E. D. 30
15 kwietnia
Po raz drugi wyciągnął z kieszeni swojej kurtki kartę papieru. Podobnie jak w po przednim przypadku nie miał pojęcia, kiedy i w jaki sposób znalazł się w jej posiadaniu. Po pierwszej kartce był szczególnie wyczulony i rozglądał się uważnie w każdym miejscu, w którym się znajdował – w naziemnym promie, na przystanku, na ruchomych chodnikach, mijając stanowiska sterowania poszczególnymi segmentami montażu, wreszcie na swoim własnym stanowisku. Wszędzie wyglądał podejrzanych osób i sytuacji, co chwilę klepał się po kieszeniach, ale nikogo nie przyłapał. Znalazł za to drugą kartkę. Gdy już zamknął za sobą drzwi mieszkania, włączył przyciemnienie okien i usiadł na fotelu, rozwinął ją. Tak jak poprzednia była złożona na czworo. Znowu wielkie litery, napisane odręcznie. Znikały miej więcej po minucie. Papier ulegał ekspresowemu rozkładowi. W mgnieniu oka na jego dłoni zmienił się w białe granulki, potem w jeszcze drobniejszy proszek, aż wreszcie zniknął, pozostając jedynie porozrzucanym zbiorem atomów niewidocznych gołym okiem. Bardzo dokładnie umył ręce, wychodząc z założenia, że nigdy nie wiadomo,czy papier nie został nasączony jakimś świństwem. Mydląc obficie dłonie zastanawiał się, czy to już koniec dziwnych liścików, i przypominał sobie poprzedni. W czasach, kiedy treść zapisana na papierze praktycznie nie występowała, a w szkołach nie uczono odręcznego stawiania liter, sam widok takiego zjawiska musiał budzić zdziwienie, a co dopiero ich treść. Zdanie z pierwszej kartki było dla niego całkowicie niezrozumiałe. Nie miał pojęcia, o co w nim chodzi i kogo dotyczy. Drugi napis to już jawna profanacja. No, może niezupełnie jawna, ponieważ wiedział o niej tylko on. Przynajmniej taką miał nadzieję. Oczywiście treść kartek znał jeszcze ich autor, tajemniczy kartkopisarz. Zakładając, że ktoś taki istniał. Biorąc pod uwagę, że kartki zwyczajnie pojawiały się w jego ubraniu, mogła to być robota jakiegoś ducha. Chyba, że napis wywoływany był na odległość.
Intuicja podpowiadała mu, że nie jest przypadkowym adresatem tych słów, a to nie nastrajało optymistycznie. Ich treść oznaczała koszmarne kłopoty.Poważnie brał pod uwagę, że wiadomość, o którą nie prosił, podrzucili mu Doskonali, aby sprawdzić jego reakcje. Gdyby tylko wiedział, jakiej reakcji
oczekują. Formalnie, jako sumienny obywatel, Falun Mortensen powinien teraz poinformować o wszystkim SOPD, czyli Służby Ochrony Procesu Doskonalenia albo SNRP − Służby Nadzoru Reszty Populacji. Ale nie zrobił tego. Po pierwsze nie był całkowicie sumiennym obywatelem. Po drugie − co miał im powiedzieć? Napisy zniknęły, papier stał się częścią atmosfery. Nie miałby, więc niczego na potwierdzenie swoich słów. Służby mogły równie dobrze przyjąć obywatelskie zawiadomienie, jak i uznać go za wariata albo, co gorsza, dojść do wniosku, że ton on jest twórcą tych haseł.
Druga możliwość to poinformowanie stowarzyszenia, równie fatalna jak poprzednia. Gotów był założyć się o cokolwiek, że Vaduz Polder, przewodniczący Stowarzyszenia na rzecz Zachowania Odrębności Natury Ludzkiej wpadnie w panikę i zostawi go samego z tym problemem albo doniesie Doskonałym.
DWUNASTA WARSTWA
Opisując zjawiska tajemnicze, mistyczne, niesamowite lub po prostu dziwne, umiejscawiam akcję w banalnej rzeczywistości, w miejskim otoczeniu z jego dobrymi i gorszymi stronami. W tej przyziemnej codzienności kryją się prawdziwe tajemnice. Trzeba je tylko zauważyć.
sobota, 26 kwietnia 2014
poniedziałek, 9 grudnia 2013
Jarl Magnus
Statek jarla Magnusa od kilku dni przemierzał wody północnego oceanu. Wypłynęli na obszary, których do tej pory nie oglądał żaden wiking. Magnus szukał nowego lądu owianego legendą i tajemnicą. Czuł, że jest już blisko. Poganiał swoją załogę, a najbardziej sternika, który uwijał się jak w pocie czoła. Jarl wiedział, że ten kto pierwszy odkryje nowy ląd zyska sławę jakiej nie dostąpił jeszcze żaden wojownik.
Pogoda nie sprzyjała żeglarzom. Mróz kąsał twarze i zgrabiałe ręce, a lodowaty wiatr potęgował uczucie zimna. Wzburzone morze rzucało statkiem, sprawiając, że sternik Leif musiał wznieść się na najwyższy pozom swoich umiejętności. Tego dnia siły natury nie sprzyjały jednak załodze. Wiatr złamał maszt, który upadając uszkodził ster. Bezwładny statek niesiony był tylko przez fale. Wikingowie rzucili się do wioseł, ale nie byli w stanie pokonać coraz silniejszego sztormu. Jakby tego było mało przed nimi wyrosła nagle olbrzymia góra lodowa.
