czwartek, 2 lutego 2017

Mercedes de Breda

Przesileni, fragment
(…)
W poczekalni jej gabinetu nigdy nie było tłoku. Nie oznaczało to, że pacjenci omijają ją łukiem. Wręcz przeciwnie, miała ich całkiem sporo, natomiast perfekcyjnie zorganizowała ich przepływ. Podczas gdy doktor Mercedes de Breda badała pacjenta, na swoją kolej oczekiwała tylko jedna osoba. Pacjent po zakończeniu wizyty wychodził drugim wyjściem, doktor wzywała oczekującego, poczekalnia na chwilę pustoszała, a mniej więcej po kilku minutach wchodziła kolejna umówiona osoba. Pacjenci nie mieli okazji spotkać się nawet przed willą. Dom znajdował się na peryferiach miasta, w dzielnicy składającej się z domów jednorodzinnych lub szeregowych. Nie brakowało tutaj zacisznych, kameralnych uliczek z domkami otoczonymi bezpiecznymi płotami. Ale dom Mercedes mieścił się nawet nie w uliczce, lecz w zaułku, a właściwie w zaułku zaułka. Od niedługiej, wąskiej ulicy odbijał jeszcze stumetrowy kawałek, przy którym stały po obu stronach po dwa domy z ogrodem. Kiedy wydawało się, że to już koniec zabudowań i dalej zaczynają się już tereny zielone, ulica nagle skręcała pod kątem czterdziestu pięciu stopni, wydzierając naturze jeszcze kawałek przestrzeni. Właśnie na niej znajdował się dom doktor de Bredy. Do posesji nie można było dojechać samochodem. Jej dom był jedyny w okolicy bez garażu. Mercedes, jak na ironię, nigdy nie poruszała się własnym samochodem. Korzystała z taksówek, wypożyczalni, a na krótszych dystansach bardzo chętnie z roweru. Tuż przed zaułkiem stał znak zakazu wjazdu, a na wąskiej uliczce i tak nie można było zaparkować, nie blokując dojazdu na posesje innych mieszkańców. Pacjenci pozostawiali pojazdy ulicę dalej w zatoczkach postojowych. Tylko tam mieli okazję wpaść na siebie, ale nigdy nie było pewności, czy dana osoba korzysta z usług pani neurolog. De Breda nie zatrudniała żadnego pracownika, nie prowadziła recepcji. Można było się z nią umówić jedynie poprzez stronę internetową. W godzinach przyjmowania furtka prowadząca do posesji domu była zawsze otwarta, podobnie jak główne drzwi wejściowe. Wchodziło się nimi do holu, w którym napis na dużej tabliczce zapraszał do rozgoszczenia się w głębokim i wygodnym fotelu, obitym pluszem w kolorze łososiowym. Oczekujący mogli poczytać gazety lub czasopisma (wybór był urozmaicony), włączyć muzykę (wybierając w szerokiej gamie gatunków, utworów i wykonawców) lub włączyć w fotelu opcję masażu. Doktor de Breda wychodziła z założenia, że co prawda jest neurologiem, a nie psychoterapeutką, ale komfort psychiczny pacjentów przekraczających próg gabinetu i ich pozytywne nastawienie uważała za konieczny wstęp do zasadniczego etapu diagnozowania i leczenia lub innych zaleceń. Pacjenci doceniali tę troskę oraz absolutną intymność wizyt.
Mercedes dzieliła swoje życie między Poznaniem a Berlinem. Dokładnie w proporcji dwa do jeden. Pierwsze dziesięć dni każdego miesiąca, wliczając soboty i niedziele, przebywała w stolicy Niemiec, przyjmując w gabinecie przy Potsdamerstrase. Pozostałe dwadzieścia dni spędzała w Poznaniu. Tego dnia pozostał jej ostatni pacjent. Nie kojarzyła nazwiska. Westchnęła, wiedząc, że ta wizyta potrwa dłużej niż standardowa. Będzie musiała nie tylko założyć kartotekę, ale też i przeprowadzić dłużą rozmowę, chcąc uzyskać szczegółowe informacje nie tylko na temat obecnych problemów, ale i wcześniejszych dolegliwości, objawów i ogólnego trybu życia. Nie darmo w swoim fachu uchodziła za perfekcjonistkę. Uchyliła drzwi gabinetu. Pacjent siedział w fotelu i przeglądał gazetę. Rozpostarta, papierowa płachta zasłaniała twarz. Zanim jeszcze ją odłożył i spotkały się ich spojrzenia, już wiedziała, że wizyta znacznie bardziej odbiegać będzie od standardów, chociaż nie w takim znaczeniu, jak wcześniej sądziła. Srebrny sygnet na palcu był jego znakiem rozpoznawczym od kilku tysięcy lat. Znakiem nie dla wszystkich, bo jedynie ona i kilku bliskich przyjaciół, w tym Henk, zwrócili na to uwagę, ale też nie od razu. Zdaje się, że dopiero na początku Czwartego Przesilenia zdała sobie sprawę, że Albi nosi nieprzerwanie jedną ozdobę od zamierzchłych czasów Pierwszego Przesilenia. Żartował, że musi mieć jakiś stały element w jego chaotycznym życiu. Tu w jej gabinecie pierścień był dla niej sygnałem. Na wypadek gdyby nie rozpoznała go pod przeznaczoną dla postronnych obserwatorów charakteryzacją, składającą się z blond czupryny i dwudniowego zarostu. Zupełnie niepotrzebnie. Poznałaby go, nawet gdyby założył stalowy hełm z przyłbicą (co w jeszcze obecnym Przesileniu wielokrotnie miało miejsce). Dla osób, które znały się od kilu tysięcy lat, wystarczyła bliska obecność. Ruchem głowy zaprosiła go do środka. Albi rzadko używał charakteryzacji. Jeśli już to robił, miał twardy powód.

(…)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz