Pierwsza powieść, którą napisałem w pierwszej osobie, lecz narrator nie jest mną. Nie jest nawet człowiekiem. Jego tożsamość to jednak sprawa bardziej skomplikowana. Podobnie jak w przypadku Gony.
Naran, przeciętny mieszkaniec Planety, zostaje zwerbowany do ściśle tajnego projektu „Bezkresny umysł”. Oznacza to radykalną dla niego zmianę w jego życiu, ale tego właśnie Naran potrzebował, nawet za cenę bardzo ryzykownej misji w nieznane rejony wszechświata. Nie zdawał sobie jednak sprawy, że będzie to także wyprawa w nieznane obszary jego umysłu. I umysłów kilku innych istot. Najnowsza powieść Olafa Tumskiego i pierwsza napisana w pierwszej osobie.
Wydawnictwo e-bookowo 2018
Opisując zjawiska tajemnicze, mistyczne, niesamowite lub po prostu dziwne, umiejscawiam akcję w banalnej rzeczywistości, w miejskim otoczeniu z jego dobrymi i gorszymi stronami. W tej przyziemnej codzienności kryją się prawdziwe tajemnice. Trzeba je tylko zauważyć.
czwartek, 22 lutego 2018
poniedziałek, 11 grudnia 2017
Wirtajki ~ bajkowy świat dzieci
Była sobie bajka. Mieszkała w nas, w każdym z osobna. Któregoś dnia, kiedy uznała, że nadszedł odpowiedni czas, poprosiła autorów: – Wypuście mnie do dzieci. Chcę się snuć przed snem, opowiadać o najmniejszych troskach i radościach, pleść się wierszykami i baśniami na pocieszenie, zamyślenie, uśmiech, dobry dzień i dobrą noc. I tak autorzy, którzy przecież nie zostaliby pisarzami, gdyby bajki i baśnie nie kołysały ich w ramionach, postanowili oddać dzieciom, co kiedyś dostali.
Bajkowa kraina
Wirtajki to miejsce magiczne, w którym spotkali się bajkopisarze z różnych stron świata skupieni na Portalu Pisarskim, by opowiadać o pięknych księżniczkach, dzielnych książętach, potężnych królestwach i wcale nie takich groźnych smokach. Wyrusz z nami do krainy fantazji pełnej intryg, przygód, łez wzruszeń i radości, gdzie dobro zawsze zwycięża zło.
Każdy rodzic, opiekun czy wychowawca znajdzie tutaj coś wartościowego dla swoich pociech. Publikacje są starannie sprawdzane przez korektorów i pedagogów, którzy dbają, aby utwory, oprócz walorów czysto literackich, były przede wszystkim wartościowe dla najmłodszych. Nasz księgozbiór dedykujemy najmłodszym – od przedszkolaka po starsze dzieci bez górnej granicy wieku.
Rozgość się, rozsiądź wygodnie, życzymy… zaczytania!
Projekt powstał pod patronatem Portalu Pisarskiego. Na stronie Wirtajki.pl znajdziecie trzy moje teksty.
niedziela, 27 sierpnia 2017
ebooki w promocji
KEMEM
Przesileni
Dwunasta warstwa
U Źródła
Wymyślony
Tomkowe historie
http://bit.ly/2vA19lI
czwartek, 2 lutego 2017
Mercedes de Breda
Przesileni, fragment
(…)
W poczekalni jej gabinetu nigdy nie było tłoku. Nie oznaczało to, że
pacjenci omijają ją łukiem. Wręcz przeciwnie, miała ich całkiem sporo,
natomiast perfekcyjnie zorganizowała ich przepływ. Podczas gdy doktor Mercedes
de Breda badała pacjenta, na swoją kolej oczekiwała tylko jedna osoba. Pacjent
po zakończeniu wizyty wychodził drugim wyjściem, doktor wzywała oczekującego, poczekalnia
na chwilę pustoszała, a mniej więcej po kilku minutach wchodziła kolejna
umówiona osoba. Pacjenci nie mieli okazji spotkać się nawet przed willą. Dom
znajdował się na peryferiach miasta, w dzielnicy składającej się z domów
jednorodzinnych lub szeregowych. Nie brakowało tutaj zacisznych, kameralnych
uliczek z domkami otoczonymi bezpiecznymi płotami. Ale dom Mercedes mieścił się
nawet nie w uliczce, lecz w zaułku, a właściwie w zaułku zaułka. Od niedługiej,
wąskiej ulicy odbijał jeszcze stumetrowy kawałek, przy którym stały po obu stronach
po dwa domy z ogrodem. Kiedy wydawało się, że to już koniec zabudowań i dalej
zaczynają się już tereny zielone, ulica nagle skręcała pod kątem czterdziestu pięciu
stopni, wydzierając naturze jeszcze kawałek przestrzeni. Właśnie na niej
znajdował się dom doktor de Bredy. Do posesji nie można było dojechać
samochodem. Jej dom był jedyny w okolicy bez garażu. Mercedes, jak na ironię,
nigdy nie poruszała się własnym samochodem. Korzystała z taksówek,
wypożyczalni, a na krótszych dystansach bardzo chętnie z roweru. Tuż przed
zaułkiem stał znak zakazu wjazdu, a na wąskiej uliczce i tak nie można było zaparkować,
nie blokując dojazdu na posesje innych mieszkańców. Pacjenci pozostawiali
pojazdy ulicę dalej w zatoczkach postojowych. Tylko tam mieli okazję wpaść na
siebie, ale nigdy nie było pewności, czy dana osoba korzysta z usług pani
neurolog. De Breda nie zatrudniała żadnego pracownika, nie prowadziła recepcji.