- Rozbijemy się! – Krzyknął Leif.
Wtedy Magnus zrozumiał, że musi wezwać na pomoc bogów. Zawołał się Thora, wiedząc, iż ten jest bardziej przychylny ludziom niż srogi Odyn. Thor zjawił się szybko. Obejrzał górę i stwierdził, że z łatwością ją rozbije.
- Jest tylko jeden problem – podrapał się po brodzie. – Górę trzeba najpierw podnieść z morza, a to może zrobić tylko Odyn.
Jarl pokiwał głową. Wiedział, że Odyn zawsze chce zapłaty za pomoc, ale nie miał wyjścia. Góra była coraz bliżej. Wkrótce nadszedł Odyn. Bez trudu podniósł górę i rzucił ją w niebo. Thor tylko na to czekał. Skoczył za lodową górą i z całych sił uderzył ją swoim młotem. Góra rozpadła się na miliardy małych kuleczek. Niektóre z nich spadły na morze, ale inne zostały w niebie.
- Zanim spadną wszystkie minął miliardy lat – mruknął Odyn. – Będę je zrzucał na ziemie, co jakiś czas.
- Trzeba jakoś nazwać te kulki – wtrącił Thor.
- Racja – zgodził się Odyn i wskazał palcem na jarla. – Jak się nazywasz?
- Magnus.
- A dalej?
- Magnus Gradd.
- W takim razie nazwę nowe zjawisko „grad”, ale przez jedno „d”. Nie lubię niepotrzebnie mnożyć liter – skrzywił się.
- Dziękuję wam bogowie za uratowanie życia – pokłonił się Magnus.
- A teraz zapłata – oznajmił Odyn. – Wiem, że płyniesz do nowego lądu. Zawrócisz i już nigdy nie będziesz go szukał. Ja wezmę w posiadanie dziewicze ziemie.
Magnus zasmucił się, ale nie miał wyjścia. Z Odynem lepiej było nie zadzierać. Nakazał załodze chwycić za wiosła i płynąć w kierunku domu.
środa, 13 listopada 2013
Enigma
Nie mając większego wyboru, Florencja
opuściła hol przez duże, szklane, rozsuwane automatycznie drzwi. Gotowa była
przysiąc, że nie było ich, kiedy wchodziła. Znalazła się przed Zamkiem i
rzeczywiście, otaczający go świat wyglądał inaczej. Przede wszystkim miał
kolory. Zdała sobie sprawę dopiero teraz, że tak było również w środku, na
wystawie, ale szarość wystroju nieco przytłumiła kolorystykę i nie rzucała się
ona tak w oczy. Na dworze, w słońcu, co prawda zachodzącym, ale wciąż
przyświecającym silnymi promieniami, wszystko nabrało swoich barw. Inne były
pojazdy kołowe, tramwaje, nawet przechodnie ubrani bardziej kolorowo. Mimo to
rozpoznała ulicę Święty Marcin. Od strony Uniwersytetu zauważyła wychodzące
ponad korony drzew dwa wielkie krzyże. Pomnik Poznańskiego Czerwca, o którym
słyszała. Woźnica mówił jej, aby skierowała się w drugą stronę, po której stoi
monument o podstawie trójkąta. Odwróciła się w drugą stronę i dopiero teraz
zauważyła go, a przecież stał na chodniku tuż przed Zamkiem. Rzeczywiście
stanowił bryłę o podstawie trójkąta o ścianach wysokich może na trzy metry i
szerokich na ponad metr. Każda z nich usłana była równymi rzędami wytłoczonych
cyfr, ułożonych w sposób zupełnie przypadkowy, losowy. Naliczyła dwanaście cyfr
w poziomych rzędach i dwadzieścia jeden w pionowych. Dokładnie pośrodku każdej
ze ścian, wśród cyfr widniało jedno imię i nazwisko, wytłoczone dużymi literami.
HENRYK ZYGALSKI. MARIAN RAJEWSKI. JERZY RÓŻYCKI. Obeszła pomnik dookoła i
zatrzymała się na dłużej przy boku „Henryka Zygalskiego”. Wpatrywała się w
cyfry jak zaczarowana i zauważyła, że kilka z sprawiało wrażenie, jakby
podświetlono je słabym światłem. Wyraźnie wyróżniały się na tle innych. Znajdowały
się w jednym szeregu, jedna przy drugiej, nad samym nazwiskiem. Naliczyła ich
osiem 1, 5, 0, 7, 1, 9, 0, 8. Po chwili ich blask przygasł i nie odróżniały się
już od pozostałych. Odczekała chwilę na wszelki wypadek, gdyby jeszcze coś się
wydarzyło. Nie doczekawszy się nowych żadnych zjawisk, ruszyła dalej.
