Gorąco polecam "Gorącą antologię"
http://www.e-bookowo.pl/proza/goraca-antologia.html
Opisując zjawiska tajemnicze, mistyczne, niesamowite lub po prostu dziwne, umiejscawiam akcję w banalnej rzeczywistości, w miejskim otoczeniu z jego dobrymi i gorszymi stronami. W tej przyziemnej codzienności kryją się prawdziwe tajemnice. Trzeba je tylko zauważyć.
piątek, 23 listopada 2012
niedziela, 18 listopada 2012
Moja twórczość po raz pierwszy mówiona czyli jako audiobook. Współczesne bajki zebrane pod tytułem "Tomkowe historie" można teraz posłuchać. Dostępne na e-bookowie http://www.e-bookowo.pl/audiobooki/tomkowe-historie.html
Wyrazy uznania u podziękowania dla zespołu z Przeczytamy.pl
Wyrazy uznania u podziękowania dla zespołu z Przeczytamy.pl
niedziela, 11 listopada 2012
Rogal
Limerick wyjął z szafki niewielkie
kartonowe pudełko i postawił na stole. Miało kształt trójkąta równoramiennego.
Na wieczku widniał napis „Rogal Uliczny”. Po otwarciu pudełka oczom Szczudła
ukazał się duży i lśniący kawałek pieczywa w kształcie podkowy. Miał złocisty
kolor, z cieniutką warstwą lukru, obsypany drobinkami posiekanych migdałów.
− Wiesz co to takiego? – Limerick
spojrzał tajemniczo na wnuka.
− Rogal uliczny – powtórzył napis na
pudełku, bo nic innego nie przyszło mu do głowy. Nie rozumiał, dlaczego dziadek
z takim namaszczeniem podchodzi do słodkiego rogala.
− Kiedyś nosił inną nazwę. W danym świecie
znany był jako Rogal Świętomarciński. Jego tradycja narodziła się w tysiąc
osiemset dziewięćdziesiątym pierwszym roku w Poznaniu, mieście, na którym
zbudowano Nowy Londyn. Jedna z głównych ulic Poznania nosiła nazwę Św. Marcin.
W dawnym świecie nie numerowano ulic, nadawano im imiona jak ludziom. No, więc
na Świętym Marcinie stał kościół pod wezwaniem Św. Marcina.
− Święci w dawnym świecie byli
prymitywnym wyobrażeniem istot wyższych, których istnienie ludzie wyczuwali,
ale nie potrafili nawiązać z nimi kontaktu – wyrecytował chłopak.
− Tak istotnie nauczają Doskonali –
przyznał Limerick. – Jednakże ów Marcin, przez ludzi bardzo dawnego świata
uważany za świętego, naprawdę istniał. Był żołnierzem i podzielił się z
bezdomnym połową swojego płaszcza, za co wyrzucono go z armii.
− Skąd o tym wiesz dziadku?
− Wpadły mi kiedyś w ręce, dawno temu,
skrawki informacji na temat tego człowieka, Marcina. Nie znam dokładnie jego
historii. Oprócz tego, co streściłem w kilku słowach, wiadomo mi jeszcze, że
jeździł konno. Dawno temu wszyscy jeździli konno.
− Co to wszystko ma wspólnego z rogalem?
– Szczudło zaczął się niecierpliwić.
− Spokojnie nie poganiaj starego umysłu.
No, więc ten Marcin, został uznany za świętego, a ponieważ imionami świętych
nazywano ulice i budynki, w Poznaniu jego imię nosiła ulica i kościół, czyli
budynek kultu. W kościele pracował ksiądz, czyli ktoś taki, kto przewodził
obrzędom kultowym, który wpadł na pomysł, jak można uczcić dzień św. Marcina.
Każdy z tych świętych miał swój dzień. Ksiądz zwrócił się do ludzi, aby zrobili
coś dla biednych, tak jak kiedyś Marcin. Jeden z poznańskich piekarzy wpadł na
pomysł, upiekł mnóstwo rogali, przyniósł pod kościół i rozdał biednym. Ciasto
rogala wykonał z pszennej mąki, jaj, masła, cukru, drożdży i mleka, wypełnił go
masą zrobioną z cukru pudru, migdałów, orzechów, białego maku i śmietany. W następnych
latach dołączyli do niego inni cukiernicy, i tak narodziła się ta tradycja. Z
czasem wśród ludzi zaczęła krążyć legenda przedstawiająca inną genezę rogala,
niezwyczajną. Podobno poznański piekarz ujrzał we śnie świętego Marcina
jadącego na koniu, podniósł zgubioną przez jego konia podkowę i postanowił, że
będzie piekł ciasto w takim kształcie.