Można było się z nią umówić jedynie poprzez stronę internetową. W godzinach przyjmowania
furtka prowadząca do posesji domu była zawsze otwarta, podobnie jak główne
drzwi wejściowe. Wchodziło się nimi do holu, w którym napis na dużej tabliczce
zapraszał do rozgoszczenia się w głębokim i wygodnym fotelu, obitym pluszem w
kolorze łososiowym. Oczekujący mogli poczytać gazety lub czasopisma (wybór był
urozmaicony), włączyć muzykę (wybierając w szerokiej gamie gatunków, utworów i
wykonawców) lub włączyć w fotelu opcję masażu. Doktor de Breda wychodziła z
założenia, że co prawda jest neurologiem, a nie psychoterapeutką, ale komfort
psychiczny pacjentów przekraczających próg gabinetu i ich pozytywne nastawienie
uważała za konieczny wstęp do zasadniczego etapu diagnozowania i leczenia lub
innych zaleceń. Pacjenci doceniali tę troskę oraz absolutną intymność wizyt.
Mercedes dzieliła swoje życie między Poznaniem a Berlinem. Dokładnie w
proporcji dwa do jeden. Pierwsze dziesięć dni każdego miesiąca, wliczając
soboty i niedziele, przebywała w stolicy Niemiec, przyjmując w gabinecie przy
Potsdamerstrase. Pozostałe dwadzieścia dni spędzała w Poznaniu. Tego dnia
pozostał jej ostatni pacjent. Nie kojarzyła nazwiska. Westchnęła, wiedząc, że
ta wizyta potrwa dłużej niż standardowa. Będzie musiała nie tylko założyć kartotekę,
ale też i przeprowadzić dłużą rozmowę, chcąc uzyskać szczegółowe informacje nie
tylko na temat obecnych problemów, ale i wcześniejszych dolegliwości, objawów i
ogólnego trybu życia. Nie darmo w swoim fachu uchodziła za perfekcjonistkę.
Uchyliła drzwi gabinetu. Pacjent siedział w fotelu i przeglądał gazetę.
Rozpostarta, papierowa płachta zasłaniała twarz. Zanim jeszcze ją odłożył i
spotkały się ich spojrzenia, już wiedziała, że wizyta znacznie bardziej
odbiegać będzie od standardów, chociaż nie w takim znaczeniu, jak wcześniej
sądziła. Srebrny sygnet na palcu był jego znakiem rozpoznawczym od kilku tysięcy
lat. Znakiem nie dla wszystkich, bo jedynie ona i kilku bliskich przyjaciół, w
tym Henk, zwrócili na to uwagę, ale też nie od razu. Zdaje się, że dopiero na
początku Czwartego Przesilenia zdała sobie sprawę, że Albi nosi nieprzerwanie
jedną ozdobę od zamierzchłych czasów Pierwszego Przesilenia. Żartował, że musi mieć
jakiś stały element w jego chaotycznym życiu. Tu w jej gabinecie pierścień był
dla niej sygnałem. Na wypadek gdyby nie rozpoznała go pod przeznaczoną dla
postronnych obserwatorów charakteryzacją, składającą się z blond czupryny i
dwudniowego zarostu. Zupełnie niepotrzebnie. Poznałaby go, nawet gdyby założył
stalowy hełm z przyłbicą (co w jeszcze obecnym Przesileniu wielokrotnie miało
miejsce). Dla osób, które znały się od kilu tysięcy lat, wystarczyła bliska
obecność. Ruchem głowy zaprosiła go do środka. Albi rzadko używał
charakteryzacji. Jeśli już to robił, miał twardy powód.
(…)
wtorek, 20 grudnia 2016
Wszechświaty
– Nie wnikam w to, co mogło być praprzyczyną kolizji naszych światów,
bo pewnie nigdy się tego nie dowiemy – analizował głośno.
– Jest pewna hipoteza – Fea nie zostawiła zagadnienia całkowicie bez
odpowiedzi. – Nasze światy uczestniczyły w karambolu wielu równoległych
wszechświatów, spowodowanym silnym wyładowaniem w jednym z nich. Innymi słowy, w
którymś z wszechświatów doszło do Wielkiego Wybuchu, który naruszył równowagę w
przestrzeni między wymiarami.
– Wielki Wybuch? Tak jak kiedyś u nas – zamyślił się Jonasz.
– Czy wtedy też inne światy dostały rykoszetem?– Kto wie? W każdym razie
to jedynie ostrożna hipoteza, zakładająca istnienie wielu, może nawet
nieskończonej liczby wszechświatów.
– No dobrze – Jonasz pochylił się w jej kierunku. – Wszechświaty, w
których istnieje Kemen i Ziemia zetknęły się. Powstały warunki do wygenerowania
Przesmyku. Dlaczego powstał bezpośrednio na styku planet, a nie gdzieś w
przestrzeni kosmicznej? Przecież w naszych wszechświatach jesteśmy zaledwie
ziarenkiem. – Zadajesz pytania bardziej dla filozofów niż naukowców –
westchnęła Fea. – To mogło być zdarzenie losowe lub…
– Lub?
