła i wepchnęła maszynę do wody. Wcześniej do małego bagażnika włożyła oprawę po kronice parafialnej. Przez chwilę pomyślała o Mietkowskim. Jemu nie mogła już pomóc.

*

Komisarz Karolina Gehl dokładni obejrzała znalezione zwłoki oraz miejsce zbrodni. Wczesnym rankiem dwóch bezdomnych znalazł jeden z ich kolegów „po fachu”. Najpierw zauważył siedzącego nieruchomo psa. Na widok leżących bezwładnie ciał z odciętymi głowami kolega zwymiotował, a następnie pobiegł prosto na komisariat. Bezdomni zginęli zaledwie sto metrów od ich koczowiska, czyli rozłożystego, samotnego drzewa i kilku krzaków. Idealna letnia rezydencja.
- Widziałem już zamordowanych bezdomnych – technik policyjny złożył komisarz Gehl wstępny raport – ale po raz pierwszy w taki sposób. Bardzo precyzyjna dekapitacja. Jedno cięcie zakrzywionym narzędziem. Specjalista z najwyższej półki.
- Czyli możemy wykluczyć tego, który ich odnalazł – skwitowała Gehl.
- Morderstwa dokonał ktoś o bardzo wysokim wzroście i sporej sile – tłumaczył technik. – Ich kumpel ma metr pięćdziesiąt w kapeluszu i z trudem utrzymuje butelkę z winem. 
Stali na ścieżce, dokładnie w miejscu, gdzie znaleziono Czesława i Wiesława. Wokół było już posprzątane. Teren zabezpieczono, ciała zabrano do policyjnego laboratorium, a Ugryź trafił do schroniska. 
- Szkoda, że prawdopodobnie jedyny świadek nic nam nie powie – westchnęła Gehl.
Niestety technik nie miał dla niej niczego na pocieszenie.
- Nie znaleźliśmy żadnych śladów, które mogłyby nas jakoś ukierunkować. W wózku typowe fanty bezdomnych. Nawet nie ruszone. Ktoś naprawdę zadbał, żeby to była czysta robota. 
- Zawodowiec morduje dwóch kloszardów. – Komisarz Gehl pokręciła głową. – Po co?
- Może w ramach treningu – stwierdził z całkowitą powagą technik – albo mamy do czynienia z psycholem robiącym to dla zabawy. Odezwę się, kiedy dokładnie ich przebadam.
Gehl wróciła do Komendy Miejskiej przy ulicy Szylinga. Poleciła rzecznikowi prasowemu wydanie stosownego komunikatu dla mediów, bardzo lakonicznego w swojej treści. Makabryczność zbrodni była doskonałą okazją dla tabloidów do stworzenia wizji psychopaty biegającego po Poznaniu i odcinającego ludziom głowy. Stąd już tylko krok do psychozy, która zawsze komplikuje śledztwo. Nie mogła pozwolić na żadne kompromitujące sytuacje. Ciężko pracowała na swoją obecną pozycję. Atrakcyjna, czterdziestoletnia brunetka miała bardzo wysokie notowania w poznańskiej policji.
Po południu zadzwonił technik. Oznajmił, że po dokładniejszym zbadaniu zwłok w zasadzie niewiele ma do dodania. Stwierdził jedynie, że narzędzie, którym odcięto głowy, było zardzewiałe. Problem w tym, że czymś takim trudno jest jednym cięciem skrócić dorosłego człowieka o głowę.
- Jak to wytłumaczyć? – spytała Karolina.
- Nie wiem – przyznał technik. – To musiał być naprawdę super siłacz. Tym bardziej… - zawahał się.
- Tak? – zachęciła go.
- Biorąc pod uwagę miejsca, w których stali w chwili śmierci, i przebieg cięcia, wygląda to tak, jakby morderca ściął ich za jednym razem.
- Dwie głowy? – upewniła się. 
- No tak – potwierdził – ale to już w ogóle wydaje się niemożliwe – dodał zaraz. – Tak chyba potrafili tylko samuraje i Podbipięta – starał się zażartować.
Podziękowała, przy okazji poprawiając technika, że niejaki Podbipięta miał na swoim koncie trzy głowy, i poprosiła, żeby jutro rano raport z sekcji trafił na jej biurko. Odkładając słuchawkę, westchnęła, ciesząc się, że rozmowy nie słyszeli dziennikarze. Wyobraziła sobie pierwsze strony gazet donoszące, że policja wytypowała już podejrzanych – samuraja i Podbipiętę. To byłby hit sezonu ogórkowego. 
Rozmyślania przerwał telefon. Policjantka dyżurująca w holu komendy poinformowała, że przyszedł człowiek w sprawie morderstwa bezdomnych. Gehl poleciła natychmiast przyprowadzić go na jej piętro, po wcześniejszym sprawdzeniu wykrywaczem metali. Wezwała swojego współpracownika Mariusz Klonowskiego i zapytała, czy poprowadzi z nią tę sprawę.
- Chyba nie mam wyjścia, Karolino – lubił się z nią trochę podroczyć. Znali się jak przysłowiowe „łyse konie”. – A przy okazji przekazuję serdeczne pozdrowienia od mojej żony.
- Dziękuję. Co u Moniki?
- W porządku. Pyta, kiedy wybierzesz się z nią na kawę.
- Powiedz jej, że niedługo, ale najpierw udam się z tobą na rozmowę z gościem, który podobno coś wie.
Niespodziewany gość, który podobno coś wiedział, czekał już w pokoju przesłuchań. Wysoki, w średnim wieku, ubrany skromnie w jasną koszulę i czarne spodnie. Przyprószone siwizną włosy zaczesane były na bok. 
- Marcin Proboszcz – przedstawił się, a Gehl poprosiła, żeby usiadł. Razem z Klonowskim zajęli miejsce po drugiej stronie małego stołu.
- Co ma pan nam do powiedzenia? – komisarz oparła splecione dłonie o blat.
- Jestem proboszczem parafii pod wezwaniem św. Rocha. – Widząc miny dwojga śledczych, uśmiechnął się krzywo. – Wiem, jak to brzmi. Ludzie zawsze reagują śmiechem albo pukają się w czoło, ale ja naprawdę nazywam się Proboszcz i jestem proboszczem. 
- Znam faceta o nazwisku Prymas – oznajmił Klonowski - ale on nie jest prymasem. 
- Przejdźmy do rzeczy. – Gehl zmierzyła współpracownika spojrzeniem przywołującym do porządku. – Pańska… przepraszam, księdza parafia jest położona najbliżej Łaciny.
- Po drugiej stronie ulicy – uściślił.
- Co księdzu wiadomo w sprawie morderstwa? 
Proboszcz opowiedział, jak podczas dyżuru w biurze parafialnym odwiedził go młody człowiek, który usłyszał w radiu o zamordowaniu dwóch bezdomnych. Twierdził, że już od dawna spodziewał się złych wydarzeń na Łacinie. Według jego słów ma tam grasować demon ukryty w ludzkim ciele, który czasem przybiera postać pół człowieka, pół psa. Demon, zwany Płonnikiem, w okresie oktawy Bożego Ciała wykrada zboże z niezżętych jeszcze kłosów. Zdolność tę miał posiąść, paktując z diabłem. Posługuje się wielkim sierpem, którym wśród łanów zbóż wycina wąską ścieżkę, znacząc w ten sposób obszar, który sobie upatrzył. Zboża na tak oznaczonym polu nie wydadzą plonów, a ziarna trafią do Płonnika. Co prawda, na Łacinie od dawna już niczego nie uprawiano, ale nieznajomy utrzymywał, że tym razem demon przybył, aby mścić się na ludziach. Dlatego zginęli bezdomni, którzy przypadkowo na niego trafili. Morderstwa mogą się powtarzać, a jedynym sposobem, aby powstrzymać demona, jest zatknięcie w ziemi poświęconych w kościele gałązek. 
- Wyciągnął z małego plecaka dwie zasuszone gałązki i domagał się, żebym je poświęcił – kończył swoją opowieść Proboszcz. – Kiedy odmówiłem, bardzo się zdenerwował. Krzyczał, że będę odpowiedzialny za kolejne tragedie, i wybiegł z biura parafialnego. Odczekałem jeszcze chwilę, żeby ochłonąć, a potem wyszedłem na zewnątrz. Ostrożnie obszedłem dookoła cały kościół, ale nie było po nim śladu. Zajrzałem do kościoła i zobaczyłem, jak zanurza gałązki w chrzcielnicy. Zacząłem krzyczeć, a on szybko uciekł. To musi być niezły wariat, ale ponieważ mówił o morderstwie, zdecydowałem, że przyjdę do państwa i o wszystkim opowiem.
- Bardzo dobrze ksiądz zrobił. – Gehl nabrała głębszego wdechu. – Proszę nam pomóc w sporządzeniu portretu pamięciowego tego człowieka. Rozumiem, że nie raczył się przedstawić.
- Przeciwnie. Mówił, że nazywa się Roman Mietkowski.
Po zakończeniu rozmowy policjanci wrócili do pokoju Gehl i zaczęli zastanawiać się nad tym, co usłyszeli od proboszcza.
- Moim zdaniem świr. – Ocena Klonowskiego nie pozostawiała marginesu na spekulacje.
- Zgadzam się tobą, ale czy świr nie może popełnić morderstwa? – zapytała ostrożnie Karolina. 
- Co proponujesz?
- Na początek sprawdźmy, czy on rzeczywiście tak się nazywa.
Usiadła przy komputerze i wpisała w wyszukiwarkę nazwisko wymienione przez księdza. Okazało się, że Roman Mietkowski ma swojego bloga. Jego zawartość wskazywała, że był to ten sam osobnik, który odwiedził proboszcza. Wszystkie wpisy poświęcone zostały stworom ze słowiańskiej mitologii. Na blogu roiło się od nazw demonów, strzyg, czarownic i upiorów. Autor najwięcej miejsca poświęcił Płonnikowi. 
Wiedza Mietkowskiego była jednak znacznie bardziej pogłębiona i nie opierała się jedynie na ludowych przekazach. Powołując się na odnalezioną kronikę parafialną z początku XIX wieku, opisywał historię ujęcia człowieka, którego podejrzewano, że jako Płonnik działa na terenie dzisiejszej Łaciny. W tamtych czasach obszar nie należał do miasta. Rozciągały się na nim pola i łąki. Nie wiadomo, w jaki sposób miejscowej ludności udało się odkryć, że jeden z ich sąsiadów wszedł w spółkę z siłami nieczystymi. Pewnego dnia człowiek ów został otoczony przez chłopów z widłami. Zamierzali wypędzić go ze wsi, ale on poderżnął sobie gardło dużym sierpem. Zanim to jednak zrobił, oznajmił, że jego duch nie zginie i powróci za dwieście lat, a wtedy zemści się na ludziach. 
- Gość ma fantazję – uśmiechnął się Klonowski. – Napisał coś o sobie?
- Niewiele. Ukończył etnologię na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, a później został zatrudniony na uczelni. – Gehl wróciła znowu do treści bloga. – Ostatni wpis pochodzi z poniedziałku.
- Z wczoraj?
- Tak. Kilkanaście godzin przed morderstwem. Posłuchaj, co napisał.

Ścieżka wśród wysokich traw była tak wąska, że cała trójka musiała iść gęsiego. Na czele podążał Ugryź z nosem przy ziemi. Mały, brzydki kundel o sierści koloru musztardy był niczym kompas dla dwóch wiecznie pijanych meneli w średnim wieku, którzy często mieli problem z orientacją w terenie, szczególnie w środku nocy. Poza tym Czesiek i Wiesiek musieli skoncentrować się na bezpiecznym transporcie tego, co znaleźli po całodniowym przeszukiwaniu osiedlowych śmietników. Rozklekotany wózek skrzypiał niemiłosiernie, wyładowany do granic możliwości przedmiotami z plastiku, różnych rodzajów metalu oraz tego, co nie zostało skonsumowane przez sytych.
Byli już blisko swojego koczowiska, kiedy Ugryź stanął jak wryty, postawił uszy i zaczął głośno warczeć, by za moment przejść w ostre szczekanie. Mężczyźni nie zwrócili większej uwagi na zachowanie czworonoga. Spotykali już w tym miejscu zboczeńców, kopulujące pary, podpitych studentów oraz swoich kompanów w niedoli. Wszystkich intruzów potrafili skutecznie przegonić. Pies po chwili niepewności zanurzył się w trawie, nie przestając ujadać.
- Wyczuł, kurwa, jakieś zwierzę – splunął Czesiek. – Pewnie kota.
- Ugryź, do nogi! – wrzasnął Wiesiek. – Zara go zgubimy – dodał ciszej, pociągając nosem.
Niewielki pies rzeczywiście mógł łatwo zniknąć w otaczającej ich scenerii dziko rosnących traw i krzewów, nawet w słoneczny dzień, a co dopiero, gdy panują czarne mroki, lekko tylko rozjaśniane przez trzy czwarte księżyca.
Aż trudno było uwierzyć, że znajdowali się w środku dużego miasta. Teren, nazywany Łaciną, był ostatnim miejscem w centrum Poznania, którego praktycznie nie dotknęła cywilizacja. Jego granice przylegały do wiecznie zakorkowanego Ronda Rataje i wielkich blokowisk. Wkrótce miało się to skończyć. Cały obszar został przeznaczony na osiedle i galerię handlową, ale póki co, pustkowie służyło jeszcze takim jak Czesiek, Wiesiek i Ugryź.
Szczekanie umilkło, ale narastający szelest deptanej trawy sygnalizował, że pies wraca. Po chwili na ścieżkę wyskoczył Ugryź, cały i zdrowy, ale jakoś dziwnie zdezorientowany. Zamiast ruszyć dalej, wszedł pod wózek, położył się, zwinął w kłębek i zakrył pysk ogonem
- Ugryź, prowadź! – rozkazał Wiesiek.
- Co on taki wystraszony? – Czesiek spojrzał w kierunku, z którego wrócił Ugryź.
Odpowiedź nadeszła szybciej, niż się spodziewali.