(…)
Rowerzysta bardzo chętnie objaśnił
konstrukcję swojego pojazdu i technikę jazdy. Następnie zaproponował, aby
Cardiff usiadł na bagażniku i śmignęli pod Zamek, gdzie Stary Marych
zaprezentował ciekawą niespodziankę. Okazało się, że pomnik-monolit o podstawie
trójkąta, w świecie cyfrowej fotografii nabył funkcji wyszukiwarki, mogącej
sięgać po dowolne hasło do każdych czasów. Nazwiska na bokach figury
przypominały o trzech matematykach, absolwentach Uniwersytetu Poznańskiego,
którzy podczas wojny złamali kod maszyny szyfrującej, używanej przez okupanta.
− To miało ogromne znaczenie dla wygrania
wojny. – Cardiff wypowiedział te słowa z taką dumą, jakby to on tego dokonał.
− A skąd ty to wszystko wiesz? – Florencja
nigdy wcześniej nie słyszała o szyfrantach.
− Jak to skąd? Stary Marych mi powiedział.
Przecież obiecałem zapytać go o to. Ten facet jest kopalnią wiedzy. – Cardiff
nie był pewien, czy pomnik można nazywać „facetem”, ale doszedł do przekonania,
że Marych z pewnością nie miałby nie przeciwko temu. – Często korzysta z
przeglądarki i pokazał mi, jak się ją uruchamia. Wystarczyło dotknąć ośmiu cyfr
znajdujących się nad nazwiskiem HENRYK ZYGALSKI.
− Jeden, pięć, zero, siedem, jeden, dziewięć,
zero, osiem. – Florencja przypomniała sobie wyświetlające się numery, kiedy po
raz pierwszy zobaczyła pomnik. Wyjaśniła Cardiffowi, skąd o tym wie.
− Ten zapis trzeba odczytywać w innej
sekwencji – oznajmił Cardiff. – Piętnaście, zero siedem, tysiąc dziewięćset
osiem, czyli piętnasty lipca, tysiąc dziewięćset ósmego roku dawnego świata.
Dzień urodzin Henryka Zygalskiego. Aby wyłączyć wyszukiwarkę, trzeba dotknąć
osiem cyfr pod nazwiskiem. 3, 0, 0, 1, 9, 7, 8. Trzydziesty stycznia tysiąc
dziewięćset siedemdziesiątego roku, dawnego świata. Data śmierci Zegalskiego.
− Dlaczego właśnie na jego części działa
wyszukiwarka? – zastanawiała się Florencja.
− Nie mam pojęcia. – Cardiff rozłożył ręce. –
Może dlatego, że był rodowitym poznaniakiem.
(…)
sobota, 21 września 2013
Principessa Mafalda
Czarna limuzyna zatrzymała się przed stojącym na skraju lasu domem, otoczonym wysokim płotem. Zza kierownicy wyskoczył ksiądz Kanclerz i pośpiesznie otworzył tylne drzwi. Biskup Resoh wysiadł leniwie i ogarnął wzrokiem parterowy budynek z płaskim dachem i małymi okienkami.
– Mam nadzieję, że Dyrektor wymyślił naprawdę coś ekstra, skoro fatygował nas na to zadupie - mruknął.
Musiał być przecież powód, dla którego nie przyjmował ich w Toruniu, ale zdecydował się zdradzić jedno ze swoich tajnych miejsc. Ku zaskoczeniu Resoha drzwi otworzył sam Dyrektor. Zazwyczaj wysługiwał się jednym ze swoich dwóch asystentów.
- Co za zaszczyt – Dyrektor wyszczerzył się szeroko i zaprosił do niewielkiego pokoju, w którym stały dwa fotele i mały stolik, a na nim butelka koniaku i dwa kieliszki. Gospodarz pośpiesznie je napełnił.
- Wypijmy za dzisiejszy dzień – wzniósł toast i podał kieliszek biskupowi.
- A konkretnie? – Resoh zmrużył oczy.
- Ten dzień przejdzie do historii, a właściwie zmieni ją.
- Słucham z niecierpliwością.
Dyrektor wskazał biskupowi miejsce na fotelu, sam zajął drugi, nie zawracając sobie głowy Kanclerzem, który posłusznie stał obok.
- Od dłuższego czasu głowimy się, co zrobić z Franciszkiem – zaczął Dyrektor. – Ten idiota, który naprawdę chce postępować według ewangelicznych bzdur, narobił nam już wielu szkód, a będzie jeszcze gorzej. Coraz więcej ludzi słucha jego, a nie nas. Trzeba przeciwdziałać dopóki nie będzie za późno. Rozważaliśmy różne opcje, w tym te najcięższego kalibru. Co prawda on nie za bardzo dba o własne bezpieczeństwo, ale to i tak zbytnie ryzyko. Musimy przeprowadzić akcję, która nie zostawi śladu i wiem już jak to zrobić – zawiesił głos. – Najlepiej, gdyby nigdy się nie urodził – dopił koniak i oblizał wargi.
- Niby, że jak?
- Czas zrobić użytek z naszego wehikułu.
Resoh był jedynym biskupem wtajemniczonym w badania Dyrektora nad pokonywaniem czasu. Załatwiał pieniądze na ich finansowanie. Wiedział o prowadzonych próbach. Asystenci Dyrektora, pełniący role królików doświadczalnych, cofali się o rok, potem o dwa lata, pięć, dziesięć i wreszcie pięćdziesiąt.