– Efekt eksperymentów naszego Leonarda. Przesmyk powstał tam, gdzie
skoncentrował się silny strumień olos – meldo – z twarzy Fei jasno wynikało, że
tę drugą ewentualność traktuje jako mocno naciąganą.
Jonasz nie wykluczył, że eksperymenty mogły mieć jakiś wpływ, trudny do
oszacowania. Nadal jednak nie pojmował, czym właściwie jest Przesmyk.
– Czy to właśnie most Einsteina – Rosena?
– Most zakładał raczej szybkie połączenie odległych rejonów kosmosu,
chociaż twórcy koncepcji nie wykluczali, że za pomocą mostu można też dotrzeć
do zupełnie innych wymiarów – przypomniała Fea. – Tak czy owak, trzydzieści lat
po teorii Einsteina i Rosena inni naukowcy wysunęli tezę, że nawet jeśli
istnieją tego rodzaju połączenia, nic nie jest w stanie się przez nie
przedostać. Nawet światło.
– Wheeler i Fuller – potwierdził Jonasz. – Most pochłonąłby każdą
materię, zanim ta zdążyłaby się wydostać.
– Opierali się cały czas na pierwotnej koncepcji mostu Einsteina –
Rosena. A gdyby go zmodyfikować?
– Tunel Thornea – Morrisa – domyślił się.
Była to teoria tunelu czasoprzestrzennego, postulowana pod koniec lat
80. XX wieku, powstała w oparciu o most Einsteina – Rosena. Zakładała jednak,
że istnieje możliwość przesłania przez most czy raczej tunel energii i materii
w taki sposób, aby podczas transmisji tunel nie zapadł się w sobie i nie
uwięził materii. Tym, co miało stabilizować i podtrzymywać most, okazała się egzotyczna
materia, posiadająca ujemną masę.
– Podejrzewali, że coś takiego istnieje. Byli blisko rozwikłania zagadki
– oznajmiła Fea.
– Olos – meldo to egzotyczna materia – Jonasz poczuł, jak miękną mu
nogi.
– Prawie nas mieli – stwierdziła na poważnie Fea. – Einsten i Rosen
zaproponowali Drugiemu Światu istnienie czegoś takiego jak Przesmyk, ale nie
opracowali modelu utrzymania go w stanie funkcjonalności, tak aby można było
bezpiecznie podróżować. Pół wieku później Thorne i Morris doszli do wniosku, że
istnieje składnik, który pozwoli na bezpieczne przejście przez tunel. Nie zdołali
jedynie owego składnika odnaleźć, ale i tak w Kemen spowodowało to straszliwą trwogę.
– Wśród ekspansjonistów.
– Nie tylko. Wszyscy obawiali się, co będzie, jeśli Drudzy w końcu
odkryją Przesmyk i przejdą na drugą stronę. Nowa sytuacja przyczyniła się do
zawarcia pokoju między ekspansami, a izolami i wspólnym kontrolowaniu
Przesmyku.
– Thorne i Morris powinni dostać Nobla… pokojowego – Jonasz tylko
trochę zażartował.
– Niestety, pokój nie przetrwał zbyt długo – przypomniała Fea. –
Później odkryłeś lemniskaty i zrobiłeś kolejny mały krok dla ludzkości.
– I na tym koniec – uśmiechnął się w zadumie.
– Wcale nie – szybko zaprotestowała Fea. – Zrobiłeś jeszcze jeden krok.
Dla obu ludzkości. Wiem, że to brzmi patetycznie i wazeliniarsko, ale tak to
wygląda.
– Przyjmijmy, że wspólnie uczyniliśmy ten krok – chciał mieć chociaż w
tym przypadku ostatnie zdanie i zmienił temat.
– Na Ziemi panuje przekonanie, że jeśli istnieje gdzieś jeszcze
inteligentne życie, wszystko jedno w naszym, czy innym wszechświecie, to wygląda
zupełnie inaczej, jest oparte na innych procesach fizycznych i chemicznych.
Zakładamy, że inne istoty mogą nie przypominać nas pod żadnym względem, ponieważ
zupełnie czym innym oddychają i odżywiają się. Są zbudowane z innych pierwiastków,
być może całkowicie nieznanych. Tymczasem my i wy należymy do tego samego gatunku.
Poza poziomem rozwoju technologicznego nic nas nie różni. Mamy podobne
skłonności i namiętności. Toczymy wojny, kochamy się. Być może w jeszcze innych
wymiarach wszystko wygląda inaczej.
– Niekoniecznie – zieleń źrenic Fei zaiskrzyła. – Jeśli wszystkie
wszechświaty stanowią jeden wielki multi wszechświat, to każdy nowy wymiar wyrasta
z już istniejącego, który z kolei powstał z jeszcze wcześniejszego, a wszystkie
mają wspólnego przodka zwanego prawszechświatem lub wszechświatem pierwotnym, to
oznacza wspólne pochodzenie, które określa kształt i charakter wszystkiego, co
znajduje się w każdym z wszechświatów, włączając w to planety i formy życia.
Pochodząc od tego samego wszechświata prarodzica, jesteśmy podobni jak
rodzeństwo.
– Ta teoria wyjaśnia dodatkowo, dlaczego Wielki Wybuch w jednym z
wszechświatów spowodował takie perturbacje w naszych – zgodził się Jonasz. –
Jesteśmy jak gałęzie drzewa. Wyrastamy z jednego pnia. Na przykład Wielki
Wybuch, z którego powstał mój wszechświat, mógł być właśnie takim pączkowaniem
z innego wszechświata. Kto wie, czy nie z Kemen. Jesteście przecież bardzie
zaawansowani.