*

Komisarz Karolina Gehl dokładni obejrzała znalezione zwłoki oraz miejsce zbrodni. Wczesnym rankiem dwóch bezdomnych znalazł jeden z ich kolegów „po fachu”. Najpierw zauważył siedzącego nieruchomo psa. Na widok leżących bezwładnie ciał z odciętymi głowami kolega zwymiotował, a następnie pobiegł prosto na komisariat. Bezdomni zginęli zaledwie sto metrów od ich koczowiska, czyli rozłożystego, samotnego drzewa i kilku krzaków. Idealna letnia rezydencja.
- Widziałem już zamordowanych bezdomnych – technik policyjny złożył komisarz Gehl wstępny raport – ale po raz pierwszy w taki sposób. Bardzo precyzyjna dekapitacja. Jedno cięcie zakrzywionym narzędziem. Specjalista z najwyższej półki.
- Czyli możemy wykluczyć tego, który ich odnalazł – skwitowała Gehl.
- Morderstwa dokonał ktoś o bardzo wysokim wzroście i sporej sile – tłumaczył technik. – Ich kumpel ma metr pięćdziesiąt w kapeluszu i z trudem utrzymuje butelkę z winem.
Stali na ścieżce, dokładnie w miejscu, gdzie znaleziono Czesława i Wiesława. Wokół było już posprzątane. Teren zabezpieczono, ciała zabrano do policyjnego laboratorium, a Ugryź trafił do schroniska.
- Szkoda, że prawdopodobnie jedyny świadek nic nam nie powie – westchnęła Gehl.
Niestety technik nie miał dla niej niczego na pocieszenie.
- Nie znaleźliśmy żadnych śladów, które mogłyby nas jakoś ukierunkować. W wózku typowe fanty bezdomnych. Nawet nie ruszone. Ktoś naprawdę zadbał, żeby to była czysta robota.
- Zawodowiec morduje dwóch kloszardów. – Komisarz Gehl pokręciła głową. – Po co?
- Może w ramach treningu – stwierdził z całkowitą powagą technik – albo mamy do czynienia z psycholem robiącym to dla zabawy. Odezwę się, kiedy dokładnie ich przebadam.
Gehl wróciła do Komendy Miejskiej przy ulicy Szylinga. Poleciła rzecznikowi prasowemu wydanie stosownego komunikatu dla mediów, bardzo lakonicznego w swojej treści. Makabryczność zbrodni była doskonałą okazją dla tabloidów do stworzenia wizji psychopaty biegającego po Poznaniu i odcinającego ludziom głowy. Stąd już tylko krok do psychozy, która zawsze komplikuje śledztwo. Nie mogła pozwolić na żadne kompromitujące sytuacje. Ciężko pracowała na swoją obecną pozycję. Atrakcyjna, czterdziestoletnia brunetka miała bardzo wysokie notowania w poznańskiej policji.
Po południu zadzwonił technik. Oznajmił, że po dokładniejszym zbadaniu zwłok w zasadzie niewiele ma do dodania. Stwierdził jedynie, że narzędzie, którym odcięto głowy, było zardzewiałe. Problem w tym, że czymś takim trudno jest jednym cięciem skrócić dorosłego człowieka o głowę.
- Jak to wytłumaczyć? – spytała Karolina.
- Nie wiem – przyznał technik. – To musiał być naprawdę super siłacz. Tym bardziej… - zawahał się.
- Tak? – zachęciła go.
- Biorąc pod uwagę miejsca, w których stali w chwili śmierci, i przebieg cięcia, wygląda to tak, jakby morderca ściął ich za jednym razem.
- Dwie głowy? – upewniła się.
- No tak – potwierdził – ale to już w ogóle wydaje się niemożliwe – dodał zaraz. – Tak chyba potrafili tylko samuraje i Podbipięta – starał się zażartować.
Podziękowała, przy okazji poprawiając technika, że niejaki Podbipięta miał na swoim koncie trzy głowy, i poprosiła, żeby jutro rano raport z sekcji trafił na jej biurko. Odkładając słuchawkę, westchnęła, ciesząc się, że rozmowy nie słyszeli dziennikarze. Wyobraziła sobie pierwsze strony gazet donoszące, że policja wytypowała już podejrzanych – samuraja i Podbipiętę. To byłby hit sezonu ogórkowego.
Rozmyślania przerwał telefon. Policjantka dyżurująca w holu komendy poinformowała, że przyszedł człowiek w sprawie morderstwa bezdomnych. Gehl poleciła natychmiast przyprowadzić go na jej piętro, po wcześniejszym sprawdzeniu wykrywaczem metali. Wezwała swojego współpracownika Mariusz Klonowskiego i zapytała, czy poprowadzi z nią tę sprawę.
- Chyba nie mam wyjścia, Karolino – lubił się z nią trochę podroczyć. Znali się jak przysłowiowe „łyse konie”. – A przy okazji przekazuję serdeczne pozdrowienia od mojej żony.
- Dziękuję. Co u Moniki?
- W porządku. Pyta, kiedy wybierzesz się z nią na kawę.
- Powiedz jej, że niedługo, ale najpierw udam się z tobą na rozmowę z gościem, który podobno coś wie.
Niespodziewany gość, który podobno coś wiedział, czekał już w pokoju przesłuchań. Wysoki, w średnim wieku, ubrany skromnie w jasną koszulę i czarne spodnie. Przyprószone siwizną włosy zaczesane były na bok.
- Marcin Proboszcz – przedstawił się, a Gehl poprosiła, żeby usiadł. Razem z Klonowskim zajęli miejsce po drugiej stronie małego stołu.
- Co ma pan nam do powiedzenia? – komisarz oparła splecione dłonie o blat.
- Jestem proboszczem parafii pod wezwaniem św. Rocha. – Widząc miny dwojga śledczych, uśmiechnął się krzywo. – Wiem, jak to brzmi. Ludzie zawsze reagują śmiechem albo pukają się w czoło, ale ja naprawdę nazywam się Proboszcz i jestem proboszczem.
- Znam faceta o nazwisku Prymas – oznajmił Klonowski - ale on nie jest prymasem.
- Przejdźmy do rzeczy. – Gehl zmierzyła współpracownika spojrzeniem przywołującym do porządku. – Pańska… przepraszam, księdza parafia jest położona najbliżej Łaciny.
- Po drugiej stronie ulicy – uściślił.
- Co księdzu wiadomo w sprawie morderstwa?
Proboszcz opowiedział, jak podczas dyżuru w biurze parafialnym odwiedził go młody człowiek, który usłyszał w radiu o zamordowaniu dwóch bezdomnych. Twierdził, że już od dawna spodziewał się złych wydarzeń na Łacinie. Według jego słów ma tam grasować demon ukryty w ludzkim ciele, który czasem przybiera postać pół człowieka, pół psa. Demon, zwany Płonnikiem, w okresie oktawy Bożego Ciała wykrada zboże z niezżętych jeszcze kłosów. Zdolność tę miał posiąść, paktując z diabłem. Posługuje się wielkim sierpem, którym wśród łanów zbóż wycina wąską ścieżkę, znacząc w ten sposób obszar, który sobie upatrzył. Zboża na tak oznaczonym polu nie wydadzą plonów, a ziarna trafią do Płonnika. Co prawda, na Łacinie od dawna już niczego nie uprawiano, ale nieznajomy utrzymywał, że tym razem demon przybył, aby mścić się na ludziach. Dlatego zginęli bezdomni, którzy przypadkowo na niego trafili. Morderstwa mogą się powtarzać, a jedynym sposobem, aby powstrzymać demona, jest zatknięcie w ziemi poświęconych w kościele gałązek.
- Wyciągnął z małego plecaka dwie zasuszone gałązki i domagał się, żebym je poświęcił – kończył swoją opowieść Proboszcz. – Kiedy odmówiłem, bardzo się zdenerwował. Krzyczał, że będę odpowiedzialny za kolejne tragedie, i wybiegł z biura parafialnego. Odczekałem jeszcze chwilę, żeby ochłonąć, a potem wyszedłem na zewnątrz. Ostrożnie obszedłem dookoła cały kościół, ale nie było po nim śladu. Zajrzałem do kościoła i zobaczyłem, jak zanurza gałązki w chrzcielnicy. Zacząłem krzyczeć, a on szybko uciekł. To musi być niezły wariat, ale ponieważ mówił o morderstwie, zdecydowałem, że przyjdę do państwa i o wszystkim opowiem.
- Bardzo dobrze ksiądz zrobił. – Gehl nabrała głębszego wdechu. – Proszę nam pomóc w sporządzeniu portretu pamięciowego tego człowieka. Rozumiem, że nie raczył się przedstawić.
- Przeciwnie. Mówił, że nazywa się Roman Mietkowski.
Po zakończeniu rozmowy policjanci wrócili do pokoju Gehl i zaczęli zastanawiać się nad tym, co usłyszeli od proboszcza.
- Moim zdaniem świr. – Ocena Klonowskiego nie pozostawiała marginesu na spekulacje.
- Zgadzam się tobą, ale czy świr nie może popełnić morderstwa? – zapytała ostrożnie Karolina.
- Co proponujesz?
- Na początek sprawdźmy, czy on rzeczywiście tak się nazywa.
Usiadła przy komputerze i wpisała w wyszukiwarkę nazwisko wymienione przez księdza. Okazało się, że Roman Mietkowski ma swojego bloga. Jego zawartość wskazywała, że był to ten sam osobnik, który odwiedził proboszcza. Wszystkie wpisy poświęcone zostały stworom ze słowiańskiej mitologii. Na blogu roiło się od nazw demonów, strzyg, czarownic i upiorów. Autor najwięcej miejsca poświęcił Płonnikowi.
Wiedza Mietkowskiego była jednak znacznie bardziej pogłębiona i nie opierała się jedynie na ludowych przekazach. Powołując się na odnalezioną kronikę parafialną z początku XIX wieku, opisywał historię ujęcia człowieka, którego podejrzewano, że jako Płonnik działa na terenie dzisiejszej Łaciny. W tamtych czasach obszar nie należał do miasta. Rozciągały się na nim pola i łąki. Nie wiadomo, w jaki sposób miejscowej ludności udało się odkryć, że jeden z ich sąsiadów wszedł w spółkę z siłami nieczystymi. Pewnego dnia człowiek ów został otoczony przez chłopów z widłami. Zamierzali wypędzić go ze wsi, ale on poderżnął sobie gardło dużym sierpem. Zanim to jednak zrobił, oznajmił, że jego duch nie zginie i powróci za dwieście lat, a wtedy zemści się na ludziach.
- Gość ma fantazję – uśmiechnął się Klonowski. – Napisał coś o sobie?
- Niewiele. Ukończył etnologię na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, a później został zatrudniony na uczelni. – Gehl wróciła znowu do treści bloga. – Ostatni wpis pochodzi z poniedziałku.
- Z wczoraj?
- Tak. Kilkanaście godzin przed morderstwem. Posłuchaj, co napisał.

Płonnik oznaczył teren. Wkrótce pewnie zaatakuje. Straciłem jedyną poszlakę świadczącą o jego istnieniu i zamiarach. Jestem pewien, że on to sprawił. Zresztą nawet gdybym pokazał kronikę na uczelni, i tak by mi nie uwierzyli. Nikt mi nie wierzy, ale wkrótce wszyscy się przekonają.

Gehl stwierdziła, że Mietkowskiemu trzeba się lepiej przyjrzeć.
- Być może wydaje mu się, że jest tym demonem – wyjaśniła. – Postaraj się dowiedzieć, gdzie facet mieszka, a ja uderzę na uczelnię.

*

W Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM dobrze znano Mietkowskiego. Na punkcie Płonnika miał prawdziwą obsesję. Pisał o nim w artykułach i pracach naukowych, które uczelnia odrzucała, nie chcąc narazić się na kompromitację. Próbował potwierdzić swoje teorie, powołując się, na kronikę parafialną z 1811 roku, w której zapisano historię schwytania i śmierci człowieka uważanego za Płonnika.
- Zaproponowaliśmy Romkowi, żeby przyniósł tę kronikę, to zbadamy jej autentyczność – tłumaczył doktorant, który pracował z Mietkowskim. – Wczoraj miał dostarczyć eksponat. Nie zjawił się. Zadzwonił i opowiadał mocno roztrzęsionym głosem, że skradziono mu kronikę. Podobno na ulicy podjechał do niego ktoś na skuterze i wyrwał mu ją spod pachy. Przekonywaliśmy go, żeby zgłosił sprawę policji, ale odpowiedział, że to nic nie da.
- A sam dokument? – interesowała się Gehl. – W jaki sposób Mietkowski wszedł w jego posiadanie?
- Twierdził, że otrzymał w prezencie od nieżyjącego już sąsiada, który nie miał jej komu zostawić. Księga miała zostać uratowana w pożarze wiejskiego kościoła pod koniec XIX wieku. Od tej pory była przekazywana z pokolenia na pokolenie w rodzinie sąsiada. – Doktorant rozłożył ręce. – Taki dokument, nawet jeśli istnieje, nie jest dowodem na to, że po świecie chodzą demony czy inne siły nadprzyrodzone. Nie na tym polega etnologia.
- Domyśla się pan, gdzie może teraz być Roman?
- Nie mam pojęcia. Poprosił o tygodniowy urlop. Czy on narobił sobie problemów?
Zanim zdążyła zastanowić się nad odpowiedzią, zadzwonił Klonowski, prosząc o szybkie załatwienie pozwolenia wejścia do mieszkania Mietkowskiego.
- Formalnie Mietkowski jest zameldowany u rodziców na Starym Mieście – relacjonował Klonowski – ale dwa tygodnie temu wyprowadził się od nich. Zamieszkał w ciekawym miejscu. Kojarzysz nowy wieżowiec przy Rondzie Rataje?
- Ten obok stacji benzynowej i dworca autobusowego?
- Dokładnie. A co znajduje się po drugiej stronie ulicy?
- Osiedla mieszkaniowe.
- A w kierunku wschodnim?
- O cholera!
- Wieżowiec ma dwanaście pięter. On wynajął mieszkanie na jedenastym. Ma piękny widok na całą Łacinę – podsumował zadowolony z siebie Klonowski.
Za pół godziny Karolina Gehl była w wieżowcu z odpowiednim zezwoleniem i dwoma funkcjonariuszami. Trzydziestometrową kawalerkę z aneksem kuchennym urządzono bardzo skromnie. Tapczan, szafka, jedno krzesło, w małej lodówce serek topiony i napoczęty sok. Jedynym przedmiotem burzącym ascetyczny wizerunek był teleskop stojący przy oknie. Brakowało dwóch najważniejszych elementów. Lokatora i narzędzia zbrodni.
- Karolino, czy możesz tu podejść!? – zawołał Klonowski patrząc przez lunetę.
- To chyba on – ucieszyła się, zerkając przez teleskop. Wśród wysokich traw Łaciny szedł jakiś mężczyzna z podręcznym plecakiem. – Odwiedza miejsce zbrodni. Wyjdziemy mu na spotkanie.
Wchodząc na teren Łaciny, rozdzielili się, żeby otoczyć Mietkowskiego. Gehl razem z jednym policjantem skradała się pochylona w trawie. Gdzieś z drugiej strony przedzierał się Klonowski z drugim funkcjonariuszem. Karolina zbliżyła się do samotnie rosnącego drzewa. Wtedy usłyszała przeraźliwy krzyk. Razem z towarzyszącym jej policjantem zaczęła biec z całych sił. Rozległ się kolejny krzyk. Wiedziała, że jest już blisko. Dopadła wreszcie wąskiej ścieżki, na której popełniono morderstwo, i zamarła. Ciała Klonowskiego i drugiego policjanta leżały jedno na drugim, a tuż obok ich głowy. Nad zabitymi stał mężczyzna trzymający w ręku zakrwawiony sierp. Karolina, z trudem opanowując drżenie na całym ciele, wycelowała w niego pistolet. Mietkowski upuścił sierp i uniósł ręce w górę.
- Ja tego nie zrobiłem – wyjąkał.
- Zamknij się gnoju! – wrzasnęła komisarz i osobiście zakuła go w kajdanki, zaciskając je najmocniej, jak się dało.