− To już chyba przesada – skrzywił się
Szczudło.
− Ludzie zawsze lubili przesadzać –
stwierdził filozoficznie Limerick. – Tak czy owak, istnienie rogala jest faktem
leżącym przed tobą, którego możesz dotknąć, powąchać, a nawet skonsumować.
− Pachnie pięknie – przyznał chłopak. –
Kiedy przypada to święto?
− Właśnie dzisiaj, jedenastego
listopada.
− Gdzie kupiłeś tego rogala?
− Jest w Nowym Londynie piekarnia, która
kultywuje tę tradycję. Raz w roku pieką rogale dla stałych klientów, którzy
złożą zamówienie. Domyślasz się, że ja do nich należę. Ponieważ Doskonali
prawdopodobnie nie wydaliby zgody na nazwę Rogal Świętomarciński, właściciel cukierni
wymyślił nazwę Rogal Uliczny i nie zdradzając jego pochodzenia, otrzymał
pozwolenie na wypiek.
− Myślałem, że pieczywo wypiekają pod
ziemią inteligentne piekarnie.
− Podziemne piekarnie to produkcja
masowa, nie zajmują się limitowaną serią wypiekaną raz w roku, a poza tym nie
znają przepisu.
− Wymieniłeś składniki – przypomniał
chłopak – łatwo je zapamiętać.
− Składniki składnikami a cała tajemnica
to odpowiednie proporcje, sposób wykonania i czas pieczenia.
− To może spróbujemy . – Szczudło
wpatrywał się chciwie w słodką zawartość pudełka.
Limerick ostrożnie ujął w dłonie rogal,
przełamał go na pół i podał wnukowi. Pod złocistą skorupką ułożone były
jaśniejsze warstwy ciasta, cieńsze od papieru, a sam środek wypełniała gęsta
masa stanowiąca kwintesencję smakołyku. Szczudło odgryzł spory kawałek,
następnie językiem i zębami rozprowadził po całym wnętrzu jamy ustnej.
Przepełniła go niebiańska słodycz, która wniknęła we wszystkie dostępne kubki
smakowe, i miał wrażenie, że uczucie to przeszło jeszcze dalej, ogarniając
wszystkie jego zmysły i zakończenia nerwowe.
− To jest zaje…, to znaczy fantastycznie
smakuje – wydał z siebie recenzję po połknięciu pierwszego kęsa. – Musisz mi
powiedzieć, gdzie jest ta piekarnia.
− Nie ma sprawy. – Limerick ucieszył
się, że rogal zasmakował wnukowi. – Piekarz uczy zawodu i receptury swojego
syna, więc dobrze będzie, jeżeli pojawi się również nowe pokolenie pożeraczy
rogali. Proszę jedynie, abyś zawsze na jedenastego listopada zaglądał do
piekarni.
− Obiecuję. – Szczudło przełknął
następny kawałek.
− Powiem ci jeszcze, że jako wyjątkowy
klient mam specjalne względy u piekarza – ciągnął Limerick. – Jeśli go
poproszę, czasem upiecze parę rogali w ciągu roku, poza oficjalnym świętem.
Myślę, że zgodzi się, abyś i ty otrzymał statut specjalnego klienta.
− Super. – Szczudło kończył jeść swoją
połówkę rogala.
− Mam jednak jeszcze jedną prośbę. –
Limerick podrapał się po siwych włosach wciąż jeszcze gęsto porastających jego
głowę. – Rogala z pewnością zapamiętasz, ale chciałbym, abyś również zapamiętał
Ametyst i to, co ci o nim opowiedziałem. Nie chodzi o to, abyś go poszukiwał,
ale żebyś pamiętał.
− Zgoda dziadku, ale ja również mam
prośbę.
− Słucham.