– Rozwój technologiczny nie ma w tym przypadku nic do rzeczy – oceniła
Fea. – Równie dobrze Kemen mogło zakwitnąć z twojego uniwersum.
(..)
poniedziałek, 12 grudnia 2016
Z kim to zrobiła? Co jej powie analiza DNA?
Ten poranek był jeszcze lepszy niż poprzedni.
Rozalia obudziła się podwójnie na-sycona i odprężona. Spokojny i regenerujący
sen, a wcześniej szalony, strzelisty seks, przenikający ją na wskroś. Świeżo
upieczony kochanek przeszedł jej najśmielsze oczekiwania. Czuła go w środku i
na zewnątrz, cieleśnie i poza cieleśnie, na każdym milimetrze sześciennym
siebie. To było jak seksualne jacuzzi, seksualna sauna.
Teraz przeciągała się w łóżku maksymalnie
wyluzowana i nic nie zaprzątało jej myśli. Z łazienki dobiegał szum wody.
Mariusz brał prysznic. Przyszło jej do głowy, że zrobi mu niespodziankę i
wskoczy do kabiny, zrobią to razem jeszcze raz pod strumieniem ciepłej wody.
Podskoczyła na łóżku i wtedy poczuła się jak walnięta młotem. Sielanka zniknęła
niczym bańka mydlana. W fotelu naprzeciw łóżka siedział On i patrzył na nią z
życzliwym uśmiechem.
— Dzień dobry Rozalio — odezwał się, widząc, że nie
potrafi wykrztusić słowa. — Jak się spało?
Rozalia ukryła twarz w dłoniach, po chwili zsunęła
je ostrożnie z oczu. Nadal był i uśmiechał się.
— Co tu robisz? Ty nie istniejesz.
— Przecież rozmawialiśmy…
— Byłam zestresowana i zmęczona, to musiało być
urojenie.
— Teraz jesteś wypoczęta i odstresowana, więc chyba
jednak nie jestem urojeniem.
— Zawołam Mariusza, niech cię stąd wyrzuci.
— Wtedy w barze też go wezwałaś. Nie dostrzegł
mnie. Tak samo było teraz.
— Teraz? Od kiedy tu jesteś?
— Całą noc.
Przerażenie Rozalii zmieniło się w złość. Mobilizującą
i waleczną złość, którą doskonale zdążył poznać, a która dawała jej siłę do
przetrwania i pokonania trudności. Siłę tak potężną, że ją samą ciągle
zaskakiwała.
— Podglądałeś nas ty cholerny zboczeńcu!
— Nie podglądałem. Chciałem zasnąć i początkowo
wydawało mi się, że śnię, ale to działo się naprawdę.
— Co się działo? — Na twarz Rozalii powrócił
niepokój.
— Byliśmy razem. Interakcja, więź, zespolenie.
— Nieprawda!
— Wiesz o czym mówię. Zapragnęłaś tego. Nie
zrobiłbym niczego wbrew twojej woli.
— Przestań! — Rozalia wyskoczyła z łóżka. Zdała
sobie sprawę, że jest naga, a On na nią patrzy. Ściągnęła z łóżka prześcieradło
i owinęła się nim.
— Chcesz mi powiedzieć, że pieprzyłam się z dwoma
facetami? Prawdziwym i wirtualnym? Dlatego było mi tak dobrze? — Ponownie
wróciła jej pasja, która ode-pchnęła na bok niepokój.
— Kochałaś się z jednym facetem, którego pragnęłaś.
Dlatego było ci tak dobrze. Mnie również. Dziękuję ci za to Rozalio. To dla
mnie bardzo ważne.
— Co zrobiłeś Mariuszowi? – Stanęła nad nim
szczelnie okryta prześcieradłem z opadającymi na czoło włosami. Dysząc zbierała
myśli.
— Niczego mu nie zrobiłem.
— Niczego? Więc on sobie siedział i patrzył, jak się
bzykamy?
— To nie tak. Trudno mi to nazwać dostępnymi
słowami. Twoje pragnienie wciągnęło mnie do cielesnej rzeczywistości, a
Mariusza odesłało w zawieszenie. To on śnił o tobie. Bardzo realistycznie. Jest
przekonany, że spędził z tobą noc.
— I to wszystko zrobiłam ja? Zaciągnęłam ciebie do
łóżka, a Mariusza wyrzuci-łam?
— Oboje tego chcieliśmy i oboje to zrobiliśmy.
Rozalia usiadła na łóżku.
— Wyprodukowałam sobie ochroniarza i kochanka w
jednym. Ciekawe, kim jeszcze się okażesz?
Zastanawiał się przez moment, czy powiedzieć jej
swoim o nocnym zdarzeniu, ale stwierdził, że to będzie za dużo jak na jeden
raz. Cała ta sytuacja z trudem do niej dociera. Trzeba dawkować stopniowo.
— Do zobaczenia później — powiedział.
Kiedy się odwróciła, przed nią stał Mariusz z
ręcznikiem na biodrach.
— Stało się coś? – Zapytał – wyglądasz na lekko
przestraszoną?
— Nie, nie. — Rozalia poderwała się z łóżka. — Po prostu
obudziłam się i przestraszyłam się, że cię nie ma. Pomyślałam, że mi się
przyśniłeś.