*

Po uroczystościach pogrzebowych szef poznańskiej policji zaprosił komisarz Gehl do swojego gabinetu. Zaproponował, żeby udała się na dłuższy urlop. Przekonywał, że to się jej należy, a nawet jest bardzo wskazane.
- Czym sobie zasłużyłam? – Wzruszyła ramionami. – Zginęło dwóch policjantów, za których odpowiadałam.
- Ujęłaś niebezpiecznego psychopatę – przypomniał komendant. – Prokurator postawił mu już zarzut zabójstwa czterech osób.
- Mietkowski nie przyznaje się.
- To nie ma znaczenia. Dowody są aż nadto oczywiste. Jedyne, czego uczepi się obrona, to próba uznania go za niepoczytalnego, ale ja do tego nie dopuszczę. – Komendant zacisnął zęby. – Załatwił dwóch naszych.
- Nadal nie potrafię zrozumieć, jak ktoś uzbrojony tylko w sierp, mógł zabić dwóch policjantów z bronią – Gehl po raz nie wiadomo który w ciągu ostatnich kilku dni zadała to pytanie.
- Błagam cię, Karolino, nie rozpamiętuj już tego, bo zwariujesz. – Spojrzał na nią ze współczuciem. – Musisz wrócić do równowagi. Jesteś silna. Dasz radę.
Podziękowała szefowi i pojechała do swojego mieszkania, żeby pobyć trochę w czterech ścianach. W pracy rzeczywiście trudno było jej wytrzymać. Wszystko przypominało jej o Klonowskim.
Ledwie jednak zamknęła za sobą drzwi i usadowiła się na sofie, rozległ się dzwonek domofonu. Żona, a właściwie już wdowa po Klonowskim. Były dobrymi koleżankami, ale od śmierci męża Monika się z nią nie kontaktowała.
- Przepraszam, że tak bez zapowiedzi, ale musiałam się z tobą zobaczyć.
Widok jej smutnej twarzy chwytał ze serce. Karolina zaprosiła ją do pokoju.
- Jeżeli mogę ci w czymś pomóc… - zaczęła, ale Monika szybko jej przerwała.
- Wybacz, że nie odzywałam się tak długo. Chcę, żebyś wiedziała, że nikogo z policji nie obwiniam za śmierć Mariusza, a zwłaszcza nie ciebie.
- Dziękuję. To dla mnie bardzo ważne.
- Chciałam o coś zapytać. – Monika mocno zaciskała dłonie. – Pracowałaś z nim. Czy Mariusz miał kogoś? To znaczy inną kobietę.
- Skąd ci to przyszło do głowy? – mogła spodziewać się każdego pytania, ale nie tego.
- On był ostatnio jakiś inny. Unikał mnie. Przestał ze mną sypiać. Spędzał noc w drugim pokoju na kanapie. – Monika otarła łzy. – Wiem, że to nie mogłaś być ty. Po prostu cię znam. Boże, co ja wygaduję. – Wyjęła chusteczkę.
Karolina nalała jej szklankę wody. Sobie też.
- Od kiedy zaczął się tak zachowywać?
- Parę dni przed śmiercią. A ostatnią noc spędził poza domem. Oświadczył, że ma nagłe wezwanie. Wrócił nad ranem. Wystraszyłam się, bo na twarzy miał ślady krwi. Szybko je zmył. To nie była jego krew. Pytałam, co się stało, ale nie chciał ze mną rozmawiać. Zjadł śniadanie i znowu wyszedł. Czy on naprawdę miał jakąś nocną akcję?
- W tej chwili nie pamiętam. – Karolina przyłożyła dłoń do skroni. Doskonale wiedziała, że tamtej nocy Mariusz nie był nigdzie wzywany.
- Dzisiaj dowiedziałam się, że wynajął mieszkanie – ciągnęła Monika. – Właściciel zobaczył jego zdjęcie w gazecie. Sporo o tym pisano. Skontaktował się ze mną i zwrócił zaliczkę, którą wpłacił Mariusz. Dobrze, że można jeszcze spotkać takich ludzi. Zgodził się też, żebym na chwilę zajrzała do tego mieszkania. To była mała kawalerka. Nie zdążył jej nawet umeblować. Puste ściany, jakby nikt tam nie mieszkał. Jest jeszcze jedna rzecz – nie mogła powstrzymać potoku słów. – Mariusz kupił sobie skuter. Trzymał go w podziemnym garażu w tym bloku. Skutery nigdy go nie interesowały.
- Gdzie wynajął mieszkanie? – zapytała Karolina i wypiła łyk wody.
- W tym nowym wieżowcu, przy Rondzie Rataje.
- Pamiętasz numer mieszkania?
- Tak się składa, że zapamiętałam. – Monika pociągnęła nosem. – Mieszkanie 127. Na ostatnim piętrze.
Karolina omal nie upuściła szklanki. Ostatnie piętro dokładnie nad mieszkaniem Mietkowskiego. Z widokiem na Łacinę.
- Wiesz, co było najdziwniejsze? – Monika nie skończyła jeszcze festiwalu rewelacji. – W tym pustym mieszkaniu na środku pokoju stało metalowe wiadro. Były w nim resztki spalonych kartek papieru i to – sięgnęła do torby, którą cały czas trzymała przy sobie. Wyjęła z niej ciemnobrązową, skórzaną oprawę po książce, z której ktoś wyrwał wszystkie kartki. Chociaż skóra lekko się nadpaliła, na grzbiecie bez problemu można dało się odczytać, że była to kiedyś kronika parafialna z 1811 roku. – Nic już z tego nie rozumiem – pokręciła głową.
Karolina rozumiała coraz więcej, chociaż jej racjonalistyczny umysł bronił się przed taką interpretacją. Chwyciła Monikę za rękę.
- Możesz być pewna, że Mariusz bardzo cię kochał i nigdy by ciebie nie zdradził. – Tego była absolutnie pewna. – Prawdopodobnie przeszedł jakieś załamanie. Gliniarzom to się zdarza. Taka praca. Mariusz został dzisiaj pochowany z honorami. Pamiętamy go jako dobrego policjanta i wspaniałego człowieka. Niech tak zostanie. Rozumiesz?
Monika pokiwała głową i z całych sił objęła Karolinę.
- Mam do ciebie prośbę i nie przyjmę odmowy. – Postarała się o uśmiech. – Chcę, żebyś zaopiekowała się skuterem po Mariuszu. Ja się na tym nie znam.
- Niech będzie – zgodziła się Karolina.
Monika została jeszcze chwilę, żeby ochłonąć, a kiedy wyszła, Gehl wyjęła z szuflady biurka kopię zeznań Mietkowskiego i zaczęła z uwagą czytać tekst, który kilka dni temu tylko pobieżnie przejrzała.

Udałem się na Łacinę, żeby zatknąć poświęcone gałązki na ziemi, którą opanował Płonnik. To jedyny sposób na powstrzymanie demona. W przeciwnym razie byłby aktywny przez resztę oktawy Bożego Ciała. To raptem kilka dni, ale kto wie, ilu ludzi mógł jeszcze zabić. Przyszedł się zemścić za to, co spotkało go dwieście lat temu. Tym razem nie zamierzał wycinać zboża, którego na Ławicy i tak od dawna już nie ma. Przewidziałem, kiedy nastąpi jego aktywność. Próbowałem o tym mówić, ale nikt mnie nie słuchał. Musiałem sam temu zapobiec. Przyszedłem z gałązkami, które poświęciłem w kościele. Gdy byłem już na miejscu zbrodni, nadeszło dwóch policjantów, przedstawili się i zapytali, co tu robię. Próbowałem wytłumaczyć, a wtedy ten ubrany po cywilnemu, który przedstawił się jako Mariusz Klonowski, wydał z siebie krzyk i na moich oczach zmienił się w pół człowieka, pół psa. Jedna z jego rąk nadal przypominała ludzką i bardzo się wydłużyła. Trzymał w niej duży sierp. Zamachnął się szeroko i odciął głowę policjantowi w mundurze. Następnie skierował się w moją stronę. Sięgnąłem błyskawicznie do plecaka, wyjąłem z niego gałązki i wbiłem w ziemię. Płonnik zatrzymał się i znowu przeraźliwie ryknął. Zaczął się jakby rozdwajać. Wyłoniła się z niego postać policjanta, bezwładna, chwiejąca się. Płonnik odciął mu głowę, zanim ten zdążył upaść. Potem demon stał, przez chwilę mierząc mnie nienawistnym wzrokiem, a następnie rozpłynął się w powietrzu. Zrozumiałem, że udało się go pozbyć. Niestety, odchodząc, zdążył jeszcze zabić człowieka, którego ciałem zawładnął. Kiedy po demonie nie pozostał już żaden ślad, z przerażeniem zauważyłem, że trzymam w ręku jego sierp. W tym samym momencie pojawiła się policjantka. Płonnik zemścił się na mnie. Odpowiem teraz za jego zbrodnie.
PS. Cały czas mam wrażenie, jakbym już gdzieś widział tego policjanta. Tego Klonowskiego.

*

Następnego dnia, bardzo wczesnym rankiem Karolina złożyła wizytę właścicielowi, od którego Mariusz wynajął mieszkanie. Poinformowała, że podkomisarz Klonowski wykonywał tajne zadanie, do którego potrzebne było mieszkanie operacyjne.
- Proszę zachować ten fakt w absolutnej tajemnicy. Ten człowiek nigdy tutaj nie mieszkał. Nigdy go pan nie spotkał. Jego żony również. Rozumiemy się? – zmierzyła właściciela surowym wzrokiem.
- Oczywiście – zapewnił przejęty mężczyzna.
Następnie wzięła skuter Klonowskiego i pojechała nad Jezioro Kierskie, leżące na granicy miasta. Znalazła najbardziej odludne miejsce, rozejrzała się uważnie dookoła i wepchnęła maszynę do wody. Wcześniej do małego bagażnika włożyła oprawę po kronice parafialnej. Przez chwilę pomyślała o Mietkowskim. Jemu nie mogła już pomóc.
Płonnik oznaczył teren. Wkrótce pewnie zaatakuje. Straciłem jedyną poszlakę świadczącą o jego istnieniu i zamiarach. Jestem pewien, że on to sprawił. Zresztą nawet gdybym pokazał kronikę na uczelni, i tak by mi nie uwierzyli. Nikt mi nie wierzy, ale wkrótce wszyscy się przekonają.

Gehl stwierdziła, że Mietkowskiemu trzeba się lepiej przyjrzeć. 
- Być może wydaje mu się, że jest tym demonem – wyjaśniła. – Postaraj się dowiedzieć, gdzie facet mieszka, a ja uderzę na uczelnię. 

*

W Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM dobrze znano Mietkowskiego. Na punkcie Płonnika miał prawdziwą obsesję. Pisał o nim w artykułach i pracach naukowych, które uczelnia odrzucała, nie chcąc narazić się na kompromitację. Próbował potwierdzić swoje teorie, powołując się, na kronikę parafialną z 1811 roku, w której zapisano historię schwytania i śmierci człowieka uważanego za Płonnika. 
- Zaproponowaliśmy Romkowi, żeby przyniósł tę kronikę, to zbadamy jej autentyczność – tłumaczył doktorant, który pracował z Mietkowskim. – Wczoraj miał dostarczyć eksponat. Nie zjawił się. Zadzwonił i opowiadał mocno roztrzęsionym głosem, że skradziono mu kronikę. Podobno na ulicy podjechał do niego ktoś na skuterze i wyrwał mu ją spod pachy. Przekonywaliśmy go, żeby zgłosił sprawę policji, ale odpowiedział, że to nic nie da. 
- A sam dokument? – interesowała się Gehl. – W jaki sposób Mietkowski wszedł w jego posiadanie? 
- Twierdził, że otrzymał w prezencie od nieżyjącego już sąsiada, który nie miał jej komu zostawić. Księga miała zostać uratowana w pożarze wiejskiego kościoła pod koniec XIX wieku. Od tej pory była przekazywana z pokolenia na pokolenie w rodzinie sąsiada. – Doktorant rozłożył ręce. – Taki dokument, nawet jeśli istnieje, nie jest dowodem na to, że po świecie chodzą demony czy inne siły nadprzyrodzone. Nie na tym polega etnologia.
- Domyśla się pan, gdzie może teraz być Roman?
- Nie mam pojęcia. Poprosił o tygodniowy urlop. Czy on narobił sobie problemów?
Zanim zdążyła zastanowić się nad odpowiedzią, zadzwonił Klonowski, prosząc o szybkie załatwienie pozwolenia wejścia do mieszkania Mietkowskiego. 
- Formalnie Mietkowski jest zameldowany u rodziców na Starym Mieście – relacjonował Klonowski – ale dwa tygodnie temu wyprowadził się od nich. Zamieszkał w ciekawym miejscu. Kojarzysz nowy wieżowiec przy Rondzie Rataje?
- Ten obok stacji benzynowej i dworca autobusowego?
- Dokładnie. A co znajduje się po drugiej stronie ulicy?
- Osiedla mieszkaniowe.
- A w kierunku wschodnim?
- O cholera! 
- Wieżowiec ma dwanaście pięter. On wynajął mieszkanie na jedenastym. Ma piękny widok na całą Łacinę – podsumował zadowolony z siebie Klonowski.
Za pół godziny Karolina Gehl była w wieżowcu z odpowiednim zezwoleniem i dwoma funkcjonariuszami. Trzydziestometrową kawalerkę z aneksem kuchennym urządzono bardzo skromnie. Tapczan, szafka, jedno krzesło, w małej lodówce serek topiony i napoczęty sok. Jedynym przedmiotem burzącym ascetyczny wizerunek był teleskop stojący przy oknie. Brakowało dwóch najważniejszych elementów. Lokatora i narzędzia zbrodni. 
- Karolino, czy możesz tu podejść!? – zawołał Klonowski patrząc przez lunetę.
- To chyba on – ucieszyła się, zerkając przez teleskop. Wśród wysokich traw Łaciny szedł jakiś mężczyzna z podręcznym plecakiem. – Odwiedza miejsce zbrodni. Wyjdziemy mu na spotkanie.
Wchodząc na teren Łaciny, rozdzielili się, żeby otoczyć Mietkowskiego. Gehl razem z jednym policjantem skradała się pochylona w trawie. Gdzieś z drugiej strony przedzierał się Klonowski z drugim funkcjonariuszem. Karolina zbliżyła się do samotnie rosnącego drzewa. Wtedy usłyszała przeraźliwy krzyk. Razem z towarzyszącym jej policjantem zaczęła biec z całych sił. Rozległ się kolejny krzyk. Wiedziała, że jest już blisko. Dopadła wreszcie wąskiej ścieżki, na której popełniono morderstwo, i zamarła. Ciała Klonowskiego i drugiego policjanta leżały jedno na drugim, a tuż obok ich głowy. Nad zabitymi stał mężczyzna trzymający w ręku zakrwawiony sierp. Karolina, z trudem opanowując drżenie na całym ciele, wycelowała w niego pistolet. Mietkowski upuścił sierp i uniósł ręce w górę.
- Ja tego nie zrobiłem – wyjąkał.
- Zamknij się gnoju! – wrzasnęła komisarz i osobiście zakuła go w kajdanki, zaciskając je najmocniej, jak się dało.