- Co to ma wspólnego z Franciszkiem? – Resoh zmarszczył brwi.
- Jego rodzice przybyli do Argentyny statkiem na początku 1929 roku, ale planowali wypłynąć wcześniej – mówił podekscytowany Dyrektor. – Mieli już nawet wykupione bilety na rejs jesienią 1927 roku. Niestety przeciągnęły się transakcje związane ze sprzedażą majątku, który miał im pozwolić na start w nowym kraju. To właśnie chcę zmienić – rozpromienił się Dyrektor. - Statek, którym nie popłynęli nazywał Principessa Mafalda i zatonął podczas tego rejsu. Na dno poszła blisko jedna czwarta z ponad tysiąca pasażerów.
Resoh był pod wrażeniem. Zbrodnia doskonała to taka, której nie popełniono, a delikwent przestaje istnieć. Zostaje wymazany z historii. Było tylko jedno ale.
– Skąd wiadomo, że jego starzy znajdą się właśnie wśród tych, którzy zginęli?
- Proszę mnie nie obrażać – nadął się Dyrektor. – Dokładnie wszystko zaplanowałem. Moi ludzie dostali rozkaz wejścia na statek i dopilnowania, aby państwo Bergoglio poszli na dno.
- To dla nich ryzykowne. Mogą pójść na dno razem z nimi.
- I tak będzie – oświadczył Dyrektor. – Oddadzą życie za sprawę.
Resoh z uznaniem pokiwał głową. Sam nigdy nie dorobił się takich wyznawców.
- Kiedy twoi asystenci wyruszają?
Dyrektor zarechotał.
- Od miesiąca pracują nad tym, aby starzy Franciszka wsiedli na ten cholerny statek.
- Co z wehikułem? Zostanie w przeszłości? Ktoś może go znaleźć – niepokoił się Resoh.
- Wydałem rozkaz zniszczenia wehikułu, spaliłem wszystkie notatki i wykasowałem dane z komputera. Wehikuł nigdy nie istniał – Dyrektor rzeczywiście o wszystkim pomyślał.
- Nie szkoda ci?
- Zbuduję sobie nowy – Dyrektor wypiął brzuch. – Mogę mieć w każdej chwili tuzin oddanych asystentów. I asystentek.
Resoh z wrażenia nalał sobie cały kieliszek koniaku i wypił od razu połowę.
- Kiedy to się stanie?
- Statek zatonął 25 października 1927 roku – oświadczył uroczystym tonem Dyrektor. – Dzisiaj mamy rocznicę.
Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął smartfona i wpisał w wyszukiwarkę hasło: Jorge Borgoglio, papież Franciszek. Resoh wstał i pochylił się nad Dyrektorem. Kanclerz również zbliżył się. Jaśniejący ekranik był teraz dla nich najważniejszym punktem na świecie.
- Jasna cholera!!! – wrzasnął na całe gardło Dyrektor.
Resoh i Kanclerz milczeli. Pierwszy poczerwieniał ze złości, drugi zbladł. Na Tronie Piotrowym nadal zasiadał ten sam człowiek, Argentyńczyk, syn włoskich emigrantów, którzy cudem ocaleli z katastrowy statku.
- Co teraz? – Resoh odzyskał mowę.
- Zbuduję drugi wehikuł i wyślę kolejnych ochotników – Dyrektor walił pięścią w podłokietnik fotela. – I tak do skutku.
- Praca nad pierwszym zajęła ci dziesięć lat – przypomniał Resoh.
- Teraz pójdzie szybko. Mam w głowie całą konstrukcję maszyny – Dyrektor poklepał się po rudych włosach. – Odtworzę ją raz dwa.
Resoh wyraził nadzieję, że tak będzie. Pożegnał się i z Dziekanem opuścili dom. Wsiadając do samochodu podzielił się z podwładnym swoją refleksją.
- Wiedziałem, że to się nie uda. Historii nie da się zmienić. Można ją, co najwyżej zakłamać.
- A jeśli - zaczął nieśmiało Dziekan, - to nie jest sprawa historii, ale czyjeś działanie.
- Niby czyje?
Dziekan przełknął ślinę.
- Tego, w którego udajemy, że wierzymy – odparł nieporadnie.
Resoh kazał mu się zamknąć i ruszać.
- Jeszcze jeden taki tekst, a poszukam sobie nowego dziekana – ostrzegł.
Podczas jazdy nie odzywał się, a nastroszona mina sygnalizowała, że lepiej go nie drażnić. Po kilkudziesięciu kilometrach zadzwonił telefon. Dyrektor.
- Nie pamiętam! – krzyczał rozgorączkowany. – Nie mogę sobie przypomnieć żadnego elementu dotyczącego wehikułu. Kompletna pustka jakby wszystko, ze mnie wyparowało!
Opowiadanie bierze udział w "Tygodniu Miniatury" na Portalu Pisarskim.
wtorek, 16 lipca 2013
Zaklinaczka książek
Maciej poruszył się
nerwowo.
- Jak właściwie
wpadłaś na to, że możesz kontaktować się poprzez książkę.
Wiktoria przekrzywiła
głowę i spojrzała jakby chciała zajrzeć w głąb duszy Macieja.
- Jak pewnie wiesz
jestem bardzo pokręcona.