— Bez obaw. To nie był sen. Takiej nocy nie da się
zapomnieć.
Ratunku! — Wołała rozpaczliwie w myślach. — Co się
naprawdę działo? Dlaczego niczego nie jestem pewna? Jak to sprawdzić?.
Zrzuciła z siebie prześcieradło, podeszła do
Mariusza i odwiązała mu ręcznik.
— Może jeszcze coś na zakończenie? — błysnęła
zalotnie oczyma.
Mariusz podniósł ręce w geście kapitulacji.
— Nie myśl sobie, że jestem jakimś cieniasem, ale
naprawdę dzisiaj nie dam już rady. Chętnie umówię się na następny raz. Jesteś
absolutnym geniuszem seksu.
— W takim razie zrób to ze mną jeszcze raz. Nie
odmawia się geniuszowi — nie dawała za wygraną.
Przylgnęła do niego i próbowała uwiesić się,
oplatając go nogami i ramionami.
— Spokojnie, opanuj się. — Mariusz był już lekko zaniepokojony.
— Nie musimy bić rekordów?
Rozalia poczuła się zakłopotana.
— Przepraszam, myślałam, że może jeszcze masz
ochotę…
— Muszę iść do domu wyspać się. Mam w nocny robotę.
Zawsze możesz zadzwonić.
Ubrał się i wyszedł. Rozalia wróciła do łóżka i nakryła
się kołdrą. Była przekona-na, że Mariusz uznał ją za fanatyczną nimfomankę i
popieprzoną schizofreniczkę. Nie będzie chciał się z nią ponownie spotkać.
Najgorsze było to, że nadal nie wiedziała, z kim
właściwie spała. Przekonywała sama siebie, że to musiał być cielesny mężczyzna,
a nie jakieś wymyślone zjawisko. Przecież nie śniły jej się żadne drzwi. Nie
miała w ogóle snów.
Coś wyrwało ją z tego ciężkiego zamyślenia, odwróciło
jej uwagę. Mokre uda. Sięgnęła ręką. To była niewątpliwie sperma. Nawet jeżeli
miałaby jakieś wątpliwości, zapach wyjaśniał wszystko. Więc był jednak seks.
Tylko, z którym do cholery? Nagle ją oświeciło. — Nie jest ze mną tak źle,
skoro potrafię szybko kombinować — ucieszy-ła się z ulgą. Wstała i ostrożnie
skierowała się do łazienki, tam wyjęła z szafki kilka patyczków kosmetycznych i
zebrała nimi trochę spermy ze swoich ud, następnie za-pakowała je do foliowych
torebek ze specjalnym zamknięciem. Zajrzała jeszcze do kabiny prysznicowej,
gdzie niedawno kąpał się Mariusz, w nadziei, że znajdzie jego włos, wszystko
jedno, z której części ciała. Starannie po sobie posprzątał, ale jeden włosek
znalazł się i również trafił do foliowej torebki. Zadowolona z siebie zjadła
śniadanie, umyła się i zrobiła makijaż. Zauważyła, że zwykłe codzienne
czynności uspokajają ją i przywracają równowagę. Był poniedziałek, ale do pracy
szła dzisiaj na drugą zmianę. Wolne przedpołudnie było dla niej najlepszym
prezentem po weekendowych przeżyciach. Kiedy się już doprowadziła się do
idealnego stanu, wybrała się do apteki i zakupiła identyfikator DNA. Kosztował
sporo, ale była zdeterminowana, aby wydać 500 globali. Przynajmniej zasiliła
konto konsumenckie. Identyfikator wszedł na rynek niecały rok temu. Kupowali go
nieliczni, ale był marzeniem wielu. Analiza własnego DNA, porównywanie go z DNA
rodziny, znajomych albo szefa było ekscytujące. Dzięki dostępnemu połączeniu z
centralną bazą DNA można było sprawdzić, na przykład, do kogo należała guma do
żucia przyklejona do ławki w par-ku, na którą nieopatrznie się usiadło. Łatwiej
było zidentyfikować, z kim niewierny mąż lub żona zdradza drugą połowę. Do
czego identyfikator wykorzystywali uczniowie w szkołach, nie trzeba chyba
opowiadać. W szkolnej toalecie materiału genetycznego jest pod dostatkiem.
Identyfikacja nie była możliwa jedynie w przypadku
wysokich urzędników publicznych i innych osób chronionych prawem lub korupcją
przed umieszczeniem w bazie. Cena, jaką trzeba było zapłacić za to cudo, była
jeszcze do przełknięcia, ale jednorazowe wkłady, w których umieszczało się
próbki, kosztowały każdorazowo 50 globali, a w pakiecie były ich jedynie trzy.
Identyfikator wyglądał jak kalkulator z dużym wyświetlaczem. Z obu stron
podłączało się do niego płytkie, kwadratowe, zamykane pojemniki, w których
umieszczano materiał do identyfikacji. Z prawej strony materiał podstawowy, z
lewej materiał porównawczy. Po nawiązaniu łączności z bazą urządzenie
informowało, do kogo należą próbki, a także jakie występują między nimi różnice
i podobieństwa.