*

Po uroczystościach pogrzebowych szef poznańskiej policji zaprosił komisarz Gehl do swojego gabinetu. Zaproponował, żeby udała się na dłuższy urlop. Przekonywał, że to się jej należy, a nawet jest bardzo wskazane.
- Czym sobie zasłużyłam? – Wzruszyła ramionami. – Zginęło dwóch policjantów, za których odpowiadałam.
- Ujęłaś niebezpiecznego psychopatę – przypomniał komendant. – Prokurator postawił mu już zarzut zabójstwa czterech osób. 
- Mietkowski nie przyznaje się.
- To nie ma znaczenia. Dowody są aż nadto oczywiste. Jedyne, czego uczepi się obrona, to próba uznania go za niepoczytalnego, ale ja do tego nie dopuszczę. – Komendant zacisnął zęby. – Załatwił dwóch naszych.
- Nadal nie potrafię zrozumieć, jak ktoś uzbrojony tylko w sierp, mógł zabić dwóch policjantów z bronią – Gehl po raz nie wiadomo który w ciągu ostatnich kilku dni zadała to pytanie. 
- Błagam cię, Karolino, nie rozpamiętuj już tego, bo zwariujesz. – Spojrzał na nią ze współczuciem. – Musisz wrócić do równowagi. Jesteś silna. Dasz radę.
Podziękowała szefowi i pojechała do swojego mieszkania, żeby pobyć trochę w czterech ścianach. W pracy rzeczywiście trudno było jej wytrzymać. Wszystko przypominało jej o Klonowskim. 
Ledwie jednak zamknęła za sobą drzwi i usadowiła się na sofie, rozległ się dzwonek domofonu. Żona, a właściwie już wdowa po Klonowskim. Były dobrymi koleżankami, ale od śmierci męża Monika się z nią nie kontaktowała.
- Przepraszam, że tak bez zapowiedzi, ale musiałam się z tobą zobaczyć.
Widok jej smutnej twarzy chwytał ze serce. Karolina zaprosiła ją do pokoju. 
- Jeżeli mogę ci w czymś pomóc… - zaczęła, ale Monika szybko jej przerwała.
- Wybacz, że nie odzywałam się tak długo. Chcę, żebyś wiedziała, że nikogo z policji nie obwiniam za śmierć Mariusza, a zwłaszcza nie ciebie.
- Dziękuję. To dla mnie bardzo ważne.
- Chciałam o coś zapytać. – Monika mocno zaciskała dłonie. – Pracowałaś z nim. Czy Mariusz miał kogoś? To znaczy inną kobietę.
- Skąd ci to przyszło do głowy? – mogła spodziewać się każdego pytania, ale nie tego.
- On był ostatnio jakiś inny. Unikał mnie. Przestał ze mną sypiać. Spędzał noc w drugim pokoju na kanapie. – Monika otarła łzy. – Wiem, że to nie mogłaś być ty. Po prostu cię znam. Boże, co ja wygaduję. – Wyjęła chusteczkę.
Karolina nalała jej szklankę wody. Sobie też.
- Od kiedy zaczął się tak zachowywać?
- Parę dni przed śmiercią. A ostatnią noc spędził poza domem. Oświadczył, że ma nagłe wezwanie. Wrócił nad ranem. Wystraszyłam się, bo na twarzy miał ślady krwi. Szybko je zmył. To nie była jego krew. Pytałam, co się stało, ale nie chciał ze mną rozmawiać. Zjadł śniadanie i znowu wyszedł. Czy on naprawdę miał jakąś nocną akcję?
- W tej chwili nie pamiętam. – Karolina przyłożyła dłoń do skroni. Doskonale wiedziała, że tamtej nocy Mariusz nie był nigdzie wzywany.
- Dzisiaj dowiedziałam się, że wynajął mieszkanie – ciągnęła Monika. – Właściciel zobaczył jego zdjęcie w gazecie. Sporo o tym pisano. Skontaktował się ze mną i zwrócił zaliczkę, którą wpłacił Mariusz. Dobrze, że można jeszcze spotkać takich ludzi. Zgodził się też, żebym na chwilę zajrzała do tego mieszkania. To była mała kawalerka. Nie zdążył jej nawet umeblować. Puste ściany, jakby nikt tam nie mieszkał. Jest jeszcze jedna rzecz – nie mogła powstrzymać potoku słów. – Mariusz kupił sobie skuter. Trzymał go w podziemnym garażu w tym bloku. Skutery nigdy go nie interesowały.
- Gdzie wynajął mieszkanie? – zapytała Karolina i wypiła łyk wody.
- W tym nowym wieżowcu, przy Rondzie Rataje. 
- Pamiętasz numer mieszkania? 
- Tak się składa, że zapamiętałam. – Monika pociągnęła nosem. – Mieszkanie 127. Na ostatnim piętrze.
Karolina omal nie upuściła szklanki. Ostatnie piętro dokładnie nad mieszkaniem Mietkowskiego. Z widokiem na Łacinę.
- Wiesz, co było najdziwniejsze? – Monika nie skończyła jeszcze festiwalu rewelacji. – W tym pustym mieszkaniu na środku pokoju stało metalowe wiadro. Były w nim resztki spalonych kartek papieru i to – sięgnęła do torby, którą cały czas trzymała przy sobie. Wyjęła z niej ciemnobrązową, skórzaną oprawę po książce, z której ktoś wyrwał wszystkie kartki. Chociaż skóra lekko się nadpaliła, na grzbiecie bez problemu można dało się odczytać, że była to kiedyś kronika parafialna z 1811 roku. – Nic już z tego nie rozumiem – pokręciła głową. 
Karolina rozumiała coraz więcej, chociaż jej racjonalistyczny umysł bronił się przed taką interpretacją. Chwyciła Monikę za rękę.
- Możesz być pewna, że Mariusz bardzo cię kochał i nigdy by ciebie nie zdradził. – Tego była absolutnie pewna. – Prawdopodobnie przeszedł jakieś załamanie. Gliniarzom to się zdarza. Taka praca. Mariusz został dzisiaj pochowany z honorami. Pamiętamy go jako dobrego policjanta i wspaniałego człowieka. Niech tak zostanie. Rozumiesz?
Monika pokiwała głową i z całych sił objęła Karolinę. 
- Mam do ciebie prośbę i nie przyjmę odmowy. – Postarała się o uśmiech. – Chcę, żebyś zaopiekowała się skuterem po Mariuszu. Ja się na tym nie znam. 
- Niech będzie – zgodziła się Karolina.
Monika została jeszcze chwilę, żeby ochłonąć, a kiedy wyszła, Gehl wyjęła z szuflady biurka kopię zeznań Mietkowskiego i zaczęła z uwagą czytać tekst, który kilka dni temu tylko pobieżnie przejrzała. 

Udałem się na Łacinę, żeby zatknąć poświęcone gałązki na ziemi, którą opanował Płonnik. To jedyny sposób na powstrzymanie demona. W przeciwnym razie byłby aktywny przez resztę oktawy Bożego Ciała. To raptem kilka dni, ale kto wie, ilu ludzi mógł jeszcze zabić. Przyszedł się zemścić za to, co spotkało go dwieście lat temu. Tym razem nie zamierzał wycinać zboża, którego na Ławicy i tak od dawna już nie ma. Przewidziałem, kiedy nastąpi jego aktywność. Próbowałem o tym mówić, ale nikt mnie nie słuchał. Musiałem sam temu zapobiec. Przyszedłem z gałązkami, które poświęciłem w kościele. Gdy byłem już na miejscu zbrodni, nadeszło dwóch policjantów, przedstawili się i zapytali, co tu robię. Próbowałem wytłumaczyć, a wtedy ten ubrany po cywilnemu, który przedstawił się jako Mariusz Klonowski, wydał z siebie krzyk i na moich oczach zmienił się w pół człowieka, pół psa. Jedna z jego rąk nadal przypominała ludzką i bardzo się wydłużyła. Trzymał w niej duży sierp. Zamachnął się szeroko i odciął głowę policjantowi w mundurze. Następnie skierował się w moją stronę. Sięgnąłem błyskawicznie do plecaka, wyjąłem z niego gałązki i wbiłem w ziemię. Płonnik zatrzymał się i znowu przeraźliwie ryknął. Zaczął się jakby rozdwajać. Wyłoniła się z niego postać policjanta, bezwładna, chwiejąca się. Płonnik odciął mu głowę, zanim ten zdążył upaść. Potem demon stał, przez chwilę mierząc mnie nienawistnym wzrokiem, a następnie rozpłynął się w powietrzu. Zrozumiałem, że udało się go pozbyć. Niestety, odchodząc, zdążył jeszcze zabić człowieka, którego ciałem zawładnął. Kiedy po demonie nie pozostał już żaden ślad, z przerażeniem zauważyłem, że trzymam w ręku jego sierp. W tym samym momencie pojawiła się policjantka. Płonnik zemścił się na mnie. Odpowiem teraz za jego zbrodnie.
PS. Cały czas mam wrażenie, jakbym już gdzieś widział tego policjanta. Tego Klonowskiego.