- Nie mniej niż ja –
w zapewnieniu Macieja nie było cienia udawania.
- Nie była to moja
pierwsza ingerencja w czyjąś książkę. – Wiktoria spojrzała w nieokreśloną dal
odszukując obrazy z przeszłości. - Coś podobnego przydarzyło mi się tuż po
śmierci rodziców. Szukałam dla siebie miejsca, rodzaju ucieczki od
rzeczywistości. Wtedy po raz pierwszy trafiłam do ośrodka medytacyjnego
prowadzonego przez Rafała. Spotkania zaczynały mi pomagać, ale wieczorami,
samotna w mieszkaniu, które zostało mi po rodzicach, w którym wszystko mi o
nich przypominało, nie dawałam rady, wpadałam w przygnębienie i depresję.
Próbowałam czytać książki. Zawsze mi to pomagało. Książki były moim lekarstwem
na problemy. W tym przypadku to nie działało. Rafał poradził abym przeczytała
coś w obcym języku. Twierdził, że umysł musi się wtedy bardziej przestawić, a
tym samym odejść od realności. Udałam się do empiku i długo szukałam. Wybrałam
książkę „Żona podróżnika w czasie”. W polskim przekładzie wyszła pod tytułem
„Zaklęci w czasie”. Jeszcze przy półce przeczytałam dwie pierwsze strony.
Zaskoczyłam. Po powrocie do mieszkania od razu zabrałam się do czytania i nie
mogłam się oderwać. Nareszcie poczułam się lepiej, zapomniałam o ostatnich
przeżyciach. Istniała dla mnie tylko treść książki i jej bohaterowie. Clare i
Henry. To nie była historia zwykłej miłości. Henry podróżował w czasie, ale to
też nie były podróże jakie znamy z filmów. Cierpiał na zaburzenia genetyczne
powodujące, że niezależnie od swojej woli przenosił się w przeszłość lub przyszłość.
Nie miał żadnego wpływu na to kiedy to następuje, dokąd się przenosi i jak
długo to potrwa. Często podróżował pod wpływem stresu, czasem pozytywnej
ekscytacji. Takie przenosiny nigdy nie były przyjemnym przeżyciem. Czuł
mrowienie na całym ciele, miał zawroty głowy. Poza tym zawsze przenosił się
całkowicie nagi. Pozostawała po nim ubranie, a on w innym czasie musiał szukać
dla siebie odzienia, pieniędzy, zazwyczaj włamywał się gdzieś i kradł. Wyobraź
sobie, że nagle w ciągu kilku sekund zostajesz wyrwany z teraźniejszości i
znajdujesz się w nieznanym miejscu, wokół jest ciemno i zimno, a ty jesteś bez
ubrania, pieniędzy i musisz przeżyć. Takie życie było dla niego męczące,
ukrywanie się, uciekanie, walka o biologiczne przetrwanie. Czuł się samotny, nie
miał z kim podzielić się swoim losem. Bezsilność potęgował fakt, że nie
potrafił w żaden sposób zmienić przeszłości. Wszystko, co mu pozostało to bycie
biernym obserwatorem. Przeżył śmierć matki, w wypadku samochodowym. Uratował
się ponieważ wtedy też zniknął. Widział jej śmierć jeszcze raz kiedy cofnął się
w czasie jako dorosły. Nie mógł nic zrobić. Dużo pił, pakował się w niestabilne
związki z kobietami. Wreszcie spotkał Clare. Właściwie trudno powiedzieć kiedy
spotkał ją po raz pierwszy. Pewnego razu w bibliotece, w Chicago, gdzie
pracował, nieznana mu piękna dziewczyna niesamowicie ucieszyła się na jego
widok. Wiedziała jak ma na imię i jaka jest jego ulubiona knajpa. On niewiele z
tego rozumiał ale podejrzewając, że coś mogło się w przeszłości wydarzyć,
zgodził się z nią spotkać. Clare wszystko mu opowiedziała. Po raz pierwszy
pojawił się u niej kiedy miała sześć lat. Przybywał wielokrotnie stając się jej
najlepszym przyjacielem, nauczycielem i wreszcie kochankiem podczas jednego z
ostatnich spotkań, zanim znalazła go w teraźniejszości. Nareszcie mogli być ze
sobą. Byli dla siebie stworzeni. Henry czuł się przy niej znacznie lepiej.
Niestety nadal znikał. Clare nigdy nie wiedziała czy na przykład zjedzą razem
kolację czy też w kuchni znajdzie jedynie ubrania po Henrym, który nagle
znajdzie się nie wiadomo gdzie. To nie było łatwe życie, ani prosta miłość, ale
oni wykorzystywali każdą wolną chwilę aby nacieszyć się sobą. Długo nie mogli
mieć dzieci. Clare kilka razy poroniła. Ich dzieci także podróżowały jeszcze w
łonie. Udało jej się nareszcie urodzić wspaniałą córeczkę. Kiedy trochę
podrosła także podróżowała w czasie ale potrafiła to lepiej kontrolować niż
Henry. Ich wspólne życie zostało nagle przerwane przez tragiczną śmierć
Henry’ego. Przeniósł się w niewłaściwe miejsce do niewłaściwego czasu i został
przypadkowo zastrzelony. Clare z bólem znosiła jego brak ale czekała w nadziei,
że kiedyś odwiedzi ją z przeszłości. Kilka razy widziała go ich córka Alba.