Ponieważ w osiedlowej aptece nie dostała
identyfikatora musiała podjechać dwa przystanki do pobliskiego centrum
handlowego. Nie był to na szczęście moloch, ale średniej wielkości centrum
osiedlowe. W tamtejszej aptece mieli identyfikatory. Rozalia dokonawszy zakupu,
pośpiesznie wróciła do mieszkania, nie mogąc się już do-czekać, kiedy porówna
znaleziska z kabiny prysznicowej i swoich ud ze swoją śliną. To, że sperma
mogła być wymieszana z jej wydzielinami, nie miało znaczenia. Identyfikator
potrafił rozróżnić DNA znajdujące się w jednej próbce, nawet jeżeli należały do
kilkudziesięciu osób.
Rozłożyła urządzenie na stole, podłączyła pojemniki
i najpierw sprawdziła, czy działa prawidłowo, zgodnie z załączoną instrukcją. Z
jednej strony umieściła swój włos z drugiej ślinę. Identyfikator rozpoznał jej
DNA. Na monitorze pojawiły się jej dane — imię, nazwisko, data urodzenia i
zdjęcie oraz stan konta konsumenckiego. Teraz przystąpiła do właściwego
zadania. W płytce z materiałem podstawowym umieściła włos Mariusza. Taką
przynajmniej miała nadzieję. Rzeczywiście włos należał do Mariusza Kosowskiego.
Wnętrze drugiej płytki posmarowała tym, co zebrała z siebie. Niecierpliwie
czekała na wynik, nerwowo splatając dłonie. Wreszcie na ekranie wyświetlił się
wynik. Zidentyfikowano dwie substancje. Jedna należała do Roza-lii, druga nie
miała DNA. Rozalia, nie zastanawiając się ani chwili, odłączyła wykorzystane
próbki i podłączyła jedną płytkę z ostatniego, trzeciego zestawu. Znowu to samo.
Jej DNA i nie zidentyfikowana substancja naturalna nie mająca kodu genetycznego.
Poczuła, że kręci jej się w głowie. — Zwariowałam — myślała gorączkowo —
wychodzi na to, że kochałam się sama ze sobą i miałam wewnętrzny wytrysk.
Ode-zwał się sygnalizator dźwiękowy. Czas iść do pracy. Zastanawiała się, czy
nie zostać w domu i upić się do nieprzytomności. Szybko jednak zarzuciła ten
pomysł. Siedzenie w czterech ścianach tylko nasili jej niepokój. W pracy nie
będzie czasu, aby o tym myśleć. Oby tylko On się nie pokazał.
wtorek, 15 listopada 2016
Wątpliwość
PRZESILENI (fragment rozdziału „Wątpliwość”, Siódme Przesilenie, rok 2012 n. e.)
„Wjechał windą, jak przystało na przeciętnego obywatela, ale uchylając drzwi do sekretariatu, nie mógł się powstrzymać i użył przyśpieszenia, pojawiając się przy biurku sekretarki. Zapatrzona w monitor zareagowała dopiero na wypowiedziane z nienaganną dykcją powitanie. Spoglądał na nią wysoki mężczyzna o regularnej twarzy i ciemnych, krótkich włosach, które na skroniach przechodziły w subtelnie srebrzysty odcień. Idealnie dopasowany garnitur w stalowym odcieniu, biała koszula i granatowy krawat wydawały się oczywistym dopełnieniem wizerunku.
– Nazywam się Henk van Aken – przedstawił się. – Jestem umówiony na spotkanie z panią dyrektor.
Poderwała się z fotela i podała rękę gościowi.
– Tak, tak, oczywiście.
Była nowa. Nigdy wcześniej nie widział jej w otoczeniu Luizy. Z pewnością nie należała do środowiska. Stopień zaskoczenia świadczył o tym, że nawet z opóźnieniem nie zauważyła jego nadejścia i wykonanego manewru.
– Pani dyrektor oczekuje pana. – Wskazała drzwi gabinetu szefowej. Spojrzała mu prosto w oczy wzrokiem domagającym się kilku zdań wykraczających poza rutynową konwersację.
Uśmiechnął się i podziękował. Uprzejmie i z dystansem. Jak zwykle otoczył się niewidoczną zaporą, dając wyraźny sygnał, że nie zamierza wyjść poza oficjalne formułki. Zachowywał się tak od zawsze. Odkąd pamiętał, bo trudno było mu określić, co w jego przypadku oznaczało „od zawsze”. Dystans do ludzi nie wynikał z poczucia wyższości. Po prostu taki był. Ostrożny w kontaktach z innymi, zamknięty w sobie, niechętnie nawiązujący znajomości. Zapewne wpłynęły na to wykonywane zajęcie, środowisko, w którym żył i którego był częścią. Wyuczone nawyki i instynkty obronne przenosił do sfery prywatnej, która i tak była bardzo ograniczona.
Wszedł do gabinetu, w którym jedyne wyposażenie stanowił czarny, lakierowany stół, przypominający długi fortepian. U jego szczytu siedziała dyrektor Luiza Hinz. W ten sposób tytułowano ją na użytek zewnętrzny. Dla środowiska była jednym z koordynatorów regionalnych. Szczupła, z wyglądu pięćdziesięcioletnia kobieta o blond włosach z grzywką opadającą na czoło i zatrzymującą się na prostokątnych oprawkach okularów. Po jej lewej stronie usadowił się młody mężczyzna o idealnie łysej głowie. Skóra sprawiała wrażenie, jakby nigdy nie rosły na niej włosy. Ubrany był w czarne spodnie i czarny obcisły sweter podkreślający jego muskulaturę. Z twarzy emanowała szlachetność, spokój i pewien ironiczny dystans do świata. Jedyną ekstrawagancją wydawał się być jedynie srebrny sygnet na wskazującym palcu lewej ręki. Oboje wstali na widok przybyłego. Kobieta odsunęła się od zajmowanego miejsca i zachęcająco wskazała fotel.