*

Następnego dnia, bardzo wczesnym rankiem Karolina złożyła wizytę właścicielowi, od którego Mariusz wynajął mieszkanie. Poinformowała, że podkomisarz Klonowski wykonywał tajne zadanie, do którego potrzebne było mieszkanie operacyjne.
- Proszę zachować ten fakt w absolutnej tajemnicy. Ten człowiek nigdy tutaj nie mieszkał. Nigdy go pan nie spotkał. Jego żony również. Rozumiemy się? – zmierzyła właściciela surowym wzrokiem.
- Oczywiście – zapewnił przejęty mężczyzna.
Następnie wzięła skuter Klonowskiego i pojechała nad Jezioro Kierskie, leżące na granicy miasta. Znalazła najbardziej odludne miejsce, rozejrzała się uważnie dookoła i wepchnęła maszynę do wody. Wcześniej do małego bagażnika włożyła oprawę po kronice parafialnej. Przez chwilę pomyślała o Mietkowskim. Jemu nie mogła już pomóc.
Komisarz Karolina Gehl dokładni obejrzała znalezione zwłoki oraz miejsce zbrodni. Wczesnym rankiem dwóch bezdomnych znalazł jeden z ich kolegów „po fachu”. Najpierw zauważył siedzącego nieruchomo psa. Na widok leżących bezwładnie ciał z odciętymi głowami kolega zwymiotował, a następnie pobiegł prosto na komisariat. Bezdomni zginęli zaledwie sto metrów od ich koczowiska, czyli rozłożystego, samotnego drzewa i kilku krzaków. Idealna letnia rezydencja.
- Widziałem już zamordowanych bezdomnych – technik policyjny złożył komisarz Gehl wstępny raport – ale po raz pierwszy w taki sposób. Bardzo precyzyjna dekapitacja. Jedno cięcie zakrzywionym narzędziem. Specjalista z najwyższej półki.
- Czyli możemy wykluczyć tego, który ich odnalazł – skwitowała Gehl.
- Morderstwa dokonał ktoś o bardzo wysokim wzroście i sporej sile – tłumaczył technik. – Ich kumpel ma metr pięćdziesiąt w kapeluszu i z trudem utrzymuje butelkę z winem. 
Stali na ścieżce, dokładnie w miejscu, gdzie znaleziono Czesława i Wiesława. Wokół było już posprzątane. Teren zabezpieczono, ciała zabrano do policyjnego laboratorium, a Ugryź trafił do schroniska. 
- Szkoda, że prawdopodobnie jedyny świadek nic nam nie powie – westchnęła Gehl.
Niestety technik nie miał dla niej niczego na pocieszenie.
- Nie znaleźliśmy żadnych śladów, które mogłyby nas jakoś ukierunkować. W wózku typowe fanty bezdomnych. Nawet nie ruszone. Ktoś naprawdę zadbał, żeby to była czysta robota. 
- Zawodowiec morduje dwóch kloszardów. – Komisarz Gehl pokręciła głową. – Po co?
- Może w ramach treningu – stwierdził z całkowitą powagą technik – albo mamy do czynienia z psycholem robiącym to dla zabawy. Odezwę się, kiedy dokładnie ich przebadam.
Gehl wróciła do Komendy Miejskiej przy ulicy Szylinga. Poleciła rzecznikowi prasowemu wydanie stosownego komunikatu dla mediów, bardzo lakonicznego w swojej treści. Makabryczność zbrodni była doskonałą okazją dla tabloidów do stworzenia wizji psychopaty biegającego po Poznaniu i odcinającego ludziom głowy. Stąd już tylko krok do psychozy, która zawsze komplikuje śledztwo. Nie mogła pozwolić na żadne kompromitujące sytuacje. Ciężko pracowała na swoją obecną pozycję. Atrakcyjna, czterdziestoletnia brunetka miała bardzo wysokie notowania w poznańskiej policji.
Po południu zadzwonił technik. Oznajmił, że po dokładniejszym zbadaniu zwłok w zasadzie niewiele ma do dodania. Stwierdził jedynie, że narzędzie, którym odcięto głowy, było zardzewiałe. Problem w tym, że czymś takim trudno jest jednym cięciem skrócić dorosłego człowieka o głowę.
- Jak to wytłumaczyć? – spytała Karolina.
- Nie wiem – przyznał technik. – To musiał być naprawdę super siłacz. Tym bardziej… - zawahał się.
- Tak? – zachęciła go.
- Biorąc pod uwagę miejsca, w których stali w chwili śmierci, i przebieg cięcia, wygląda to tak, jakby morderca ściął ich za jednym razem.
- Dwie głowy? – upewniła się. 
- No tak – potwierdził – ale to już w ogóle wydaje się niemożliwe – dodał zaraz. – Tak chyba potrafili tylko samuraje i Podbipięta – starał się zażartować.
Podziękowała, przy okazji poprawiając technika, że niejaki Podbipięta miał na swoim koncie trzy głowy, i poprosiła, żeby jutro rano raport z sekcji trafił na jej biurko. Odkładając słuchawkę, westchnęła, ciesząc się, że rozmowy nie słyszeli dziennikarze. Wyobraziła sobie pierwsze strony gazet donoszące, że policja wytypowała już podejrzanych – samuraja i Podbipiętę. To byłby hit sezonu ogórkowego. 
Rozmyślania przerwał telefon. Policjantka dyżurująca w holu komendy poinformowała, że przyszedł człowiek w sprawie morderstwa bezdomnych. Gehl poleciła natychmiast przyprowadzić go na jej piętro, po wcześniejszym sprawdzeniu wykrywaczem metali. Wezwała swojego współpracownika Mariusz Klonowskiego i zapytała, czy poprowadzi z nią tę sprawę.
- Chyba nie mam wyjścia, Karolino – lubił się z nią trochę podroczyć. Znali się jak przysłowiowe „łyse konie”. – A przy okazji przekazuję serdeczne pozdrowienia od mojej żony.
- Dziękuję. Co u Moniki?
- W porządku. Pyta, kiedy wybierzesz się z nią na kawę.
- Powiedz jej, że niedługo, ale najpierw udam się z tobą na rozmowę z gościem, który podobno coś wie.
Niespodziewany gość, który podobno coś wiedział, czekał już w pokoju przesłuchań. Wysoki, w średnim wieku, ubrany skromnie w jasną koszulę i czarne spodnie. Przyprószone siwizną włosy zaczesane były na bok. 
- Marcin Proboszcz – przedstawił się, a Gehl poprosiła, żeby usiadł. Razem z Klonowskim zajęli miejsce po drugiej stronie małego stołu.
- Co ma pan nam do powiedzenia? – komisarz oparła splecione dłonie o blat.
- Jestem proboszczem parafii pod wezwaniem św. Rocha. – Widząc miny dwojga śledczych, uśmiechnął się krzywo. – Wiem, jak to brzmi. Ludzie zawsze reagują śmiechem albo pukają się w czoło, ale ja naprawdę nazywam się Proboszcz i jestem proboszczem. 
- Znam faceta o nazwisku Prymas – oznajmił Klonowski - ale on nie jest prymasem. 
- Przejdźmy do rzeczy. – Gehl zmierzyła współpracownika spojrzeniem przywołującym do porządku. – Pańska… przepraszam, księdza parafia jest położona najbliżej Łaciny.
- Po drugiej stronie ulicy – uściślił.
- Co księdzu wiadomo w sprawie morderstwa? 
Proboszcz opowiedział, jak podczas dyżuru w biurze parafialnym odwiedził go młody człowiek, który usłyszał w radiu o zamordowaniu dwóch bezdomnych. Twierdził, że już od dawna spodziewał się złych wydarzeń na Łacinie. Według jego słów ma tam grasować demon ukryty w ludzkim ciele, który czasem przybiera postać pół człowieka, pół psa. Demon, zwany Płonnikiem, w okresie oktawy Bożego Ciała wykrada zboże z niezżętych jeszcze kłosów. Zdolność tę miał posiąść, paktując z diabłem. Posługuje się wielkim sierpem, którym wśród łanów zbóż wycina wąską ścieżkę, znacząc w ten sposób obszar, który sobie upatrzył. Zboża na tak oznaczonym polu nie wydadzą plonów, a ziarna trafią do Płonnika. Co prawda, na Łacinie od dawna już niczego nie uprawiano, ale nieznajomy utrzymywał, że tym razem demon przybył, aby mścić się na ludziach. Dlatego zginęli bezdomni, którzy przypadkowo na niego trafili. Morderstwa mogą się powtarzać, a jedynym sposobem, aby powstrzymać demona, jest zatknięcie w ziemi poświęconych w kościele gałązek. 
- Wyciągnął z małego plecaka dwie zasuszone gałązki i domagał się, żebym je poświęcił – kończył swoją opowieść Proboszcz. – Kiedy odmówiłem, bardzo się zdenerwował. Krzyczał, że będę odpowiedzialny za kolejne tragedie, i wybiegł z biura parafialnego. Odczekałem jeszcze chwilę, żeby ochłonąć, a potem wyszedłem na zewnątrz. Ostrożnie obszedłem dookoła cały kościół, ale nie było po nim śladu. Zajrzałem do kościoła i zobaczyłem, jak zanurza gałązki w chrzcielnicy. Zacząłem krzyczeć, a on szybko uciekł. To musi być niezły wariat, ale ponieważ mówił o morderstwie, zdecydowałem, że przyjdę do państwa i o wszystkim opowiem.
- Bardzo dobrze ksiądz zrobił. – Gehl nabrała głębszego wdechu. – Proszę nam pomóc w sporządzeniu portretu pamięciowego tego człowieka. Rozumiem, że nie raczył się przedstawić.
- Przeciwnie. Mówił, że nazywa się Roman Mietkowski.
Po zakończeniu rozmowy policjanci wrócili do pokoju Gehl i zaczęli zastanawiać się nad tym, co usłyszeli od proboszcza.
- Moim zdaniem świr. – Ocena Klonowskiego nie pozostawiała marginesu na spekulacje.
- Zgadzam się tobą, ale czy świr nie może popełnić morderstwa? – zapytała ostrożnie Karolina. 
- Co proponujesz?
- Na początek sprawdźmy, czy on rzeczywiście tak się nazywa.
Usiadła przy komputerze i wpisała w wyszukiwarkę nazwisko wymienione przez księdza. Okazało się, że Roman Mietkowski ma swojego bloga. Jego zawartość wskazywała, że był to ten sam osobnik, który odwiedził proboszcza. Wszystkie wpisy poświęcone zostały stworom ze słowiańskiej mitologii. Na blogu roiło się od nazw demonów, strzyg, czarownic i upiorów. Autor najwięcej miejsca poświęcił Płonnikowi. 
Wiedza Mietkowskiego była jednak znacznie bardziej pogłębiona i nie opierała się jedynie na ludowych przekazach. Powołując się na odnalezioną kronikę parafialną z początku XIX wieku, opisywał historię ujęcia człowieka, którego podejrzewano, że jako Płonnik działa na terenie dzisiejszej Łaciny. W tamtych czasach obszar nie należał do miasta. Rozciągały się na nim pola i łąki. Nie wiadomo, w jaki sposób miejscowej ludności udało się odkryć, że jeden z ich sąsiadów wszedł w spółkę z siłami nieczystymi. Pewnego dnia człowiek ów został otoczony przez chłopów z widłami. Zamierzali wypędzić go ze wsi, ale on poderżnął sobie gardło dużym sierpem. Zanim to jednak zrobił, oznajmił, że jego duch nie zginie i powróci za dwieście lat, a wtedy zemści się na ludziach. 
- Gość ma fantazję – uśmiechnął się Klonowski. – Napisał coś o sobie?
- Niewiele. Ukończył etnologię na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, a później został zatrudniony na uczelni. – Gehl wróciła znowu do treści bloga. – Ostatni wpis pochodzi z poniedziałku.
- Z wczoraj?
- Tak. Kilkanaście godzin przed morderstwem. Posłuchaj, co napisał.

Płonnik oznaczył teren. Wkrótce pewnie zaatakuje. Straciłem jedyną poszlakę świadczącą o jego istnieniu i zamiarach. Jestem pewien, że on to sprawił. Zresztą nawet gdybym pokazał kronikę na uczelni, i tak by mi nie uwierzyli. Nikt mi nie wierzy, ale wkrótce wszyscy się przekonają.

Gehl stwierdziła, że Mietkowskiemu trzeba się lepiej przyjrzeć. 
- Być może wydaje mu się, że jest tym demonem – wyjaśniła. – Postaraj się dowiedzieć, gdzie facet mieszka, a ja uderzę na uczelnię. 

*

W Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM dobrze znano Mietkowskiego. Na punkcie Płonnika miał prawdziwą obsesję. Pisał o nim w artykułach i pracach naukowych, które uczelnia odrzucała, nie chcąc narazić się na kompromitację. Próbował potwierdzić swoje teorie, powołując się, na kronikę parafialną z 1811 roku, w której zapisano historię schwytania i śmierci człowieka uważanego za Płonnika. 
- Zaproponowaliśmy Romkowi, żeby przyniósł tę kronikę, to zbadamy jej autentyczność – tłumaczył doktorant, który pracował z Mietkowskim. – Wczoraj miał dostarczyć eksponat. Nie zjawił się. Zadzwonił i opowiadał mocno roztrzęsionym głosem, że skradziono mu kronikę. Podobno na ulicy podjechał do niego ktoś na skuterze i wyrwał mu ją spod pachy. Przekonywaliśmy go, żeby zgłosił sprawę policji, ale odpowiedział, że to nic nie da. 
- A sam dokument? – interesowała się Gehl. – W jaki sposób Mietkowski wszedł w jego posiadanie? 
- Twierdził, że otrzymał w prezencie od nieżyjącego już sąsiada, który nie miał jej komu zostawić. Księga miała zostać uratowana w pożarze wiejskiego kościoła pod koniec XIX wieku. Od tej pory była przekazywana z pokolenia na pokolenie w rodzinie sąsiada. – Doktorant rozłożył ręce. – Taki dokument, nawet jeśli istnieje, nie jest dowodem na to, że po świecie chodzą demony czy inne siły nadprzyrodzone. Nie na tym polega etnologia.
- Domyśla się pan, gdzie może teraz być Roman?
- Nie mam pojęcia. Poprosił o tygodniowy urlop. Czy on narobił sobie problemów?
Zanim zdążyła zastanowić się nad odpowiedzią, zadzwonił Klonowski, prosząc o szybkie załatwienie pozwolenia wejścia do mieszkania Mietkowskiego. 
- Formalnie Mietkowski jest zameldowany u rodziców na Starym Mieście – relacjonował Klonowski – ale dwa tygodnie temu wyprowadził się od nich. Zamieszkał w ciekawym miejscu. Kojarzysz nowy wieżowiec przy Rondzie Rataje?
- Ten obok stacji benzynowej i dworca autobusowego?
- Dokładnie. A co znajduje się po drugiej stronie ulicy?
- Osiedla mieszkaniowe.
- A w kierunku wschodnim?
- O cholera! 
- Wieżowiec ma dwanaście pięter. On wynajął mieszkanie na jedenastym. Ma piękny widok na całą Łacinę – podsumował zadowolony z siebie Klonowski.
Za pół godziny Karolina Gehl była w wieżowcu z odpowiednim zezwoleniem i dwoma funkcjonariuszami. Trzydziestometrową kawalerkę z aneksem kuchennym urządzono bardzo skromnie. Tapczan, szafka, jedno krzesło, w małej lodówce serek topiony i napoczęty sok. Jedynym przedmiotem burzącym ascetyczny wizerunek był teleskop stojący przy oknie. Brakowało dwóch najważniejszych elementów. Lokatora i narzędzia zbrodni. 
- Karolino, czy możesz tu podejść!? – zawołał Klonowski patrząc przez lunetę.
- To chyba on – ucieszyła się, zerkając przez teleskop. Wśród wysokich traw Łaciny szedł jakiś mężczyzna z podręcznym plecakiem. – Odwiedza miejsce zbrodni. Wyjdziemy mu na spotkanie.
Wchodząc na teren Łaciny, rozdzielili się, żeby otoczyć Mietkowskiego. Gehl razem z jednym policjantem skradała się pochylona w trawie. Gdzieś z drugiej strony przedzierał się Klonowski z drugim funkcjonariuszem. Karolina zbliżyła się do samotnie rosnącego drzewa. Wtedy usłyszała przeraźliwy krzyk. Razem z towarzyszącym jej policjantem zaczęła biec z całych sił. Rozległ się kolejny krzyk. Wiedziała, że jest już blisko. Dopadła wreszcie wąskiej ścieżki, na której popełniono morderstwo, i zamarła. Ciała Klonowskiego i drugiego policjanta leżały jedno na drugim, a tuż obok ich głowy. Nad zabitymi stał mężczyzna trzymający w ręku zakrwawiony sierp. Karolina, z trudem opanowując drżenie na całym ciele, wycelowała w niego pistolet. Mietkowski upuścił sierp i uniósł ręce w górę.
- Ja tego nie zrobiłem – wyjąkał.
- Zamknij się gnoju! – wrzasnęła komisarz i osobiście zakuła go w kajdanki, zaciskając je najmocniej, jak się dało.