− Czy mogę dostać drugą połowę rogala?
środa, 7 listopada 2012
Najpierw były "Szkice z życia", teraz czas na bajki. Blogerzy znowu dadzą o sobie znać :)
http://krainaczytania.blox.pl/2012/11/Blogerzy-Bajki-Pisza.html
http://krainaczytania.blox.pl/2012/11/Blogerzy-Bajki-Pisza.html
poniedziałek, 29 października 2012
Postrzeganie
– Kolejna zagadka – Monaakuus postanowił aktywniej włączyć
się do rozmowy. – Być może musi nastąpić określona konfiguracja waszych
obiektów zawieszonych w przestrzeni, aby powstała określona energia albo fale o
sprecyzowanej długości i częstotliwości. – Badacz gładził kozią bródkę. –
Przyznam, że nie spróbuję nawet zastanowić się nad czymś, co przekracza moją
wyobraźnię. Wy poza swoją Ziemią macie inne światy, obiekty, które krążą wokół
waszego, razem z nim oraz taki, wokół którego wy krążycie. Wasze źródło. Z
opowieści Wiktorii wiem, że takich systemów źródeł jest wiele, oddalonych tak
bardzo, że nie wy-starczy jednego życia, aby do nich dolecieć, nie mówiąc już,
że nie ma takich ma-szyn. Nie potrafię tego pojąć. Żyję w prostszym wymiarze,
co nie znaczy, że mniej zagadkowym. Jedynym znanym nam obiektem jest Źródło.
Ono stanowi centrum naszego świata i zasila nasze istnienie. Nie wiemy, czym w
rzeczywistości jest Źródło, jak powstało, a może było zawsze. Wiemy jedynie, że
emituje energię dającą nam życie.
– Nie ma wokół waszej planety żadnych innych obiektów
kosmicznych? – niedowierzał Maciej.
– On jeszcze się nie zorientował – szepnęła Wiktoria do
Monaakuusa.
– Nic dziwnego – stwierdził badacz. – Trudno zauważyć coś,
czego istnienia nie bierzemy pod uwagę. Nie spostrzeżemy takiego zjawiska
nawet, jeżeli jest obok nas i dotykamy je.
czwartek, 6 września 2012
Płonnik
Ścieżka wśród wysokich traw była tak wąska, że cała trójka musiała iść gęsiego. Na czele podążał Ugryź z nosem przy ziemi. Mały, brzydki kundel o sierści koloru musztardy był niczym kompas dla dwóch wiecznie pijanych meneli w średnim wieku, którzy często mieli problem z orientacją w terenie, szczególnie w środku nocy. Poza tym Czesiek i Wiesiek musieli skoncentrować się na bezpiecznym transporcie tego, co znaleźli po całodniowym przeszukiwaniu osiedlowych śmietników. Rozklekotany wózek skrzypiał niemiłosiernie, wyładowany do granic możliwości przedmiotami z plastiku, różnych rodzajów metalu oraz tego, co nie zostało skonsumowane przez sytych.
Byli już blisko swojego koczowiska, kiedy Ugryź stanął jak wryty, postawił uszy i zaczął głośno warczeć, by za moment przejść w ostre szczekanie. Mężczyźni nie zwrócili większej uwagi na zachowanie czworonoga. Spotykali już w tym miejscu zboczeńców, kopulujące pary, podpitych studentów oraz swoich kompanów w niedoli. Wszystkich intruzów potrafili skutecznie przegonić. Pies po chwili niepewności zanurzył się w trawie, nie przestając ujadać.
- Wyczuł, kurwa, jakieś zwierzę – splunął Czesiek. – Pewnie kota.
- Ugryź, do nogi! – wrzasnął Wiesiek. – Zara go zgubimy – dodał ciszej, pociągając nosem.
Niewielki pies rzeczywiście mógł łatwo zniknąć w otaczającej ich scenerii dziko rosnących traw i krzewów, nawet w słoneczny dzień, a co dopiero, gdy panują czarne mroki, lekko tylko rozjaśniane przez trzy czwarte księżyca.