– Witaj, Protektorze. Zapraszamy – powiedziała, a sama usiadła naprzeciw łysego. Zanim zaczęli rozmowę, Hinz przypomniała jeszcze sekretarce, żeby absolutnie z nikim jej teraz nie łączyła. – Możemy spokojnie rozmawiać – uśmiechnęła się sztywno do van Akena.
– Dziękuję za to spotkanie – zaczął bez zbędnych wstępów. – Jak dobrze wiecie, straciliśmy cennego Sojusznika w sektorze piątym. Odszedł nagle, z przyczyn naturalnych. – Zrobił pauzę, chcąc podkreślić ten fakt. – To oczywiście musiało kiedyś nastąpić, ale zdarzyło się zdecydowanie za wcześnie. Sojusznik pracował w idealnym miejscu i bardzo dobrze nam służył. Dzięki jego wysiłkom i znajomościom mogliśmy zaopatrywać Profanów w Europie, a nawet sektory poza Starym Kontynentem. Nie tylko zaspokajaliśmy bieżące potrzeby, ale zgromadziliśmy liczne zapasy, które jednak kiedyś się wyczerpią. Nie możemy do tego dopuścić. Fundamentaliści raczej jeszcze nie wiedzą, ale jeśli sytuacja będzie się przeciągać, zorientują się. To będzie dla nich jak wiatr w żagle. – Kolejna przerwa miała uświadomić słuchaczom niebezpieczeństwo takiego wariantu. Rozumieli to doskonale. Van Aken kontynuował: – Dlatego poprosiłem, abyście natychmiast podjęli działania zmierzające do szybkiego pozyskania nowego Sojusznika, najlepiej w tym samym miejscu. – Spojrzał na łysego, który bez słowa, powoli przesunął w jego kierunku papierową wiązaną teczkę.
– Emisariusz przygotował propozycję – wtrąciła Hinz, którą drażniła postawa nonszalancji, zwłaszcza w tak poważnej sytuacji. W gruncie rzeczy zazdrościła Emisariuszowi jego koleżeńskich relacji z Protektorem. Obaj pochodzili z Pierwszego Przesilenia. Ona ledwie z szóstego.
– Przeanalizowaliśmy kandydatury kilku osób, biorąc pod uwagę kryteria spełnione przez poprzedniego Sojusznika – łysy w randze Emisariusza mówił z szacunkiem, ale bez tonu podległości. – Oto nasza rekomendacja.
Van Aken nigdy nie zwracał uwagi na etykietę związaną z jego funkcją. Cenił sobie kulturę osobistą współpracowników, ale nie oczekiwał bizantyjskiej służalczości. Dla niego pani Koordynator była po prostu Luizą, a Emisariusz Albertem nazywanym zwyczajnie Albi. Otworzył teczkę i w milczeniu zapoznał się z dokumentacją. Z uznaniem pokiwał głową.
– Kandydatura rzeczywiście wydaje się trafiona, a co z Werbownikiem? – zwrócił się do Luizy.
W odpowiedzi dostał drugą teczkę. Analizował ją nieco dłużej niż pierwszą.
– Interesująca propozycja – ocenił, spoglądając pytająco na Emisariusza.
– Lepszej nie mógłbym zarekomendować – odparł Albi. – Kontakt z potencjalnym Sojusznikiem został już nawiązany. Oczywiście nie nastąpiło jeszcze ostateczne…
– Akceptuję. Niech Werbownik działa dalej i jak najszybciej złoży propozycję.
– Świetnie. – Emisariusz zatarł dłonie. – To na zakończenie proponuję po pigułce.
Cała trójka zażyła po czerwonej, powlekanej tabletce, każde ze swojego opakowania, które zawsze przy sobie nosili. Protektor spojrzał przez okno na rozświetlone miasto, otulone przez noc.
– Ciekawe, czy wszystkie najważniejsze decyzje zawsze zapadają po zmroku? – rzucił na zakończenie, aby trochę rozładować atmosferę.
Nie oczekiwał refleksji ze strony swoich rozmówców. Mieli ważniejsze sprawy na głowie. Wstał, pożegnał się i wyszedł. Przechodząc obok stanowiska sekretarki przystanął na moment i ukłonił się standardowo. Odpowiedziała w podobnej formie, a w ledwie dostrzegalnym ruchu jej bioder pobrzmiewał żal i rozczarowanie z powodu zachowania, które odbierała jako wyniosłość. Kierując się do wyjścia czuł na plecach jej wzrok. Westchnął cicho. Nawet gdyby zechciał odpowiedzieć na wysyłane sygnały, zagaić rozmowę i rozpoznać podłoże jej zainteresowania, teraz nie miał na to czasu. W związku z zaistniałą sytuacją miał jeszcze coś do zrobienia. Był przecież Protektorem w czasach permanentnej wojny domowej, a to oznaczało odsunięcie na drugi plan prywatności i przyjemności, zwłaszcza, kiedy sprawy komplikowały się. Stajesz się zarozumiały Henk – skarcił sam siebie, jadąc windą w dół. – Myślisz, że każda kobieta na twój widok odczuwa mrowienie, a tymczasem sekretarka może mieć po prostu zwyczaj wnikliwej obserwacji i sprawdzania gości jej szefowej.