*

Po uroczystościach pogrzebowych szef poznańskiej policji zaprosił komisarz Gehl do swojego gabinetu. Zaproponował, żeby udała się na dłuższy urlop. Przekonywał, że to się jej należy, a nawet jest bardzo wskazane.
- Czym sobie zasłużyłam? – Wzruszyła ramionami. – Zginęło dwóch policjantów, za których odpowiadałam.
- Ujęłaś niebezpiecznego psychopatę – przypomniał komendant. – Prokurator postawił mu już zarzut zabójstwa czterech osób. 
- Mietkowski nie przyznaje się.
- To nie ma znaczenia. Dowody są aż nadto oczywiste. Jedyne, czego uczepi się obrona, to próba uznania go za niepoczytalnego, ale ja do tego nie dopuszczę. – Komendant zacisnął zęby. – Załatwił dwóch naszych.
- Nadal nie potrafię zrozumieć, jak ktoś uzbrojony tylko w sierp, mógł zabić dwóch policjantów z bronią – Gehl po raz nie wiadomo który w ciągu ostatnich kilku dni zadała to pytanie. 
- Błagam cię, Karolino, nie rozpamiętuj już tego, bo zwariujesz. – Spojrzał na nią ze współczuciem. – Musisz wrócić do równowagi. Jesteś silna. Dasz radę.
Podziękowała szefowi i pojechała do swojego mieszkania, żeby pobyć trochę w czterech ścianach. W pracy rzeczywiście trudno było jej wytrzymać. Wszystko przypominało jej o Klonowskim. 
Ledwie jednak zamknęła za sobą drzwi i usadowiła się na sofie, rozległ się dzwonek domofonu. Żona, a właściwie już wdowa po Klonowskim. Były dobrymi koleżankami, ale od śmierci męża Monika się z nią nie kontaktowała.
- Przepraszam, że tak bez zapowiedzi, ale musiałam się z tobą zobaczyć.
Widok jej smutnej twarzy chwytał ze serce. Karolina zaprosiła ją do pokoju. 
- Jeżeli mogę ci w czymś pomóc… - zaczęła, ale Monika szybko jej przerwała.
- Wybacz, że nie odzywałam się tak długo. Chcę, żebyś wiedziała, że nikogo z policji nie obwiniam za śmierć Mariusza, a zwłaszcza nie ciebie.
- Dziękuję. To dla mnie bardzo ważne.
- Chciałam o coś zapytać. – Monika mocno zaciskała dłonie. – Pracowałaś z nim. Czy Mariusz miał kogoś? To znaczy inną kobietę.
- Skąd ci to przyszło do głowy? – mogła spodziewać się każdego pytania, ale nie tego.
- On był ostatnio jakiś inny. Unikał mnie. Przestał ze mną sypiać. Spędzał noc w drugim pokoju na kanapie. – Monika otarła łzy. – Wiem, że to nie mogłaś być ty. Po prostu cię znam. Boże, co ja wygaduję. – Wyjęła chusteczkę.
Karolina nalała jej szklankę wody. Sobie też.
- Od kiedy zaczął się tak zachowywać?
- Parę dni przed śmiercią. A ostatnią noc spędził poza domem. Oświadczył, że ma nagłe wezwanie. Wrócił nad ranem. Wystraszyłam się, bo na twarzy miał ślady krwi. Szybko je zmył. To nie była jego krew. Pytałam, co się stało, ale nie chciał ze mną rozmawiać. Zjadł śniadanie i znowu wyszedł. Czy on naprawdę miał jakąś nocną akcję?
- W tej chwili nie pamiętam. – Karolina przyłożyła dłoń do skroni. Doskonale wiedziała, że tamtej nocy Mariusz nie był nigdzie wzywany.
- Dzisiaj dowiedziałam się, że wynajął mieszkanie – ciągnęła Monika. – Właściciel zobaczył jego zdjęcie w gazecie. Sporo o tym pisano. Skontaktował się ze mną i zwrócił zaliczkę, którą wpłacił Mariusz. Dobrze, że można jeszcze spotkać takich ludzi. Zgodził się też, żebym na chwilę zajrzała do tego mieszkania. To była mała kawalerka. Nie zdążył jej nawet umeblować. Puste ściany, jakby nikt tam nie mieszkał. Jest jeszcze jedna rzecz – nie mogła powstrzymać potoku słów. – Mariusz kupił sobie skuter. Trzymał go w podziemnym garażu w tym bloku. Skutery nigdy go nie interesowały.
- Gdzie wynajął mieszkanie? – zapytała Karolina i wypiła łyk wody.
- W tym nowym wieżowcu, przy Rondzie Rataje. 
- Pamiętasz numer mieszkania? 
- Tak się składa, że zapamiętałam. – Monika pociągnęła nosem. – Mieszkanie 127. Na ostatnim piętrze.
Karolina omal nie upuściła szklanki. Ostatnie piętro dokładnie nad mieszkaniem Mietkowskiego. Z widokiem na Łacinę.
- Wiesz, co było najdziwniejsze? – Monika nie skończyła jeszcze festiwalu rewelacji. – W tym pustym mieszkaniu na środku pokoju stało metalowe wiadro. Były w nim resztki spalonych kartek papieru i to – sięgnęła do torby, którą cały czas trzymała przy sobie. Wyjęła z niej ciemnobrązową, skórzaną oprawę po książce, z której ktoś wyrwał wszystkie kartki. Chociaż skóra lekko się nadpaliła, na grzbiecie bez problemu można dało się odczytać, że była to kiedyś kronika parafialna z 1811 roku. – Nic już z tego nie rozumiem – pokręciła głową. 
Karolina rozumiała coraz więcej, chociaż jej racjonalistyczny umysł bronił się przed taką interpretacją. Chwyciła Monikę za rękę.
- Możesz być pewna, że Mariusz bardzo cię kochał i nigdy by ciebie nie zdradził. – Tego była absolutnie pewna. – Prawdopodobnie przeszedł jakieś załamanie. Gliniarzom to się zdarza. Taka praca. Mariusz został dzisiaj pochowany z honorami. Pamiętamy go jako dobrego policjanta i wspaniałego człowieka. Niech tak zostanie. Rozumiesz?
Monika pokiwała głową i z całych sił objęła Karolinę. 
- Mam do ciebie prośbę i nie przyjmę odmowy. – Postarała się o uśmiech. – Chcę, żebyś zaopiekowała się skuterem po Mariuszu. Ja się na tym nie znam. 
- Niech będzie – zgodziła się Karolina.
Monika została jeszcze chwilę, żeby ochłonąć, a kiedy wyszła, Gehl wyjęła z szuflady biurka kopię zeznań Mietkowskiego i zaczęła z uwagą czytać tekst, który kilka dni temu tylko pobieżnie przejrzała. 

Udałem się na Łacinę, żeby zatknąć poświęcone gałązki na ziemi, którą opanował Płonnik. To jedyny sposób na powstrzymanie demona. W przeciwnym razie byłby aktywny przez resztę oktawy Bożego Ciała. To raptem kilka dni, ale kto wie, ilu ludzi mógł jeszcze zabić. Przyszedł się zemścić za to, co spotkało go dwieście lat temu. Tym razem nie zamierzał wycinać zboża, którego na Ławicy i tak od dawna już nie ma. Przewidziałem, kiedy nastąpi jego aktywność. Próbowałem o tym mówić, ale nikt mnie nie słuchał. Musiałem sam temu zapobiec. Przyszedłem z gałązkami, które poświęciłem w kościele. Gdy byłem już na miejscu zbrodni, nadeszło dwóch policjantów, przedstawili się i zapytali, co tu robię. Próbowałem wytłumaczyć, a wtedy ten ubrany po cywilnemu, który przedstawił się jako Mariusz Klonowski, wydał z siebie krzyk i na moich oczach zmienił się w pół człowieka, pół psa. Jedna z jego rąk nadal przypominała ludzką i bardzo się wydłużyła. Trzymał w niej duży sierp. Zamachnął się szeroko i odciął głowę policjantowi w mundurze. Następnie skierował się w moją stronę. Sięgnąłem błyskawicznie do plecaka, wyjąłem z niego gałązki i wbiłem w ziemię. Płonnik zatrzymał się i znowu przeraźliwie ryknął. Zaczął się jakby rozdwajać. Wyłoniła się z niego postać policjanta, bezwładna, chwiejąca się. Płonnik odciął mu głowę, zanim ten zdążył upaść. Potem demon stał, przez chwilę mierząc mnie nienawistnym wzrokiem, a następnie rozpłynął się w powietrzu. Zrozumiałem, że udało się go pozbyć. Niestety, odchodząc, zdążył jeszcze zabić człowieka, którego ciałem zawładnął. Kiedy po demonie nie pozostał już żaden ślad, z przerażeniem zauważyłem, że trzymam w ręku jego sierp. W tym samym momencie pojawiła się policjantka. Płonnik zemścił się na mnie. Odpowiem teraz za jego zbrodnie.
PS. Cały czas mam wrażenie, jakbym już gdzieś widział tego policjanta. Tego Klonowskiego.


*

Następnego dnia, bardzo wczesnym rankiem Karolina złożyła wizytę właścicielowi, od którego Mariusz wynajął mieszkanie. Poinformowała, że podkomisarz Klonowski wykonywał tajne zadanie, do którego potrzebne było mieszkanie operacyjne.
- Proszę zachować ten fakt w absolutnej tajemnicy. Ten człowiek nigdy tutaj nie mieszkał. Nigdy go pan nie spotkał. Jego żony również. Rozumiemy się? – zmierzyła właściciela surowym wzrokiem.
- Oczywiście – zapewnił przejęty mężczyzna.
Następnie wzięła skuter Klonowskiego i pojechała nad Jezioro Kierskie, leżące na granicy miasta. Znalazła najbardziej odludne miejsce, rozejrzała się uważnie dookoła i wepchnęła maszynę do wody. Wcześniej do małego bagażnika włożyła oprawę po kronice parafialnej. Przez chwilę pomyślała o Mietkowskim. Jemu nie mogła już pomóc.

środa, 29 maja 2013

Jezuita

Kiedy tworzyłem postać jezuity nie miałem pojęcia o istnieniu innego, prawdziwego, który niedawno bardzo awansował ;)
Widziałem natomiast, że oni wymykają się prostym schematom duchowieństwa i tak go sobie zaprojektowałem. Nie wiem czy ktoś taki istnieje, ale medytacje prowadzą...