Aż trudno było uwierzyć, że znajdowali się w środku dużego miasta. Teren, nazywany Łaciną, był ostatnim miejscem w centrum Poznania, którego praktycznie nie dotknęła cywilizacja. Jego granice przylegały do wiecznie zakorkowanego Ronda Rataje i wielkich blokowisk. Wkrótce miało się to skończyć. Cały obszar został przeznaczony na osiedle i galerię handlową, ale póki co, pustkowie służyło jeszcze takim jak Czesiek, Wiesiek i Ugryź.
Szczekanie umilkło, ale narastający szelest deptanej trawy sygnalizował, że pies wraca. Po chwili na ścieżkę wyskoczył Ugryź, cały i zdrowy, ale jakoś dziwnie zdezorientowany. Zamiast ruszyć dalej, wszedł pod wózek, położył się, zwinął w kłębek i zakrył pysk ogonem
- Ugryź, prowadź! – rozkazał Wiesiek.
- Co on taki wystraszony? – Czesiek spojrzał w kierunku, z którego wrócił Ugryź.
Odpowiedź nadeszła szybciej, niż się spodziewali.
Całe opowiadanie na portalu nakanapie.pl
Byli już blisko swojego koczowiska, kiedy Ugryź stanął jak wryty, postawił uszy i zaczął głośno warczeć, by za moment przejść w ostre szczekanie. Mężczyźni nie zwrócili większej uwagi na zachowanie czworonoga. Spotykali już w tym miejscu zboczeńców, kopulujące pary, podpitych studentów oraz swoich kompanów w niedoli. Wszystkich intruzów potrafili skutecznie przegonić. Pies po chwili niepewności zanurzył się w trawie, nie przestając ujadać.
- Wyczuł, kurwa, jakieś zwierzę – splunął Czesiek. – Pewnie kota.
- Ugryź, do nogi! – wrzasnął Wiesiek. – Zara go zgubimy – dodał ciszej, pociągając nosem.
Niewielki pies rzeczywiście mógł łatwo zniknąć w otaczającej ich scenerii dziko rosnących traw i krzewów, nawet w słoneczny dzień, a co dopiero, gdy panują czarne mroki, lekko tylko rozjaśniane przez trzy czwarte księżyca.
Aż trudno było uwierzyć, że znajdowali się w środku dużego miasta. Teren, nazywany Łaciną, był ostatnim miejscem w centrum Poznania, którego praktycznie nie dotknęła cywilizacja. Jego granice przylegały do wiecznie zakorkowanego Ronda Rataje i wielkich blokowisk. Wkrótce miało się to skończyć. Cały obszar został przeznaczony na osiedle i galerię handlową, ale póki co, pustkowie służyło jeszcze takim jak Czesiek, Wiesiek i Ugryź.
Szczekanie umilkło, ale narastający szelest deptanej trawy sygnalizował, że pies wraca. Po chwili na ścieżkę wyskoczył Ugryź, cały i zdrowy, ale jakoś dziwnie zdezorientowany. Zamiast ruszyć dalej, wszedł pod wózek, położył się, zwinął w kłębek i zakrył pysk ogonem
- Ugryź, prowadź! – rozkazał Wiesiek.
- Co on taki wystraszony? – Czesiek spojrzał w kierunku, z którego wrócił Ugryź.
Odpowiedź nadeszła szybciej, niż się spodziewali.
Całe opowiadanie na portalu nakanapie.pl
poniedziałek, 30 lipca 2012
ESPERANZA
Tekst zainspirowany utworem zespołu Shamrock pt.: "Opowieść"
-----------------------------------------------------------------------
Kiedy przybył do miasta zapadał już zmrok. Było mu to
nawet na rękę. Mógł od razu wziąć się do pracy. Zawsze pracował po zmroku.
Wtedy ludzi bardziej się otwierają i zaczynają rozmyślać.
Cały dzień spędził w drodze. Nie miał pojęcia ile
przeszedł kilometrów. Nigdy ich nie liczył. Szedł przed siebie, chcąc dotrzeć
do miejsca, po którym wiele sobie obiecywał. Miasto leżało na północnych
rubieżach regionu, w którym od dawna działał. Nie było ani duże, ani małe,
ludzie żyli tutaj zwyczajnie. Właśnie tego poszukiwał.