W korytarzu znowu wygrał z pokusą skrócenia sobie drogi i użył windy.
Wysiadając na parterze budynku, uświadomił sobie wątpliwość."
– Dziękuję za to spotkanie – zaczął bez zbędnych wstępów. – Jak dobrze wiecie, straciliśmy cennego Sojusznika w sektorze piątym. Odszedł nagle, z przyczyn naturalnych. – Zrobił pauzę, chcąc podkreślić ten fakt. – To oczywiście musiało kiedyś nastąpić, ale zdarzyło się zdecydowanie za wcześnie. Sojusznik pracował w idealnym miejscu i bardzo dobrze nam służył. Dzięki jego wysiłkom i znajomościom mogliśmy zaopatrywać Profanów w Europie, a nawet sektory poza Starym Kontynentem. Nie tylko zaspokajaliśmy bieżące potrzeby, ale zgromadziliśmy liczne zapasy, które jednak kiedyś się wyczerpią. Nie możemy do tego dopuścić. Fundamentaliści raczej jeszcze nie wiedzą, ale jeśli sytuacja będzie się przeciągać, zorientują się. To będzie dla nich jak wiatr w żagle. – Kolejna przerwa miała uświadomić słuchaczom niebezpieczeństwo takiego wariantu. Rozumieli to doskonale. Van Aken kontynuował: – Dlatego poprosiłem, abyście natychmiast podjęli działania zmierzające do szybkiego pozyskania nowego Sojusznika, najlepiej w tym samym miejscu. – Spojrzał na łysego, który bez słowa, powoli przesunął w jego kierunku papierową wiązaną teczkę.
– Emisariusz przygotował propozycję – wtrąciła Hinz, którą drażniła postawa nonszalancji, zwłaszcza w tak poważnej sytuacji. W gruncie rzeczy zazdrościła Emisariuszowi jego koleżeńskich relacji z Protektorem. Obaj pochodzili z Pierwszego Przesilenia. Ona ledwie z szóstego.
– Przeanalizowaliśmy kandydatury kilku osób, biorąc pod uwagę kryteria spełnione przez poprzedniego Sojusznika – łysy w randze Emisariusza mówił z szacunkiem, ale bez tonu podległości. – Oto nasza rekomendacja.
Van Aken nigdy nie zwracał uwagi na etykietę związaną z jego funkcją. Cenił sobie kulturę osobistą współpracowników, ale nie oczekiwał bizantyjskiej służalczości. Dla niego pani Koordynator była po prostu Luizą, a Emisariusz Albertem nazywanym zwyczajnie Albi. Otworzył teczkę i w milczeniu zapoznał się z dokumentacją. Z uznaniem pokiwał głową.
– Kandydatura rzeczywiście wydaje się trafiona, a co z Werbownikiem? – zwrócił się do Luizy.
W odpowiedzi dostał drugą teczkę. Analizował ją nieco dłużej niż pierwszą.
– Interesująca propozycja – ocenił, spoglądając pytająco na Emisariusza.
– Lepszej nie mógłbym zarekomendować – odparł Albi. – Kontakt z potencjalnym Sojusznikiem został już nawiązany. Oczywiście nie nastąpiło jeszcze ostateczne…
– Akceptuję. Niech Werbownik działa dalej i jak najszybciej złoży propozycję.
– Świetnie. – Emisariusz zatarł dłonie. – To na zakończenie proponuję po pigułce.
Cała trójka zażyła po czerwonej, powlekanej tabletce, każde ze swojego opakowania, które zawsze przy sobie nosili. Protektor spojrzał przez okno na rozświetlone miasto, otulone przez noc.
– Ciekawe, czy wszystkie najważniejsze decyzje zawsze zapadają po zmroku? – rzucił na zakończenie, aby trochę rozładować atmosferę.
Nie oczekiwał refleksji ze strony swoich rozmówców. Mieli ważniejsze sprawy na głowie. Wstał, pożegnał się i wyszedł. Przechodząc obok stanowiska sekretarki przystanął na moment i ukłonił się standardowo. Odpowiedziała w podobnej formie, a w ledwie dostrzegalnym ruchu jej bioder pobrzmiewał żal i rozczarowanie z powodu zachowania, które odbierała jako wyniosłość. Kierując się do wyjścia czuł na plecach jej wzrok. Westchnął cicho. Nawet gdyby zechciał odpowiedzieć na wysyłane sygnały, zagaić rozmowę i rozpoznać podłoże jej zainteresowania, teraz nie miał na to czasu. W związku z zaistniałą sytuacją miał jeszcze coś do zrobienia. Był przecież Protektorem w czasach permanentnej wojny domowej, a to oznaczało odsunięcie na drugi plan prywatności i przyjemności, zwłaszcza, kiedy sprawy komplikowały się. Stajesz się zarozumiały Henk – skarcił sam siebie, jadąc windą w dół. – Myślisz, że każda kobieta na twój widok odczuwa mrowienie, a tymczasem sekretarka może mieć po prostu zwyczaj wnikliwej obserwacji i sprawdzania gości jej szefowej.
W korytarzu znowu wygrał z pokusą skrócenia sobie drogi i użył windy.
Wysiadając na parterze budynku, uświadomił sobie wątpliwość."
Subskrybuj:
Posty (Atom)