---------------------------------------
(...) Czmychnął ze sklepiku i odszedł kilkanaście metrów. Wtedy podszedł do niego jakiś nieznajomy. Był mniej więcej w tym samym wieku i podobnego wzrostu, co Maciej. Nosił jeansy i niebieską koszulę. Ciemne włosy przycięte tak krótko, że prześwitywała skóra. Zarost na twarzy miał taką samą długość jak włosy.
- Dzień dobry, nazywam się Rafał Moraski – przedstawił się – proszę poświęcić mi trochę czasu.
- O co chodzi? Nie znam pana? – Maciej spoglądał na niego z nieufnością.
- Wiem, że próbował pan namówić Albina Kowalika do napisania kontynuacji jego powieści, w której odmieniłby los młodej bohaterki, pozostawionej w innym wymiarze – Moraski przeszedł od razu do tematu.
- Jest pan dziennikarzem z jakiegoś brukowca – założył Maciej. – Nie dopadliście mnie pod komisariatem na Kochanowskiego, więc próbujecie teraz.
Pokręcił głową.
- Nie jestem dziennikarzem, ale dowiedziałem się o panu z mediów.
- To kim pan jest i czego pan chce? A może Kowalik jednak złożył pozew i wynajął adwokata – przestraszył się Maciej.
- Nie mam nic wspólnego z Kowalikiem, przychodzę we własnym imieniu. Jestem jezuitą.
- Kim?
- Jezuitą.
- Duchowny?
- Można do mnie mówić po prostu Rafał.
- Występuje ojciec w cywilu? – Maciej nie zamierzał się spoufalać.
- Habit lub koloratka za bardzo rzucałby się w oczy, a mnie zależy na dyskrecji.
- Wie ojciec, na czym mnie zależy? Na odpoczynku. Zamierzam wyciszyć się we własnych czterech ścianach, a jutro powrócić do normalności.
- Odnosi pan wrażenie jakby dziewczyna z książki nie była tylko fikcją, ale żywą osobą, której trzeba pomóc – jezuita patrzył Maciejowi prosto w oczy.
- Tak napisały gazety? – Maciej nie potrafił zapanować nad swoim zaniepokojeniem.
- Ja tak uważam.
- Proszę zostawić mnie w spokoju. Żałuję tego, co zrobiłem i nie mam zamiaru do tego wracać – to mówiąc wyminął jezuitę i zamierzał ruszyć dalej.
- A gdyby okazało się, że to pan ma rację? – Nie dawał za wygraną.
Maciej odwrócił się i tym razem przyjrzał mu się jeszcze uważniej.
- Odnoszę wrażenie, że to jednak dziennikarska prowokacja, ale ja nie dam się nabrać.
- Przysięgam, że to nie prowokacja – rozmówca cierpliwie i ze zrozumieniem przyjmował nieufność Macieja.
- Proszę udowodnić, że jest pan tym, za kogo się podaje.
Ten w odpowiedzi wyjął z kieszeni spodni portfel, a z niego dowód osobisty i podał go Maciejowi, który nie wziął go do ręki, ale spojrzał sprawdzając dane i zdjęcie.
- Rzeczywiście dowód należy do Rafała Moraskiego i nawet na zdjęciu widać podobieństwo. W dowodach osobistych jak wiadomo nie ma informacji o zawodzie, więc nadal nie mam pewności, kim pan jest.
- Gdybym założył służbowy strój z pewnością również byłby pan nieufny sądząc, że to dziennikarska maskarada, ale ja przychodzę do pana, ponieważ mam podobne przeczucia, co do bohaterki książki Kowalika. Opisana osoba naprawdę istnieje i nazywa się Wiktoria Weronika Karsten. Mam nadzieję, że nadal istnieje.
Maciej czuł, że niewidoczne imadło ściska mu głowę wywołując nerwowe pulsowanie. Zaczął ciężko oddychać.
- Proszę posłuchać – wycedził przez zęby. – Właśnie próbuję o tym zapomnieć, moje urojenia wynikają być może z jakiegoś przemęczenia, załamania, więc proszę nie zawracać mi głowy.
- Znałem osobiście Wiktorię.
- Mieliście romans? – Zakpił Maciej.
- Muszę pana rozczarować, tak się dziwnie składa, że dochowuję celibatu – jezuita bynajmniej nie obraził się, wyglądał nawet na lekko rozbawionego. – Prowadzę grupę medytacyjną, na którą uczęszczała Wiktoria.
- Medytacje? Myślałem, że tym zajmują się buddyści.
- Nie tylko. Medytacja chrześcijańska również ma wielu zwolenników. Wracając do Wiktorii ostatni raz miałem z nią kontakt pod koniec marca. Po spotkaniu naszej grupy medytacyjnej, powiedziała, że wyjeżdża za granicę, do Szwecji, zabawi tam do połowy kwietnia. Zaprosiła ją koleżanka, rodowita Szwedka, która przebywała w Poznaniu podczas ubiegłorocznych staży wakacyjnych. Zdziwiłem się trochę skąd tak nagła decyzja. Wiktoria śmiała się i tłumaczyła, że lubi wyzwania, co wiadomo było każdemu, kto ją znał. Podczas nieobecności nie odezwała się ani razu, nie odbierała telefonu. Nie wróciła w zapowiadanym terminie i nie kontaktowała się z nikim ze znajomych. Trochę mnie to zaniepokoiło. Zacząłem, więc wypytywać wśród wszystkich, o których wiedziałem, że mogli ją znać.
- Co studiowała? – Przerwał Maciej.
- Archeologię. Właściwie już skończyła. Po wakacjach miała obronić magisterkę i podjąć pracę w Muzeum Archeologicznym.
- No i czego się ojciec dowiedział na uczelni – Maciej z trudem udawał, że nie wciąga go opowieść o Wiktorii Weronice.
- Rozmawiałem z ludźmi z jej roku i spoza studiów, którzy mieli z nią kontakt. Wszystkim mówiła, że jedzie do znajomej ze Szwecji. Przypomnieli sobie nawet tę dziewczynę. Mieszka w Uppsala. Zdaje się Pernilla. Również studiowała archeologię i rzeczywiście gościła w Poznaniu. Weronika bardzo się z nią zaprzyjaźniła. Często korespondowały. Dostałem numer telefonu do Pernilli i zadzwoniłem pytając o Wiktorię. Powiedziała, że owszem Wiktoria zatrzymała się u niej na noc z dziewiętnastego na dwudziestego marca. Mówiła, że zawsze marzyła o zwiedzeniu północnej Szwecji i właśnie wybrała się w samotną podróż. Pernilla i tak nie mogła jej towarzyszyć, miała zajęcia na uczelni i pracowała. Wiktoria zatrzymała się u koleżanki w Uppsala także w drodze powrotnej. Pokazywała zdjęcia zrobione w drodze. Nie pojechała na daleką szwedzką północ, raczej w kierunku granicy z Norwegią, ale i tak była bardzo zadowolona, podekscytowana. Pożegnały się dwudziestego szóstego marca wczesnym rankiem. Wiktoria spieszyła się. Na prom odpływający z Okselesund do Gdańska.
- Czym podróżowała po Szwecji?
- Samochodem ze szwedzkiej wypożyczalni.
- Czy to nie zbyt kosztowne dla polskiej studentki? Chyba, że ma bogatych rodziców.
Jezuita pokręcił głową.
- Jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym, kiedy miała dziewiętnaście lat, nie należeli do majętnych. Od tego czasu radzi sobie sama. Jest dzielna, ale nie przelewa jej się.
- Ma rodzeństwo?
- Jest jedynaczką.
- W takim razie to dziwne, że stać ją było na prywatny wypad w głąb Szwecji i to wozem z wypożyczalni, które u nas nie należą do tanich, a co dopiero tam.
- To najmniej dziwna sprawa. Chce pan posłuchać dalszego ciągu?
- Dobrze, proszę już dokończyć – Maciej obojętnie wzruszył ramionami, a w środku aż trząsł się z ciekawości.
- Ze słów Pernilli wynikało, że Wiktoria wypłynęła ze Szwecji dwudziestego szóstego marca o godzinie trzynastej. Prom z Okselesund do Gdańska płynie około osiemnastu godzin. Dodajmy pięć godzin jazdy pociągiem z Gdańska do Poznania, czas oczekiwania na pociąg w Gdańsku, opóźnienia tradycyjne dla kolei. Najpóźniej dwudziestego siódmego wieczorem powinna być w domu. Dlaczego więc nie pojawiła się, nie skontaktowała się z nikim ze znajomych? Nie należała do samotników. Cechowała ją towarzyskość i otwartość na kontakty z ludźmi. Po rozmowie z Pernillą podzieliłem się swoimi wątpliwościami z Policją. Nie kwapili się do żadnych czynności. Wiktoria jest dorosłą, niezależna osobą, może wyjeżdżać dokąd chce i na jak długo zapragnie bez informowania o tym nikogo. W wkrótce otrzymałem list od Wiktorii. Wysłany z Warszawy. Pisała w nim, że opuszcza kraj i wylatuje samolotem do Toronto.
- Do Kanady?
- List miała napisać tuż przed wylotem. Znaczek i stempel pocztowy wskazywały, iż rzeczywiście został wysłany ze stolicy. Krótki list od Wiktorii, wyjaśniający, co się z nią dzieje i co zamierza. Jestem pewien, że nie ona była autorką listu.
- Skąd takie założenie?
- Wiktoria nie pisuje tradycyjnych pocztowych listów. Uznaje tylko e-maile.
- Może nie miała dostępu do Internetu.
- W dzisiejszych czasach bardzo mało prawdopodobne, zwłaszcza w dużym mieście.
- Istnieje wariant, że postanowiła szukać szczęścia za oceanem i skończyła, jako bezdomna. Dla wielu Polaków tak kończy się emigracja.
- Sądzę, że Wiktoria nigdy nie była w Toronto ani w innym miejscu Kanady czy Ameryki Północnej.
- Skąd taki wniosek?
- Jak już powiedziałem, to nie ona napisała list – ojciec Rafał wyjął z kieszeni koszuli kartkę złożoną na czworo i podał Maciejowi. – Proszę przeczytać.
Maciej zaczął czytać.

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus
Czcigodny Ojcze Rafale

Miałam trafić do Szwecji, a ostatecznie wybieram się do Kanady. Postanowiłam rozpocząć nowe życie, całkowicie nowy rozdział, pozostawiając za sobą wszystko, co było dotychczas. Poczułam wewnętrzny głos i wiedziałam, że muszę za nim podążyć. W Toronto załatwiłam sobie pracę i dach nad głową. Na początek wystarczy. Nie gniewaj się Ojcze, że wyjeżdżam bez pożegnania. Tak będzie najlepiej. Nie zostawiam adresu gdyż i tak nie zamierzam długo pozostawać w Toronto. To pierwszy etap, wkrótce ruszę dalej i proszę, nie szukajcie mnie i nie namawiajcie do powrotu. Wszystko dokładnie sobie przemyślałam. Czuję się jakbym narodziła się na nowo i muszę odciąć pępowinę, czyli dotychczasowe życie. Nie miej mi za złe Ojcze Rafale, że tak to nazywam, zrozum mnie i wspominaj dobrze. Twoje medytacje pomogły mi odnaleźć drogę.

Bóg zapłać za wszystko
Wiktoria

Maciej przeczytał i oddał list jezuicie.
- Nadal nie wiem skąd przekonanie, że to nie Wiktoria napisała ten list.
- Jak już mówiłem uznawała tylko elektroniczną formę korespondencji. List został napisany na komputerze i wydrukowany. Jeżeli miała dostęp do komputera, to nie sądzę, aby był problem z dostępem do poczty. Nie pisałaby po to, aby wydrukować i przesyłać zwykłą pocztą.
- Załóżmy, że wyjątkowo wpadłaby na taki pomysł – Maciej próbował zbić z tropu jezuitę. – Wygląda mi to na list pożegnalny od przyjaciela, którego już nigdy ojciec nie zobaczy. Z jej własnego wyboru.
- Wówczas napisałaby własnoręczne, a ona nawet się nie podpisała. Tylko wydruk, który napisać mógł każdy.
- Może ksiądz po prostu nie chce przyjąć do wiadomości jej wyboru.
- Przyjąłbym gdybym wiedział, że to ona i jej wybór. Jest jeszcze jedno, co utwierdza mnie w moim przekonaniu. Początek i koniec listu, sposób, w jaki zwraca się do mnie. Nigdy nie witaliśmy się ani nie żegnaliśmy się takimi słowami, czy to w bezpośrednim kontakcie czy w korespondencji. A już określenie „czcigodny” ani mnie ani Wiktorii nigdy nie przyszło by na myśl.
- Zaskakujące jak na katolickiego duchownego.
- Ilu znasz katolickich duchownych? Nie tak z ołtarza, czy z radia, ale prywatnie.
- Szczerze mówiąc żadnego. Z ołtarza też nie bardzo.
- Może jestem nietypowym duchownym, ale w naszej grupie medytacyjnej starałem się stworzyć przyjacielską atmosferę. Zwracaliśmy się do siebie po imieniu. Na powitanie mówiliśmy „cześć”, „witaj”. Na spotkania przychodzą ludzie o różnym stosunku do religii i Kościoła. Jedni pragną pogłębić swoją wiarę, inni są poszukujący, dla jeszcze innych wspólne medytacje są jedynym kontaktem z chrześcijaństwem.
- Do, której grupy należała Wiktoria?
Ojciec Rafał zamyślił się na moment.
- Pomiędzy pierwszą a drugą grupą, ale raczej bliżej drugiej. Opowiadała mi kiedyś, że w życiu duchowym miała wzloty i upadki, momenty zwątpienia, ale nie zamierza dać za wygraną. Medytacje były dla niej ważne, wyznała, że pozwalają jej lepiej dostrzegać wiele spraw, oczyszczają jej umysł i duchowość. Porównywała to do przewietrzenia dusznego pokoju albo wymiany wody w akwarium – jezuita mówił to nie patrząc na Macieja, zorientowawszy się, że odbiega od tematu przeniósł wzrok na swojego słuchacza. - Zgłosiłem się po raz drugi na Policję, pokazałem list, podzieliłem się swoimi wątpliwościami i poprosiłem, aby zaczęli jej szukać. Obiecali, że zajmą się sprawą. Udało się ustalić, że dwudziestego szóstego marca Wiktoria zeszła z pokładu promu, który przybył do Gdańska z Okselesund. Z Gdańska udała się pociągiem do Warszawy. Przenocowała w hotelu. Dwudziestego ósmego marca nad ranem przyleciała samolotem do Poznania. Wiadomo o tym dzięki kamerom w terminalu lotniska. Opuściła Lotnisko Ławica miejskim autobusem i od tej pory ślad po niej zaginął. Policja skontaktowała się z władzami Kanady. Okazało się, że nikt taki nigdy nie starał się o wizę.
- Do Kanady nie musimy mieć wiz? – Maciej przypomniał sobie strzępy wiadomości zasłyszane kiedyś w radiu.
- Pod warunkiem, że jest się posiadaczem paszportu biometrycznego. Wiktoria nie miała takiego i nigdy nie złożyła wniosku o jego wydanie. Nie ma żadnego śladu, że przekroczyła którekolwiek z kanadyjskich przejść kontrolnych. Nasza Policja nadal trochę kręciła nosem sugerując, że Wiktoria mogła przekroczyć granicę nielegalnie, ale po moich natrętnych wizytach zgodzili się rozesłać jej zdjęcia do komend i komisariatów w całym kraju i zamieścić na swojej stronie internetowej Komendy Miejskiej w Poznaniu. Jak dotąd bez żadnych rezultatów.
Maciej żałował teraz, że nigdy nie przeglądał stron z wizerunkami zaginionych, może zwróciłby uwagę na Wiktorię Weronikę.
- To już koniec opowieści? – Zapytał smutno.
- Nie. Jest ciąg dalszy – jezuita zawiesił głos. – Najbardziej niesamowity.
- Zamieniam się w słuch.
- Jedenastego maja dostałem wiadomość mailową od Wiktorii.
- I jest ksiądz przekonany, że tym razem to ona?
- Na sto procent.
- Pokazał ojciec list Policji?
- Nie.
- Dlaczego?
- Ponieważ uznaliby mnie za wariata albo zarzucili wprowadzanie ich w błąd.
- Nie rozumiem.
- Najlepiej będzie, jeśli sam pan przeczyta – jezuita tym razem z drugiej kieszeni koszuli wyjął małą kopertę i wyciągnął ją w kierunku Macieja.
- Co to takiego? – Maciej podejrzliwie łypał na kopertę.
- Wydruk korespondencji między Wiktorią a mną.
- Więc gdzie ona teraz jest?
- W innym wymiarze.
- Co?
- Gdzieś poza naszym pojmowaniem rzeczywistości.
- Chce mi ojciec powiedzieć, że w tamtym wymiarze również mają Internet i przesłali wiadomość do naszego świata? – Maciej nie wiedział czy roześmiać się zakonnikowi w twarz czy odwrócić się na pięcie i odejść. Nie uczynił żadnej z tych rzeczy.
- Nie wiem, co tam mają. Otrzymałem wiadomość z dziwnego adresu. To jest fakt. Odpisałem i otrzymałem odpowiedź.
- Co jest w kopercie? – Maciej zamachał białym papierem.

- Wydrukowałem zapis naszej korespondencji. Każda wiadomość zawiera zaledwie jedenaście słów. Są to raczej hasła, którymi stara się poinformować o swoim obecnym położeniu i prosi o pomoc. Ostania wiadomość napisana jest w nieznanym języku, prawdopodobnie funkcjonującym w tamtym świecie. Może panu się uda się odczytać. Jeżeli zechce pan spotkać się i porozmawiać zapraszam jutro o dwudziestej na ulicę Dominikańską, przy wejściu do galerii „U Jezuitów”. (...)

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Opowieść zbójecka


W pojedynkach literackich odpadłem w I turze. Ale tekst tutaj wrzucam. Tematem był "cukier waniliowy". Interpretacja dowolna. Inspiracją do mojej opowieści była stara irlandzka ballada "Whisky in the jar". 