Ciężkie, nisko wiszące chmury, towarzyszące mu w
wędrówce, teraz zamieniły się w deszcz. Nie była to silna ulewa, ale też nie
słabe opady. Po prostu taki deszcz, jakiego potrzebował. Sam go przecież
sprowadził. Deszcz stał się jego kompanem do tego stopnia, że chwilami czuł się
jakby stanowili jeden byt. – Może i ja pochodzę z tych chmur? – zastanawiał się
czasami pól żartem pół serio.
Poprawił wielki wór, przewieszony przez ramię i ruszył
główną ulica miasta. Za nim szedł deszcz. Przybysz przyglądał się uważnie
kamienicom i zaglądał do okien. Toczyło się za nimi normalne, przyziemne życie,
ale on wiedział, że musi sięgnąć głębiej. W umysły i dusze. Tam kryły się
najcenniejsze skarby. Po nie właśnie przyszedł.
Kroczący zawsze tuż za nim deszcz otumaniał i usypiał
miasto. Ludzie byli wtedy mniej czujni, bardziej melancholijni i niezwykle
czytelni. Spokojnym, ale równomiernym krokiem szedł ulicą ogarniając i
zagarniając to czego potrzebował. Praca szła sprawnie i był zadowolony z jej
efektów. Przemierzył już prawie całe miasto i postanowił zrobić sobie przerwę.
Na narożniku dwóch ulic zauważył bar. Zwyczajny, skromny,
w którym można napić się piwa lub czegoś mocniejszego i coś nie coś przekąsić.
Bar o niezbyt wyszukanym wystroju, ale żadna speluna. Wszedł nie spojrzawszy
nawet na jego nazwę. W środku siedziało kilkanaście osób nad kuflami i
kieliszkami. Nie zwrócili na niego uwagi. On na nich też nie. Miał już
zapełniony wór, a oni nie byli w stanie dostarczyć mu niczego ciekawego. Usiadł
przy barze nie zdejmując swojego skórzanego płaszcza i zapytał znudzonego barmana,
czego można się napić.
- Piwo i whisky – odparła barman bez entuzjazmu.
- A co pan poleca?
Barman wzruszył ramionami.
- Co kto woli – promocja nie należała do jego mocnych stron.
- W takim razie poproszę whisky.
Barman sprawnie napełnił szklankę i podsunął Przybyszowi.
Ten wypił na jeden raz i poprosił o jeszcze jedną.
- Sympatyczne miasto – znowu próbował zagadnąć barmana.
- Nudne – ocenił barman znowu napełniając szklankę. – Nic
się tu nie dzieje.
- A jednak toczy się chyba jakieś życie – przekonywał
Przybysz. – Ludzie mają swoje sprawy, problemy, radości. Marzenia.
- Jakie tam życie – skrzywił się barman i machnął ręką. –
Beznadzieja.
Dopiero teraz Przybysz zorientował się, że barman musiał
znaleźć się w zasięgu jego i deszczowych chmur. Tylko to mogło tłumaczyć
apatię. A może po prostu należał do tego typu ludzi. Przybysz spotykał takich.
Od nich niczego nie był w stanie wyciągnąć, bo sami niczego nie mieli. Zupełnie
jak on.
Dał spokój barmanowi i skupił się na sączeniu swojej
whisky. Uwielbiał ten uwodzący, mocny smak, przyjemny dreszczyk rozchodzący się
po jego ciele i dźwięk uderzających o szkło kostek lodu, które barman raczył
wrzucić do szklanki. Zamknął oczy i oddawał się małej przyjemności. Odstawił
szklankę i chciał poprosić barmana o zakąskę, ale nie było go na swoim miejscu.
– Pewnie zmył się na zaplecze – pomyślał, - za dużo zadawałem pytań.
Rozejrzał się po barze. Po gościach przy stolikach
zostały tylko kufle i szklanki. Był sam?
- Dobry wieczór – usłyszał głos tuż obok siebie. Kobiecy
głos.
Odwrócił głowę. Na barowym stoliku siedziała kobieta w
jego wieku. Dobrze utrzymana „czterdziestka” z sięgającymi do ramion, prostymi
włosami koloru miedzi i lekko piegowatą twarzą. Ubrana w czerwoną bluzkę z
dużym dekoltem i obcisłe dżinsy wniosła sporo ożywienia do nudnego baru.