Clare nigdy. Dopiero gdy była już bardzo stara przyszedł do niej młody Henry.
Tak kończy się książka. Dla mnie ta historia nie skończyła się. Byłam
zafascynowana Clare i Henrym, ich wspólnym życiem i miłością. Uważałam, że to
niesprawiedliwe co ich spotkało. Po tym jak walczyli aby być razem, stworzyć
swój dom i rodzinę, na przekór niewyobrażalnym trudnościom, zasłużyli na coś
lepszego. Wymyśliłam sobie alternatywne zakończenie i zapisałam je na luźnych
kartkach. Trzymając się realiów powieści nie zmieniłam przeszłości. W mojej
wersji Henry, co prawda ginie, ale znajduje sposób aby częściej powracać z
przeszłości i być z Clare po swojej śmierci, towarzyszyć jej we wszystkich
chwilach, które uda się wyrwać z rzeczywistości. Wymyśliłam postać Rona, syna
Alby, który posiada taką samą właściwość genetyczną ale całkowicie panuje nad
swoimi podróżami. Podróżuje w przeszłość i uczy swojego dziadka Henry’ego jak
panować nad podróżami. Nie mogą już zmienić przeszłości, zatrzymać kuli, która
zabiła Henry’ego, ale mogą sprawić, że Henry sprzed wypadku, wyrusza regularnie
w przyszłość do owdowiałej Clare. Pojawia się, co tydzień, co miesiąc, na
dzień, kilka dni, czasem kilka godzin. Clare już wie, że go nie straciła, że
nie będzie go widywała często, ale najważniejsze, że będzie go widywała,
rozmawiała i kochała się z nim. Nadal są zaklęci w czasie ale potrafią nad nim
panować.
Maciej podał jej
napój aby trochę odpoczęła.
- Sama powinnaś pisać
książki. Nie żartuję. Mogłabyś wymyślić niejedną taką historię. Z resztą biorąc
pod uwagę nasz przypadek, nie trzeba nawet wymyślać.
Wiktoria podziękowała
i odstawiła pusty pojemnik.
- Myślałam o tym aby
napisać książkę. Trochę jednak obawiałam się konsekwencji.
- Nie rozumiem –
Maciej zmarszczył brwi.
- Moja opowieść o
Clare i Henrym ma ciąg dalszy. Kartki, na których zapisałam swoją wersję
wkładałam do książki. Pewnego razu kiedy sięgnęłam po książkę, kartek w niej
nie było, a właściwie były. Jako część książki. Zadrukowane moimi słowami.
Przekrzywiła głowę i
spojrzała figlarnie na Macieja. Chciała sprowokować go do komentarza, ale on
wiedział, że Wiktoria nie żartuje.
- Co było dalej?
- Czytałam
zakończenie swoje autorstwa kilka razy. Wybrałam się do księgarń i
przeglądałam inne egzemplarze. Nie zmieniły się. Moja książka była jedyna i
niepowtarzalna. Po-szłam po poradę do jedynego człowieka, któremu wówczas
mogłam zaufać i powierzyć najskrytsze tajemnice.
- Do Rafała.
- Zgadza się. Dobrze
trafiłam. Nie uznał mnie za wariatkę. Pokazałam mu książkę. Po-twierdził, że
zmiana w tekście to nie złudzenie. On wierzy, że są ludzie o nadzwyczajnych
zdolnościach i najwyraźniej ja do nich należę. Powiedział, żebym uważnie
obserwowała co się wokół mnie dzieje i starała się żyć normalnie. Chodziłam na
medytacje, to pomagało. Od czasu do czasu zaglądałam do książki. Sprawdzałam
czy nic się nie zmieniło. Miałam satysfakcję, że udało mi się zmienić
zakończenie. Wyobrażałam sobie, że Clare i Henry żyją sobie gdzieś w Chicago i
są szczęśliwi. Jestem strasznie banalna.
Maciej gorliwie
zaprzeczył.
- Ty banalna?
Myślałem, że znam wszystkie twoje możliwości ale ciągle mnie zaskakujesz.
Chciał jej
powiedzieć, że rozumie dlaczego tak bardzo troszczyła się o bohaterów będących
jednie czarnym drukiem na papierze. Nie musiał być psychologiem aby wiedzieć co
wtedy przeżywała, jak musiała czuć się samotna i niepewna. Wyobraziła więc
sobie parę kochanków po traumatycznych przejściach, którzy pokonali przeszkody
i znaleźli ukojenie.
- Zaskoczę cię
jeszcze raz – Wiktoria przesunęła się na środek leżanki i skrzyżowała nogi. –
Pewnego razu kiedy otworzyłam książkę po kilkutygodniowej przerwie znalazłam w
niej kartkę. Zapisano na niej kilka słów długopisem. Po angielsku. Wykułam je
na pamięć. „Witaj Wiktorio. Chcę ci podziękować w imieniu swoim i Clare za to,
co dla nas zrobiłaś. Ni-gdy nie damy rady odwdzięczyć ci się. Chciałem
przynajmniej w ten sposób dać ci dowód, że naprawdę jesteśmy ze sobą i myślimy
o tobie. Nie zastałem cię w mieszkaniu. Może to i lepiej. Nie mogłem zostać
zbyt długo. Po raz pierwszy podróżowałem tak daleko od Chicago i nie byłem
pewien czy panuję nad tym. Proszę tylko abyś strzegła książki jak oka w głowie.