-------------------------------------------------------------
Na drodze prowadzącej przez las zawsze napatoczy się ktoś, kogo można złupić. Nie inaczej było tym razem. Siedział na wielkim pniu i liczył pieniądze. Miał ich całą torbę. Złote i srebrne monety. Torba też była niczego sobie. Z porządnej skóry, zapinana na klamrę zakończoną żelaznym okuciem. Tak był zajęty przeliczaniem, że nie zauważył jak nadszedłem. Zawiązałem sobie chustę na twarzy. Zasunąłem na czoło kapelusz, wydobyłem pistolet i wrzasnąłem, że ma oddawać pieniądze, bo inaczej nie dożyje obiadu.
Nawet nie próbował sięgać po swoją broń. Rzucił mi pod nogi torbę z dźwięczącą zawartością. Kazałem mu się rozebrać, wejść do lasu i liczyć do tysiąca. Potem chwyciłem torbę i popędziłem do wsi. Do mojej Molly.
Dawno już nie odwiedzałem ukochanej kobiety. Dlatego wyglądała na obrażoną kiedy mnie zobaczyła. Rzuciłem na stół torbę z monetami. Powiedziałem, że teraz możemy zacząć nowe życie. Molly rzuciła mi się na szyję. Nie pytała skąd mam pieniądze. Wiedziała czym się trudnię.
- Co z tym człowiekiem? Żyje? – Popatrzyła mi w oczy.
- No, co ty kobieto! Jestem rabusiem, ale nie morduję.
Opowiedziałem, co z nim zrobiłem. Chyba jej ulżyło. Zaprosiła do stołu i podała, co miała najlepszego. Pajdę chleba posmarowaną grubo masłem i posypana cukrem waniliowym. Lubię takie proste jedzenie, ale już niedługo będziemy jadać lepiej. Później napiłem się whisky i poszliśmy spać. Prawie zapomniałem jak się śpi z moją Molly.
W nocy obudził mnie silny łomot. Poderwałem się na łóżku. Molly nie było przy mnie. W wyłamanych drzwiach stał mężczyzna. Ten, którego ograbiłem. Celował we mnie z pistoletu. W mgnieniu oka sięgnąłem po swój, leżący przy łóżku i bez wahania wypaliłem. Prosto w jego serce. Upadł na twarz. Wtedy do izby wpadła Molly. Poderwałem się, żeby wziąć ją w ramiona, ale ona uklękła przy martwym mężczyźnie, objęła go i zaczęła opłakiwać. Mówiła do niego po imieniu. W głowie mi się zakręciło. Chwyciłem za torbę i półnagi wybiegłem z chaty. Gonił mnie krzyk Molly, który obudził całą wieś.
Teraz siedzę w celi z kulą u nogi i patrzę przez małe, zakratowane okienko jak stawiają szubienicę. Strażnik przyniósł mi właśnie ostatni posiłek. Pajdę chleba z masłem i cukrem waniliowym.

niedziela, 24 marca 2013

Pojedynek

Pojedynek literacki czas zacząć. Zawodnicy już na starcie. Pióra naostrzone (ja naostrzyłem klawiaturę). Hasło podane. 
Tylko, co tu napisać na temat cukru waniliowego? Tak czy owak warto śledzić słowne zmagania. Rusza liga mistrzów PP. 
http://www.portal-pisarski.pl/forum/temat/2396/pojedynki-literackie-edycja-trzecia/strona:5#176276

sobota, 2 marca 2013

Dawno temu w Szwecji

Minęła kolejna rocznica zabójstwa szwedzkiego premiera Olofa Palmego. Zdarzyło się to 27 lat temu, w cichym i spokojnym kraju, gdzie politycy poruszali się bez ochrony wśród zwykłych ludzi. 28 lutego, po godz. 23, w centrum Sztokholmu, ktoś po prostu podszedł bardzo blisko do Palmego, kiedy ten chciał spędzić z żoną piątkowy wieczór, i strzelił. 
Mordercy nigdy nie odnaleziono. Powstało wiele hipotez. Wątek policyjny. CIA. KGB. Kurdowie. Szaleniec. Prawdy chyba już się nigdy nie dowiemy. 
Leif GW Persson, jeden z mistrzów szwedzkiego kryminału, w Trylogii Policyjnej, przedstawia swoją teorię. Czyni to w mistrzowsko-literacki sposób, że chce się w to wierzyć. Książka wiele też mówi o szwedzkim świecie polityki i szwedzkim społeczeństwie. 
Gdyby 27 lat temu Szwedzi mieli takiego policjanta jak Lars Martin Johansson, może znaleźliby zabójcę swojego premiera. A może mieli takiego, tylko nie dali mu szansy?

http://www.czarnaowca.pl/kryminaly/trylogia_policyjna_leifa_g,p883494172

poniedziałek, 25 lutego 2013

Faanar-Aal


Opowiadanie, które startowało w konkursie zorganizowanym przez Portal Pisarski pt. "Ostatnia kawa. Koniec świata u progu". Miejsca na podium nie udało się zdobyć, a przyznać trzeba, że konkurencja była spora. 
Opowiadanie oceńcie sami. 


-----------------------------------------------------------

Nadzbiorczy Atid-Ball Nass przysiadł na żwirowatym nabrzeżu morza Ekhan. Podparł się na krótszych, dolnych odnóżach, a dłuższe wygodnie wyprostował. Wpatrywał się w łagodne fale pomarańczowego żelu oddając jednoczenie swoje receptory czuciowe na przyjemne oddziaływanie krystalicznego żwirku. Sto skoków dalej płaska plaża przechodziła w łagodne wzgórze porośnięte karłowatymi drzewami lidnu o energetycznych, kulkowatych liściach. Nass przymrużył główne oko, dwa pomocnicze pozostawiając odsłonięte, wyprężył tułów rozpościerając jak najszerzej skrzydlate narośle i odkrył całkowicie klatkę mózgową. Przypomniał sobie czasy swojej młodości, kiedy przychodził w to samo miejsce i ładował się energią oczyszczającą ciało i umysł. Zakątek nie zmienił się ani odrobinę. Aż trudno uwierzyć, zważywszy na to, co działo się dookoła. Czy gdzieś jeszcze zachowało się coś podobnego?
Odwinął jeden z nitkowatych czułków oplatających śródciało i sięgnął do niewielkiej tuby, którą nosił ze sobą. Czułek wsunął się do otworu w naczyniu i pobrał substancję. To przypomniało Nadzbiorczemu, jak wiele zmieniło się od czasów młodości, chociaż nabrzeże wyglądało jeszcze tak samo. Kiedyś nie musiał sięgać po żadną substancję. Wystarczyło obcowanie z otoczeniem.
- Pełności i Równowagi – usłyszał za sobą głos.
Drugi z jego czułków wyprostował się i rozpoznał Zbiorczą Naama-Biila Zenta. Była najlepszą wychowanką z jego zbioru asekuracyjnego. Nie spodziewał się jej tak szybko. Z drugiej strony czas bardzo się kurczył.
- Usiądź obok mnie. Warto poczuć i zapamiętać ten widok – zaprosił.
Zenta zajęła miejsce obok swojego mentora. Wzdrygnęła się na widok czułka zatopionego w tubie. Od tego wszystko się zaczęło.
- Wiem, co odczuwacz – stary Nass bezbłędnie wyłapywał wszystkie emocje rozchodzące się w atmosferze. Dlatego został Nadzbiorczym i szkolił asekurantów.
- Moje odczucia interakcyjne są nieuporządkowane do tego stopnia, że nawet ty nie jesteś w stanie wyłapać wszystkich. – Jej odpowiedź pozbawiona była zwyczajowego szacunku.
Nass wiedział, co to oznacza. Uznała go za winnego. Wszyscy tak uznali, a przecież kiedyś popierali go bezwarunkowo. Ludzie powiedzieliby, że został kozłem ofiarnym. Nigdy nie potrafił zrozumieć znaczenia tego zwrotu.
- Czuję, co postanowiliście – wyjął czułek z tuby i owinął dookoła śródciała. – Niepotrzebnie prowadziliście rozważania. Czułem wasze decyzje zanim jeszcze zalęgły się w waszych zmysłach.
- Zbiór zdecydował, że nie przemieścisz się z nami – miała obowiązek wyrecytować decyzję. – Nie jesteś już Nadzbiorczym.
- To logiczne – odparł spokojnie. – Kto mnie zastąpił.
- Tanuus-Miid Edaar.
- Rozważna decyzja, ale sądzę, że należało wybrać ciebie. Ty jedna przestrzegałaś przed sprowadzeniem do nas Ludzi.
- Rozważano moją kandydaturę, lecz odmówiła – nie wspomniała, że zrobiła to, gdyż zachowała resztki sentymentów do Nassa.
- Dokąd się przemieszczacie?
- Tajemnica. Nie możesz o tym wiedzieć. Nie dopuszczamy myśli, że wyjawiłbyś komukolwiek, ale Ludzie mają różne sposoby na wydobywanie zeznań.
Znowu nie powiedziała mu całej prawdy. Zbiór obawiał się, że uzależnienie Nassa jest tak silne, iż Ludzie łatwo skuszą go w zamian za regularną dostawę napełnionych tub.
- Gdziekolwiek polecielibyście i tak zostałbym tutaj – westchnął były już Nadzbiorczy. – Swoją decyzją nie wyprzedziliście mojej.
Nass zawsze uważał Faanar-Aal za najwartościowszy Byt w całym Bezmiarze. Sama nazwa oznaczała po prostu piękne miejsce. Atid-Ball był dumny z gęstych, pomarańczowych zbiorników płynnych, krystalicznej powierzchni, niebieskiej roślinności i przepięknej, żółtej atmosfery, która na czas spoczynku zmieniała się w kojący beż. To Faanar-Aal była kolebką potęgi, z której Faanarczycy wyruszyli odkrywać nowe Byty w Bezmiarze. Nigdy nie pogodził się ze zmianą nazwy Zbiorowości na Bezmierni i sam siebie z dumą nazywał Faanarczykiem. Nie przeszkadzało mu to kierować dalekimi misjami Zbioru i badać nowe Byty, nawiązywać kontakty z ich mieszkańcami oferować im Pełność i Równowagę. Tym, którzy potrafili przyjąć.
Mieszkańców niebiesko-zielonego Bytu długo próbowali przekonać do swojego modelu życia. Chociaż Ludzie znajdowali się na niskim etapie rozwoju, szybko robili postępy. A jednak pełność umysłu i równowaga organizmu nie leżały w ich naturze. Byli tak nieokrzesani, niedoskonali i destrukcyjni, że Bezmierni pewnie pożegnaliby ich na zawsze, gdyby nie czarny napój. Próbując go po raz pierwszy poczuli Pełność i Równowagę jakiej jeszcze nigdy nie doświadczyli. Dziwili się, że ludzie, którzy spożywają napój w ogromnych ilościach nie odczuwają go w podobny sposób, ale to tylko potwierdzało tezę, że nie są predystynowani do wyższego poziomu doskonalenia. Nass wyraził wtedy przekonanie, że nawet na Bytach z bardzo niepełną i niezrównoważoną zbiorowością można znaleźć zjawiska zasługujące na asymilację ze Zbiorem Bezmiernych. Tak przecież budowali swoją wartość, krążąc od Bytu do Bytu i pobierając to, co ich budowało.
Zabrali więc na Faanar-Aal sadzonki roślin, z których ludzie wyrabiali napój. Przyswoili dokładną receptę jak uzyskać czarny, aromatyczny płyn, rozszerzający ich pojmowanie. Nic z tego. Większość sadzonek nie przyjęła się, a z nielicznych wyprodukowali ohydną ciecz, która drażniła wszystkie zmysły. Wrócili więc na niebiesko-zielony Byt i zabrali sporą część ludzkiej populacji. Nie musieli specjalnie namawiać. Ludzie zgłaszali się ochoczo zachęceni obietnicą życia w lepszym świecie. Na Faanar-Aal Bezmierni stworzyli ludziom warunki do życia, zmodyfikowali skład atmosfery, przetworzyli żelowe płynności w substancję o składzie identycznym jak woda i oddali do dyspozycji spore przestrzenie swojego ogromnego Bytu. Na szczęście sami nie mieli problemu z przystosowaniem się do każdych warunków. Atid-Ball Nass zaproponował wtedy, żeby Bezmierni i Ludzie stworzyli dwa dopełniające się zbiory. – Będziemy żyli osobno lecz razem. Ludzie dopełnią nas swoim napojem, my zaś dopełnimy ich bytność w naszych warunkach, wierząc, iż Faanar-Aal wyzwoli w nich Pełność i Równowagę, której nie dostąpili na własnym Bycie – wyłożył swoją filozofię, a Bezmierni uczynili go swoim Nadzbiorczym.
Produkcja napoju ruszyła pełną parą, a Ludzie zadomowili się na Faanar-Aal. Wkrótce okazało się, że zadomowili się za bardzo. Zaczęli domagać się nowych obszarów i coraz większych praw, a gdy nie otrzymywali tego, co chcieli wstrzymywali produkcję napoju. Poza tym rozmnażali się w tempie nie znanym dotąd Bezmiernym. O ile na początku ludzie stanowili połowę populacji Bezmiernych, to bardzo szybko uzyskali trzykrotną przewagę. Zaczęli zbroić się wykorzystując dostępne surowce i wkrótce rozpoczęli otwartą wojnę z Bezmiernymi, których sytuacja całkowicie zaskoczyła. Nigdy nie musieli bronić się na swoim terenie. Ich zbiorowości nie były dostatecznie przygotowane, zaś asekurantów szkolono do przemieszczania się w Bezmiarze i odkrywaniu nowych bytów. Rozpoczęto pośpieszne szkolenia obronne, ale było za późno. Poza tym wielu Bezmiernych pragnących napoju wolało poddać się Ludziom. Zagłada stała się faktem.
- Nie doceniliśmy Ludzi – Nass złożył skrzydlate narośle i znowu zanurzył czułek w tubie.
- Nasze zmysły zostały zmącone przez ich napój – Zenta ze wstrętem obserwowała jak czułek Nassa podryguje wchłaniając czarny płyn.
Przestała go pić jako jedna z pierwszych, zrozumiawszy do czego to prowadzi. Niewielu Bezmiernych potrafiło z tym zerwać, ale ci uratowali się i mieli szansę na nowe życie w innym miejscu. Teraz opuszczali na zawsze Faanar-Aal oddając Byt Ludziom. Ci, którzy pozostali pod wpływem napoju, a nie zostali jeszcze unicestwieni, stali się niewolnikami lub uciekinierami jak Nass. W obu przypadkach ich czas był policzony.
- Żegnaj Atid-Ball – podniosła się otrzepując żwirek. Nie życzyła już Pełności i Równowagi, wiedząc, że on już ich nie zazna. Nie była pewna czy jej będzie dane nadal opierać się na tych dwóch filarach zbiorowości, której resztki właśnie ewakuowały się.
- Pełności i Równowagi – odparł na przekór Nass wysączając ostatnie kropelki. – I Kawy – dodał, gdy Zenta była już daleko, a na nabrzeżu zamajaczyły pierwsze ludzkie sylwetki.