- Witam – obrócił w jej kierunku. – Jesteś tutejsza?
- Nawet bardzo – uśmiechnęła się rozbawiona. – Jestem
właścicielką baru. Mam na imię Esperanza. Podobnie jak bar.
- Bar Esperanza. Nawet nie zwróciłem uwagi – przyjrzał
się jej uważniej.
- Smakuje ci drink?
- Dobra whisky – pochwalił i dodał łyżkę dziegciu mówiąc,
że barman nie należy do zbyt rozmownych i gdzieś się ulotnił.
- Powiedziałam mu, że na dzisiaj może skończyć pracę –
wyjaśniła. – Poza tym nie oczekuj wylewności od człowieka, który stracił nadzieję.
- Skąd tak dobrze znasz swojego pracownika? – Zdziwił
się. – Zwierzał ci się ze swoich prywatnych spraw?
- Potrafię rozpoznać ludzi, którzy stracili nadzieję –
Esperanza sięgnęła po stojącą na barze butelkę whisky i nalała sobie odrobinę.
– Ty pewnie też coś o tym wiesz?
- Nie rozumiem o czym mówisz.
- Kto traci wszystkie marzenia, traci też nadzieję, a nie
ma bardziej przygnębiającego widoku od człowieka bez grama nadziei – podała
gościowi miseczkę z solonymi orzeszkami.
- Prowadzisz bar czy jesteś psychologiem? – Zaśmiał się sucho
i zaczął chrupać orzeszki.
- Doskonale wiesz o czym mówię – Esperanza spojrzała mu
prosto w oczy. – Zabierasz ludziom marzenia. Wnikasz do ludzkich umysłów,
przemierzasz korytarze ich wyobraźni, wyszukując najskrytszych myśli.
Codziennie. Z roku na rok. Z pokolenia na pokolenie. Często jest to jedyne, co
posiadają, pewni, że tego nikt im nie odbierze. Mając marzenia, nie tracą
nadziei. Ty im to odbierasz. Później wyglądają jak ten barman. On nie pochodzi
z tego miasta. Odebrałeś mu wszystko jakiś czas temu, ale to już kres twojej
działalności. Trudno było cię znaleźć, ukrytego w deszczu.
Nie miał już wątpliwości, że Esperanza nie jest zwykłą
mieszkanką miasta. Kątem oka zlustrował bar. Nadal był pusty i cichy. Coś go w
tej ciszy zaniepokoiło. Nie potrafił tego określić.
- Na mnie już czas – dopił whisky. – Zatrzymałem się
tylko na chwilę.
- Ile ich masz? – Spojrzała na znajdujący się między nimi
wór oparty o bar.
- Ile mam czego? – Bębnił palcami i blat baru.
- Ludzkich marzeń. Przez sto lat musiało się ich
nazbierać. Sto ludzkich lat to dla was niewiele, a ileż to ludzkich marzeń –
wypiła whisky i zagryzła orzeszkami. – W tym mieście chciałeś zakończyć misję i
wrócić do swojego świata. Liczysz na to, że imponujący połów zachwyci twoich
pobratymców.
- Masz rację – nie było sensu ukrywać przed nią kim jest
i skąd pochodzi. Rozpoznała jego a on ją. – Nie przypadkowo nasz wybór padł na
ten świat. Po co tak marnym istotom marzenia? Przecież i tak ich nie zrealizują
podczas swoich krótkich bytów. Przydadzą się nam.
- Słabo poznałeś ten świat i jego ludzi – wetchnęła
Esperanza. – Co do was, to cały twój wysiłek i tak poszedłby na marne. Marzenia
nie utrzymają się w twoim świecie, tak jak życie nie zaistnieje na zimnej i
ciemnej planecie. Zniszczyliście swoje marzenia sądząc, że nie będą wam
potrzebne, ale przeliczyliście się. Teraz powoli obumieracie i chcecie je
reanimować, ale jest już za późno. Minęło zbyt wiele czasu. Wasz świat jest
wyjałowiony. Nie macie nawet imion.
Przybysz wstał od baru. Zarzucił na plecy wór.
- Jak na strażniczkę tego świata słabo się spisałaś –
prychnął. – Przez sto waszych lat nie byłaś w stanie mnie namierzyć. Nie
uchroniłaś swoich ludzi. Teraz jest już za późno.