Życzymy ci abyś i ty odnalazła szczęście. Serdecznie pozdrawiamy – Clare i
Henry”. Jestem pewna, że nikt nie wchodził do mieszkania. Nie było śladów
włamania.
- Co zrobiłaś?
- Zachowałam kartkę,
włożyłam ją do książki, a potem rozpłakałam się. Ze szczęścia.
- Więc oni
rzeczywiście żyją?
- Inaczej o nich nie
myślę. I nie chodzi o to, że miałabym ożywić postacie książkowe. Wierzę, że są
prawdziwymi ludźmi, mają swoje życie, a ja odmieniłam ich los.
- Nie próbowałaś
skontaktować się z autorem książki?
- Autorką. To
amerykańska pisarka. – Wiktoria westchnęła i wzruszyła ramionami. – Nie miałam
odwagi. Obawiałam się jak zareaguje na informację, że zaingerowałam w jej
twórczość.
- Ona mogłaby cię
doprowadzić do Clare i Henry’ego.
- Wiem, ale jedno
mnie powstrzymywało – Wiktoria objęła się ramionami. – Ułamek procenta obawy,
że oni mogliby się jednak okazać tylko książkowymi postaciami. Nie wiem czy
poradziłabym sobie z takim rozczarowaniem.
- Co na to powiedział
Rafał?
- Nie powiedziałam
mu. To była wyłącznie moja tajemnica. Do teraz.
- Czym sobie na to
zasłużyłem?
- Nie udawaj
skromnego – gdyby miała przy sobie poduszkę rzuciłaby nią w Macieja. -
Przerobiłeś na sobie oddziaływanie poprzez książkę.
- Znowu ci się udało.
Chociaż tym razem nie miałaś przy sobie tekstu.
- To była podstawowa
trudność – przyznała Wiktoria. – Z drugiej strony książka, o której wygadała
się Marianna była moim jedynym punktem zaczepienia. W każdej fazie granatowej i
w każdej wolnej chwili w jasnych fazach myślałam o powieści, którą tworzą
Kowalikowie i pragnęłam wkraść się w zapisane przez nich słowa. Kiedy
osiągnęłam cel zdałam sobie sprawę, że nie zmienię treści, nie odwrócę tego, co
się już stało, podobnie jak nie zapobiegłam zastrzeleniu Henry’ego. Udało mi
się jednak doprowadzić do tego, że znowu są razem, żyją swoją miłością, która pokonała
czas i śmierć. Wywołałam ciąg dalszy, ciąg zdarzeń, który odmieni ich los.
Według podobnego schematu musiałam postąpić ze sobą. Jeśli sama nie mogłam
wyjść ze Świata Źródła, uznałam, że ktoś musi po mnie przyjść. Ktoś, kto
usłyszy moje wołanie z książki. Gdyby nie wcześniejsza historia z Clare i
Henrym, nigdy nie wpadłabym na taki pomysł i pozostałabym w Źródlanii.
poniedziałek, 24 czerwca 2013
Za chwilę
Tym razem poległem. Piękna grafika autorstwa wodniczki (powyżej) sprawiła mi problem. Niemniej jednak doświadczenie ciekawe i warte przeżycia.
Rozglądam się dookoła. Świat, który powstał wraz ze mną otacza mnie swymi ciepłymi i optymistycznymi kolorami oraz blaskiem słońca przebijającym zza jaskrawych smug. Uniwersum, w którym zostałam osadzona wydaje się przyjazne, a co najważniejsze żyje. Ja zaś żyję w nim. To we mnie tli się najwięcej ciepła. Kto wie, może to właśnie moje ciepło oddziałuje na otoczenie i ożywia je? A skąd wzięła się energia we mnie? Tchnęła ją autorka. Po tym poznaje się prawdziwych twórców. Dają życie swoim dziełom.
Lecz, co to? Jakiś cień? Dłoń? Czyja? Autorki? Raczej jeszcze jeden byt przez nią stworzony. Czy na pewno przez nią? Zdaje się należeć do innego świata. Więc, co tutaj robi? Wyciągnięta w moim kierunku zdaje się witać. Zapraszać, zachęcać, kusić. Jest taka tajemnicza, anonimowa, chłodna. Nie potrafię rozpoznać jej zamiarów. Niepokoi mnie to. Harmonia mojego świata została naruszona. Czekam w niepewności na dalszy bieg wydarzeń. Nic się nie dzieje. Ja i dłoń zastygliśmy w oczekiwaniu. Na co? Czy to już skończone dzieło? Autorko, co chciałaś wyrazić? Co dla mnie zgotowałaś? A może nie wiesz? Pozostawiasz obraz swojemu biegowi.