- Jestem strażniczką wielu światów. Tych, które mnie
zechcą. Nie narzucam się nikomu. Byłam kiedyś w twoim świecie, ale orzekliście,
że nie jestem potrzebna. W tym świecie ludzie mnie potrzebują – uniosła w górę
prawą brew, - a ja nie pozwolę ich skrzywdzić.
- Nie przeszkodzisz mi – zapiął swój płaszcz. – Wyjdę
teraz z baru i opuszczę miasto razem z deszczem.
Podszedł do drzwi, ale okazało się, że są zamknięte.
Szarpanie za klamkę nic nie pomogło. Odwrócił się zaniepokojony. Esperanza spokojnie
siedziała przy barze.
- Nie można wyjść z baru, którego nie ma. Nie da się
opuścić miasta, które nie istnieje – wyjaśniła przybyszowi. – Wiedziałam, że
zainteresuje się to miasto. Odległe od centrum tego świata, żyjące na uboczu. W
takim mieście marzenia są szczególne silne, świeże, pozbawione wszelkich
naleciałości mogących je osłabić, stępić. Wiedziałam, że nie odmówisz sobie
wizyty w takim miejscu. Stwierdziłeś, że to będzie znakomite ukoronowanie
twojej misji. Dlatego wymyśliłam to miasto. Nie mogąc cię wytropić zarzuciłam
przynętę. Słyszysz tę ciszę? – uniosła rękę. – Nic jej nie zakłóca. Nawet
deszcz.
Przybysz rzucił się do okna. Też było zamknięte. Za
szybą, o którą nie uderzały krople deszczu, panował mrok wypełniony gęstą mgłą,
przypominającą szary pył. Jego niepokój zmienił się w przerażenie, kiedy zdał
sobie sprawę, że nie ma przy sobie worka z marzeniami. Zniknęła też Esperanza.
– Na pewno uciekła tylnym wyjściem, tak jak barman – myślał gorączkowo
Przybysz. Wybiegł za bar na zaplecze. Na końcu niewielkiego pomieszczenia
znajdowały się drzwi. Otworzył je bez problemu. Buchnął na niego mrok i
gęstniejący pył. Zawahał się przez chwilę, ale wiedział, że musi odzyskać swój
wór. Wszedł więc w mrok i pył, a wtedy zamknęły się za nim drzwi. Stał
zdezorientowany. Zapragnął wrócić, ale drzwi już nie było. Zniknął też bar i
miasto. Znajdował się w przygnębiającej otchłani.
A więc wrócił.
To był jego świat.
Bez marzeń i nadziei.
W ciemnościach zamajaczyły dwie postacie. Kobieta i mężczyzna.
Oni wysłali go z misją.
- Wróciłeś – odezwała się kobieta. – Przyniosłeś to ze
sobą?
- Nastąpiły pewne komplikacje – przełknął ślinę. –
Dopadła mnie strażniczka tamtego świata.
- Źle – skwitował mężczyzna. – Bardzo źle.
- Na szczęście nie wszystko stracone – uspokoił ich.
Zawsze wkładał kilka marzeń do wewnętrznych kieszeni
swojego płaszcza. Były duże i bezpieczne sporo mogły pomieścić. Rozpiął płaszcz
i sięgnął do kieszeni. Kiedy wyjął i otworzył dłoń był na niej tylko szary pył.
- Są jeszcze inne światy – otrzepał ręce. – Można tam
spróbować – nie chciał przyjąć do wiadomości, że jego wysiłek poszedł na marne.
- Obawiam się, że nie mamy już czasu – odparł mężczyzna.
*
Esperanza rozwiązała wór z marzeniami. Nie wszystkie
zachowały się w dobrym stanie, niektóre nie nadawały się do użytku, ale to, co
mogła przywróciła ludziom. Pozostałym pomogła zasiewając w nich nowe marzenia.
Po zakończonej pracy udała się do prawdziwego miasta i prawdziwego baru, w
którym barman przywitał ją z uśmiechem.
- Dawno cię nie widziałem Esperanzo. Dobrze, że jesteś.
Subskrybuj:
Posty (Atom)