Prawdziwy artysta nie tylko daje swemu dziełu życie. On również pozostawia je niedokończone, bez ostatecznego akcentu. Chce, aby odbiorcy odeszli bez końcowej odpowiedzi i z wieloma pytaniami. Ale co ze mną? Mam tak tkwić w niepewności? W zawieszeniu? Czekając na to, co może wydarzyć się za chwilę, która nigdy nie nadejdzie?
czwartek, 13 czerwca 2013
Hubert
Tekst z pierwszej rundy konkursu na Portalu Pisarskim "Słowo w kadrze". Trzeba było stworzyć krótkie opowiadanie na podstawie zdjęcia.
A tekst tak:
Hubert wrócił z polowania. Jak zwykle udanego. Ustrzelił sporo ciekawych fotek, wiele pikantnych scenek ze znanymi cele brytami, politykami, duchownymi. W tym fachu należał do ścisłej elity. Wszystkie „Fakty”, akty, „pudelki” i kundelki zabijały się o niego i licytowały najwyższe stawki.
Od razu przegrał zdjęcia na swój komputer. Chciał wysłać towar dopóki był jeszcze gorący. Usiadł przed monitorem i zaczął przeglądać dzisiejsze zdobycze. Było w czym wybierać. Znana modelka tak zalana, że przewróciła się na schodach swojego domu, podstarzały amant filmowy obściskujący się ze studentką, szefowa koncernu spożywczego dożywiana przez kroplówkę. Hubert zacierał ręce, ale przestał gdy doszedł do ostatniej fotografii. Przedstawiała wnętrze mieszkania. Jego mieszkania, w którym teraz siedział. Musiał ją pstryknąć przez przypadek, gdy sprawdzał sprzęt. Już chciał wykasować zdjęcie, ale coś zwróciło jego uwagę.
Jakaś twarz za oknem. Uchwycił podglądacza? Innego paparazzi? Odruchowo spojrzał za siebie. Za oknem nikogo nie było. Odwrócił się z powrotem w stronę monitora i zamarł. Twarz na zdjęciu znajdowała się teraz w pokoju, niemal w całości go wypełniając. Zamazane i rozjeżdżające się rysy nie przykryły jej demonicznego wyglądu. Czarnych oczodołów gapiących się na niego prosto z monitora, skóry jarzącej się ognistym blaskiem, nadymanych policzków, w których tkwiły szeroko otwarte usta i ziejąca z nich otchłań. Hubert próbował skasować zdjęcie, ale program nie odpowiadał. Poderwał się z krzesła i dysząc znowu spojrzał za siebie. Ostatnią rzeczą jaką usłyszał był jego własny krzyk przerażenia.
Znaleziono go następnego dnia, po tym jak zniecierpliwione redakcje zaczęły szukać swojego fotoreportera. Lekarz stwierdził śmierć w wyniku udaru mózgu, a policja wykluczyła udział osób trzecich. W komputerze znaleziono jego ostatnie zdjęcia, w tym jedno, którego nie dało się otworzyć. Plik był uszkodzony.
Zdjęcie autorstwa wienczyslawa wygląda tak:
A tekst tak:
Hubert wrócił z polowania. Jak zwykle udanego. Ustrzelił sporo ciekawych fotek, wiele pikantnych scenek ze znanymi cele brytami, politykami, duchownymi. W tym fachu należał do ścisłej elity. Wszystkie „Fakty”, akty, „pudelki” i kundelki zabijały się o niego i licytowały najwyższe stawki.
Od razu przegrał zdjęcia na swój komputer. Chciał wysłać towar dopóki był jeszcze gorący. Usiadł przed monitorem i zaczął przeglądać dzisiejsze zdobycze. Było w czym wybierać. Znana modelka tak zalana, że przewróciła się na schodach swojego domu, podstarzały amant filmowy obściskujący się ze studentką, szefowa koncernu spożywczego dożywiana przez kroplówkę. Hubert zacierał ręce, ale przestał gdy doszedł do ostatniej fotografii. Przedstawiała wnętrze mieszkania. Jego mieszkania, w którym teraz siedział. Musiał ją pstryknąć przez przypadek, gdy sprawdzał sprzęt. Już chciał wykasować zdjęcie, ale coś zwróciło jego uwagę.
Jakaś twarz za oknem. Uchwycił podglądacza? Innego paparazzi? Odruchowo spojrzał za siebie. Za oknem nikogo nie było. Odwrócił się z powrotem w stronę monitora i zamarł. Twarz na zdjęciu znajdowała się teraz w pokoju, niemal w całości go wypełniając. Zamazane i rozjeżdżające się rysy nie przykryły jej demonicznego wyglądu. Czarnych oczodołów gapiących się na niego prosto z monitora, skóry jarzącej się ognistym blaskiem, nadymanych policzków, w których tkwiły szeroko otwarte usta i ziejąca z nich otchłań. Hubert próbował skasować zdjęcie, ale program nie odpowiadał. Poderwał się z krzesła i dysząc znowu spojrzał za siebie. Ostatnią rzeczą jaką usłyszał był jego własny krzyk przerażenia.
Znaleziono go następnego dnia, po tym jak zniecierpliwione redakcje zaczęły szukać swojego fotoreportera. Lekarz stwierdził śmierć w wyniku udaru mózgu, a policja wykluczyła udział osób trzecich. W komputerze znaleziono jego ostatnie zdjęcia, w tym jedno, którego nie dało się otworzyć. Plik był uszkodzony.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

